Teraz albo nigdy
- Автор: Адлер Элизабет
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Teraz albo nigdy». Краткое содержание книги:
Prowadzący śledztwo detektyw Harry Jordan tworzy na podstawie zeznań świadków portret pamięciowy zabójcy i zwraca się o pomoc do popularnej dziennikarki telewizyjnej, Mallory Mallone, która już dwukrotnie dzięki swoim programom pomogła policji ująć przestępców.
Kiedy Mallory po długim wahaniu decyduje się na współpracę z Jordanem, sama staje się celem mordercy…
Nie była do końca przekonana, choć bardzo pragnęła, by Harry miał rację.
Drgnęła, kiedy wędka skoczyła jej w ręku. Chwyciła ją mocno, gapiąc się w wodę.
– Harry! – krzyknęła. – Ryba!
Squeeze poderwał się z ziemi. Biegał w podnieceniu w górę i w dół strumienia, potem wykonał zamaszysty skok do wody, ochlapując ich wodą. Piszcząc z uciechy, Mal upadła na plecy. Harry pochwycił wędkę, ale było już za późno. Ryba umknęła.
– I bardzo dobrze – wykrztusiła Mal, ciągle zanosząc się śmiechem. – I tak nie pozwoliłabym jej zabić.
Podskoczyła nerwowo, kiedy w kieszeni Harry’ego zabrzęczał telefon. Spojrzeli na siebie z niepokojem.
– Przepraszam – powiedział i wyjął aparat. Słuchał przez chwilę, powiedział „nie”, potem „tak, zaraz będę”. Spojrzał na Mal.
– Nic nie mów – powiedziała, zmarkotniała. – Musisz jechać.
– Dzwonił Rossetti. Odebrali parę podejrzanych telefonów z okolic Bostonu.
Wysłali już ludzi. Istnieje pewna szansa, że mógł to być morderca. Muszę jechać, Mal.
Podniosła się na nogi, strzepnęła źdźbła trawy ze spódnicy.
– Zbiorę rzeczy.
– Nie ma potrzeby. Wrócę za parę godzin. Nie pozwolę, by jakiś żartowniś popsuł nam weekend.
– A jeżeli to nie żartowniś?
– Jeżeli będę miał tyle szczęścia, wyślę po ciebie samochód. Ale mam przeczucie, że to nie on.
Odprowadziła go do auta.
– Przyszykuję obiad, na wszelki wypadek – powiedziała. – Obiecuję, że nie będzie to pstrąg.
Harry z uśmiechem pomachał jej na pożegnanie. Jadąc aleją w stronę bramy, widział ją we wstecznym lusterku. Stała na werandzie ze Squeezem przy nodze.
Pomyślał, że wygląda tak, jakby przynależała do tego domu.
– Mamy dwie taśmy, Profesorku – powiedział Rossetti.
Z trądem przebijali się przez zatłoczone ulice centrum, zmierzając do Cambridge, gdzie mieszkał pierwszy rozmówca.
– Ochrzcił się Bostońskim Mordercą, ale, tak naprawdę, nazywa się Alfred Trafillo. Zadzwonił trzykrotnie z tej samej budki, dwie ulice od własnego domu.
Nie wygląda na spryciarza, ale warto sprawdzić. Używa również nazwiska Alfred Rubirosa – ładnie, co? Uważa się pewnie za playboya. Powiedział parę rzeczy, od których włos mi się zjeżył. Jakby wiedział o zamordowanych więcej niż my.
Harry wysłuchał taśmy. Rossetti miał rację.
– Albo facet był na miejscu, albo genialnie zgadł. Mówił o Rachel Klienfeld, tak?
Rossetti skinął głową.
– Posłuchaj tego drugiego gościa – przewinął taśmę. Głos mężczyzny był melodyjny, zdradzał osobę z pewnym wykształceniem. – Mówi trochę jak ksiądz – skomentował Rossetti. – Nie wiem o nim nic, z wyjątkiem tego, że grozi pannie Malone.
Harry poczuł gęsią skórkę, słuchając głosu mężczyzny, który opowiadał ze wszystkimi plastycznymi szczegółami, co zrobi Mallory Malone. Głos był miękki i łagodny. Mężczyzna najwyraźniej znał anatomię kobiety i używał terminów medycznych.
– Telefon komórkowy – powiedział Rossetti. – Wystawiony na firmę o nazwie „Grays Anatomical Supplies”, Boston Południowy. Kłopot w tym, że taka firma nie istnieje. Zamiast adresu – numer skrzynki pocztowej, zlikwidowany przed tygodniem, ale zlokalizowaliśmy gościa.
– Anatomia Graya jest biblią medyczną. Rossetti wzruszył ramionami.
– Puściłem nagranie patologowi. Powiedział, że facet używa właściwej terminologii medycznej, ale jego opis ciał nie zgadza się z rzeczywistym stanem rzeczy. Powiedział, że jest to prawdopodobnie amator, którego podnieca terminologia i sprzęt medyczny. Patolog powiedział, że sporo jest takich świrów.
Zdarzało się nawet, że wchodzili do szpitali, leczyli pacjentów i nikt nie zauważył różnicy.
Rossetti zdjął ręce z kierownicy i niedbałym gestem poprawił krawat we wstecznym lusterku. Harry rzucił mu złe spojrzenie i Rossetti się roześmiał.
– Chyba nie boisz się ze mną jeździć, Prof?
– Podasz mi jeden powód, dla którego nie powinienem się bać?
– Ze mną jesteś bezpieczny. I obawiam się, że z naszymi podejrzanymi również.
Nie liczę na żadnego z nich.
Harry pomyślał z żalem o uroczym, zniweczonym popołudniu z Mal. Miał nadzieję, że uda mu się wrócić na kolację. Zastanawiał się, co ona robi.
Późnym popołudniem Mal przyrządziła sobie filiżankę herbaty Earl Graya. Usiadła na zielonej, wiklinowej kanapce na werandzie i spoglądała na ocieniony wierzbami strumień. Squeeze trącał ją nosem, domagając się herbatnika, którego mu pochopnie dała, ponieważ, podobnie jak jego właścicielowi, nie sposób mu się było oprzeć. Potem patrzyła, jak słońce zachodzi powoli w pomarańczowej poświacie, aż pochłonęło je czarniejące niebo.
Wtedy zebrała akcesoria po herbacie, zawołała psa i wróciła do domu. Zapaliła lampy i przez chwilę wahała się, czy nie rozniecić ognia na kominku, ale uznała, że będzie za ciepło, poza tym nie chciała uruchamiać klimatyzacji; szkoda jej było powiewu, wpadającego przez otwarte okna.
Poszła na górę, wzięła prysznic, przebrała się w długą, zieloną spódnicę i miękką jedwabną koszulę w kolorze ciepłego beżu. Przyczerniła odrobinę rzęsy, przesunęła pomadką po wargach, prysnęła „Nocturenes” na szyję i przeguby.
Przez chwilę siedziała na kanapce w oknie wykuszowym, patrząc na zapadający zmierzch. Kiedy przeszedł w granatową czerń nocy, zapaliły się światła na werandzie.
Noc wydawała się cicha w porównaniu z nieustannym pomrukiem miasta, ale wystarczyło się wsłuchać, by pochwycić szelest drobnych stworzeń w trawie, łopot skrzydeł, szmer strumienia.
Uznała właśnie, że pora zejść na dół i zabrać się za przygotowanie kolacji, kiedy usłyszała inny dźwięk.
Wyprostowała się gwałtownie, nasłuchując. Rozległ się suchy trzask, jakby ktoś nastąpił na gałązkę. Potem przypomniała sobie, co Harry opowiadał o jeleniach żyjących w pobliskim lesie.
Kędy zeszła na dół, Squeeze siedział w holu wpatrując się we frontowe drzwi.
Odwrócił ku niej łeb, zapiszczał cichutko, i przybrał poprzednią pozę.
Uświadomiła sobie nagle swoją samotność, na przestrzeni mil nie było żywego ducha. Zaniepokojona zamknęła frontowe drzwi na klucz. Potem obeszła cały dom, zamykając wszystkie inne drzwi – tylne, te prowadzące do kuchni, na taras, i małe drewniane do piwnicy.
Kiedy wróciła, Squeeze ciągle siedział w holu. Na jej widok machnął ogonem i poszedł do kuchni.
– To nie było nic groźnego, prawda, piesku? – powiedziała, próbując przekonać samą siebie. – Tylko jeleń.
Kuchnia stanowiła oryginalną część dawnego budynku, reszta domu wyrosła wokół niej. Miała białe drewniane szafki, stare drewniane podłogi i czarne belki na suficie. Przestrzeń między belkami pomalowana była na żółto i Mal pomyślała, że taki sufit musi rozświetlać całe pomieszczenie, nawet w najbardziej ponure, zimowe dni.
Przejrzała kolekcję kaset magnetofonowych i nastawiła symfonię pastoralną Beethovena, ponieważ zdawała się najlepiej pasować do miejsca i czasu. Potem wróciła do kuchni, by pobuszować w świetnie zaopatrzonej spiżarni Miffie.
Kroiła pomidory na sos, kiedy ponownie usłyszała dźwięk. Tym razem były to kroki. I tym razem Squeeze rzucił się ku drzwiom, warcząc.
Serce podeszło jej do gardła. Według tego, co mówił Harry, pies atakował tylko obcych. Być może Harry żartował, ale teraz wcale jej się to nie wydało zabawne.
Okna nadal były otwarte, weranda oświetlona, ale kiedy wyjrzała przez siatkę, nikogo na niej nie było.
Squeeze przyczaił się na podłodze, popiskując, nie spuszczając oczu z drzwi. Mal ogarnęła panika, w ustach jej zaschło. Przypomniała sobie, co mówił Harry, że jest teraz na terenie mordercy, że on może szukać zemsty. Potem pomyślała o zamordowanych dziewczętach, o ich rodzinach, i ogarnął ją nagły gniew. Jeżeli to naprawdę morderca, ona nie pójdzie jak owca na rzeź.