Teraz albo nigdy
- Автор: Адлер Элизабет
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Teraz albo nigdy». Краткое содержание книги:
Prowadzący śledztwo detektyw Harry Jordan tworzy na podstawie zeznań świadków portret pamięciowy zabójcy i zwraca się o pomoc do popularnej dziennikarki telewizyjnej, Mallory Mallone, która już dwukrotnie dzięki swoim programom pomogła policji ująć przestępców.
Kiedy Mallory po długim wahaniu decyduje się na współpracę z Jordanem, sama staje się celem mordercy…
– A ty?
– Nie byłem na długim spacerze i nie zjadłam dobrego obiadu – powiedział wymijająco.
Zajrzał do garnka.
– Hmm. Ty to ugotowałaś?
– Nie. „Zabars” to ugotował, podobnie jak resztę twojej kolacji. Roześmiał się i przekręcił ją w ramionach, twarzą do siebie.
– Dlaczego nie jadłaś? Jest po dziewiątej.
– Bez ciebie nie byłam głodna.
– Czy napomknąłem już, że miło mieć cię w domu? I że wyglądasz wspaniale w dżinsach?
Roześmiała się.
– Teraz tworzymy dobraną parę.
– Mam dla ciebie niespodziankę, przypomnij mi o niej później – powiedział, idąc już w stronę łazienki.
Po kolacji zabrali Squeeze’a na spacer. Harry chciwie wdychał balsamiczne powietrze.
– Pachnie latem – powiedział.
– A jak właściwie pachnie lato?
– Och, czymś liściastym, parnym…
– Świeżo skoszona trawa, sianko? – przypomniała mu.
– Właśnie! – i – uśmiechnął się szeroko. – A! Prawie bym zapomniał.
Niespodzianka!
Zwolniła kroku, spoglądając na niego wyczekująco.
– Mamy wolny weekend. Rossetti mnie zastąpi.
Twarz Mal rozjaśnił uśmiech, który przeszył mu serce jak promień światła.
– Chcesz powiedzieć, że jestem na ciebie skazana?
Wsunął jej rękę pod ramię. Szli wolno stromą, wybrakowaną uliczką. Pies biegł przed nimi, zataczając małe koła.
– Pomyślałem, że wpadniemy na Farmę Jordana, ukradniemy dwa dni ciszy i spokoju. Potrzebujesz tego, Mal, i Bóg mi świadkiem, ja też.
Zeszli aż na nadrzeczny bulwar, po czym wrócili Chesnut Street na Louisberg Square, robiąc plany na następne dwa dni. Wyjadą wczesnym rankiem, żeby w pełni je wykorzystać. Kątem oka Harry dostrzegł stalowoszare volvo zaparkowane na rogu. Stwierdził w duchu, że firma Volvo przejmuje powoli miasto.
Potem wrócił myślami do Mal i do faktu, że dziś w nocy będzie spała w jego łóżku.
– Jak trzy niedźwiadki – powiedział z szerokim uśmiechem. – Jeżeli wliczymy w to Squeeze’a.
39.
Wolvo stało tam jeszcze o szóstej rano, kiedy ładowali w się do jaguara i ruszali na farmę. Harry uznał, że samochód należy do sąsiada. Świat jest jednak mały.
Na autostradzie zauważył czarne infiniti z przyciemnionymi szybami. Wytrwale trzymało się jaguara. Niezależnie z jaką prędkością jechał, widział je ciągle we wstecznym lusterku.
Zmarszczył brwi, ale nic nie powiedział Mal, która drzemała beztrosko na przednim siedzeniu. Wrócił myślą do głuchych telefonów i doszedł do wniosku, że były wynikiem pomyłki. Morderca nie miał dość sprytu, żeby zdobyć zastrzeżone numery. Był pracowity, ale niespecjalnie błyskotliwy. Niespodziewany powrót Suzie sprawił, że wpadł w panikę i postąpił niezgodnie ze swą naturą. W rzeczywistości jest człowiekiem, który starannie planuje swoje poczynania, nigdy nie działa pod wpływem impulsu. I właśnie dlatego go złapią. Już wkrótce.
Zbliżał się zjazd z autostrady. Włączył kierunkowskaz i nie odrywając oczu od wstecznego lusterka, ostro skręcił na rampę. Infiniti pojechało prosto i Harry odetchnął. Pomyślał, że to paranoja i wymazał incydent z pamięci.
Stalowoszare volvo trzymało się bardziej z tyłu, poza zasięgiem wzroku Harry’ego. Mężczyzna zobaczył Mallory w wiadomościach telewizyjnych. Wiedział, że wylądowała w Bostonie. I wiedział wszystko, co należało wiedzieć o detektywie Harrym Jordanie. Poznanie wroga leżało w jego interesie, w ten sposób zdobywał nad nim przewagę. Wiedział, kiedy Harry zjedzie z autostrady, ponieważ znał drogę na Farmę Jordana.
Mal pomyślała, że Harry miał rację; nadeszło lato. Słońce przypiekało mocno, kiedy wysiedli z jaguara. Powietrze było pachnące, niemal soczyste, jak dojrzały owoc lub rozkwitające pąki róż.
Squeeze pobiegł w rundę dookoła domu, Harry wyładowywał bagaże z samochodu, a Mal stała, rozkoszując się spokojem wsi. Dzięcioł załomotał w pobliskie drzewo i Mal odwróciła się w stronę Harry’ego.
– Czuję się jak postać z filmów rysunkowych Woody Woodpeckera – powiedziała ze śmiechem.
– Wręcz przeciwnie, wyglądasz bardzo realnie i bardzo pięknie. Świeże powietrze ci służy.
– Coś podobnego! – zdziwiła się. – Naprawdę powiedziałeś mi komplement, nie wbijając przy tym szpilki.
– Myślałem, że od szpilek jesteś ty.
– Znowu zaczynasz? – zaprotestowała, wchodząc na werandę. Wzniósł oczy do nieba, po czym poszedł za nią, dźwigając torby.
– Zabiorę cię na ryby. To cię powinno uspokoić.
– Nigdy nie byłam na rybach – wątpiła, czy jej się to spodoba.
– Trochę to nudne.
– Daje człowiekowi czas na myślenie.
Mal stanęła na werandzie. Farma Jordana była tak piękna, jak ją zapamiętała.
Zdawała się spowijać domownika, otaczać go spokojem i ciszą. Czuła niemal ciągłość życia, jaką reprezentował sobą dom. Mówił wyraźnie, że cokolwiek się stanie, on zawsze będzie na ciebie czekał.
Harry patrzył, jak przesuwa dłonią po jedwabistej powierzchni starego stołu, dotyka wyblakłej aksamitnej poduszki, bierze do ręki fotografię, pochyla się, by powąchać kwiaty w glinianej doniczce na parapecie. Wiedział, co czuje.
– Nazywam to duchem miejsca – powiedział cicho. – Uczucia, doznania, jakim stare domy zdają się być przesiąknięte. Niby kapsułka skondensowanych wspomnień.
Mal przypomniała sobie bezduszny „dom”, jaki zamieszkiwała z matką w Golden High. Wiedziała, że nie trzeba bogactwa, by dom miał duszę, ale niezbędna jest miłość.
– Zrobię kawy – powiedział żywo Harry, wyrywając ją z zamyślenia.
– Potem wybierzemy się na długi spacer. Potem będę musiał wyrwać parę chwastów dla uspokojenia sumienia, a jeszcze potem pójdziemy na ryby.
Parę godzin później siedzieli nad brzegiem strumienia, machając nogami i zarzucając dziecinne wędki w wartkie wody. Opierali się wygodnie o pień wierzby, patrzyli, jak strumień rozbija się o kamienie i zastanawiali się, czy w spokojnej wodzie przy drugim brzegu kryją się pstrągi.
– Złapałeś kiedyś pstrąga? – zapytała Mal podejrzliwie.
– Jasne. Miałem wtedy dwanaście lat. Wyszczerzył zęby w uśmiechu i Mal westchnęła.
– Jakim sposobem będziemy mieli pstrąga na obiad, jeżeli go nie złapiemy?
– To proste. Niedaleko stąd wuj Jack ma stawy rybne. Przy każdej okazji przywozi pstrąga w darze. Miffy nie śmie mu powiedzieć, że nie cierpi ryb i chowa je wszystkie w zamrażarce.
– Rozumiem, choć nie tego się spodziewałam – oparła się wygodnie o pień. – Wszystko jedno, miło się łowi.
– Mówiłem ci, że to dobre na myślenie – spojrzał na nią kątem oka.
– Opowiesz mi coś więcej o Golden?
– To naprawdę nie jest interesujące.
– Dla mnie jest.
Mówienie o czasach, kiedy była młoda i naiwna, wydało jej się nagle całkiem proste w ten rozsłoneczniony, letni dzień, nad brzegiem strumienia.
Opowiedziała mu więc o swojej walce o przetrwanie, o potrzebie stania się kimś.
Opowiedziała mu o mężu, o tym jak go podziwiała i starała się naśladować, choć nie mogła z nim zostać, ponieważ chciał, by rzuciła pracę, przestała być Mallory Malone i znów stała się nikim.
– To nie tak, Mal – powiedział, kiedy skończyła. – Zawsze będziesz Mallory Malone, osobą, którą się stałeś. I zawsze będziesz Mary Mallory, ofiarą sytuacji rodzinnej, która była poza twoją kontrolą. Nasi rodzice są tylko częściowo odpowiedzialni za to, jacy jesteśmy. Resztę tworzymy sami, poprzez to, co robimy w życiu, poprzez decyzje, jakie podejmujemy, drogi jakie obieramy. Miffie Jordan jest taka, a nie inna, dzięki sobie, nie dzięki swojej matce. Tak samo jest ze mną, z tobą.