Teraz albo nigdy
- Автор: Адлер Элизабет
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Teraz albo nigdy». Краткое содержание книги:
Prowadzący śledztwo detektyw Harry Jordan tworzy na podstawie zeznań świadków portret pamięciowy zabójcy i zwraca się o pomoc do popularnej dziennikarki telewizyjnej, Mallory Mallone, która już dwukrotnie dzięki swoim programom pomogła policji ująć przestępców.
Kiedy Mallory po długim wahaniu decyduje się na współpracę z Jordanem, sama staje się celem mordercy…
– Ty draniu! – krzyknęła, nieświadomie powtarzając ostatnie słowa Summer Young.
– Ty pieprzony draniu, nie dostaniesz mnie! – biegała od okna do okna, zamykając je, czyniąc z domu fortecę.
Dysząc z gniewu i strachu, wycofała się do kuchni, rozejrzała dziko, zaciągnęła zasłony, chwyciła za telefon i wykręciła numer Harry’ego. Telefon dzwonił i dzwonił, w końcu włączył się automat. Rzuciła słuchawkę, wzięła głęboki oddech, zastanawiając się, co dalej robić.
Pierwszą jej myślą było zadzwonić pod 911. Sięgnęła już po telefon, kiedy naszły ją wątpliwości. Powiedziała sobie, że musi się uspokoić, działać racjonalnie.
Wokół domu kręciło się zapewne jakieś zwierzę. Oczami wyobraźni ujrzała nagłówki w jutrzejszej prasie: „Mallory Malone dzwoni po policję, by uratowała ją przed jeleniem”. Poza tym wiedziała, w jaki sposób brukowce wykorzystają fakt, że nocowała w domu detektywa Harry’ego Jordana. Nie zależało jej na tym, by omawiano publicznie jej życie osobiste, zwłaszcza teraz, kiedy mogło to poważnie osłabić siłę oddziaływania programu i podkopać jej wiarygodność.
Drżącymi rękoma otworzyła butelkę i nalała wina do kieliszka. Sącząc je wolniutko, powiedziała sobie, że zachowuje się jak idiotka. Potem zobaczyła Squeeze’a, siedzącego na zadzie, nieruchomym wzrokiem wpatrzonego w tylne drzwi.
Włosy zjeżyły jej się na karku. Pociągnęła łyk wina, przenosząc wzrok z psa na drzwi. Powinna zadzwonić na policję, ale było już za późno, znajdowała się z dala od jakiejkolwiek osady.
– Cholera, Harry, gdzie jesteś, kiedy cię potrzebuję?! – szepnęła. Przypomniała sobie nagle, że kiedy oprowadzał ją po domu, zahaczyli o „komórkę”. Zawierała kolekcję starych butów i kurtek, a także oszkloną szafę z całym asortymentem strzelb do polowania na dzikie kaczki.
Zawoławszy na psa, szybko przeszła przez hol. Obcasy jej pantofli dudniły głucho o deski podłogi, zrzuciła więc zdradzieckie buty i dalej poszła boso.
Otworzyła komórkę. Była niewiele większa od dużej szafy, tyle że z małym okienkiem pod samym sufitem. Wyblakłe, zielone kurtki wisiały na metalowych kołkach, stare gumowe wellingtony tkwiły obok skórzanych butów do końskiej jazdy, w różnych rozmiarach i w różnym stadium zniszczenia. Kolekcja wiklinowych koszyków wypełniała półki, zaś na drewnianym stole poniżej stała łubianka i rydel ogrodniczy. Ścianę naprzeciwko drzwi zajmowała oszklona szafka z pół tuzinem strzelb.
Okazała się zamknięta. Przepraszając w myślach Miffie, Mal ujęła rydel i wybiła szybę.
Nigdy nie trzymała w ręku strzelby, a ta należała do wyjątkowo pięknych okazów.
Był to purdey z rzeźbioną rękojeścią i wygrawerowanym napisem: Harald Jordan, 1903. Mal miała nadzieję, że jeszcze działa. Potem przypomniała sobie, że potrzebuje amunicji.
Dłonie jej drżały, kiedy w pośpiechu przeglądała szuflady szafki w poszukiwaniu nabojów, śrutu, czy tego czegoś, czym należało nabić strzelbę. Niczego nie znalazła.
– O, Boże – szepnęła. – Co mi po nie nabitej strzelbie? – spojrzała bezradnie na broń, przynajmniej wyglądała groźnie.
Pobiegła do kuchni, gasząc po drodze światła.
W kuchni opuściła ją nagle odwaga. Zgasiła lampę, kolana się pod nią ugięły i osunęła się na krzesło, z wzrokiem wbitym w drzwi do holu. Squeeze przysiadł obok niej i z nadzieją pomyślała, że będzie jej bronił. Nie wiedziała, gdzie jest Harry. Mogła tylko grać na zwłokę i modlić się.
Mężczyzna stał w cieniu wierzby nad strumieniem. Patrzył, zdumiony, jak niewyraźna postać podkrada się na werandę i zagląda w oświetlone okno. Był to wysoki, chudy człowiek w dżinsach i adidasach. Jego towarzysz trzymał się dwa kroki za nim.
Mężczyzna miał doskonały słuch, usłyszał warkot samochodu dużo wcześniej, niż ludzie na werandzie. Bezszelestnie przebiegł przez trawnik i znalazł się w alejce przed domem. Widać już było światła reflektorów auta podskakującego na wybojach. Wszystko wskazywało na to, że Harry Jordan wraca do domu.
Mężczyzna rzucił się biegiem w stronę bramy, starając się dopaść jej przed jaguarem. W ostatniej chwili uskoczył za drzewa i padł twarzą na ziemię. Gdzieś z tyłu słyszał czarne infiniti, na zgaszonych światłach pędzące na spotkanie jaguara. Wstrzymał oddech, czekając na zderzenie.
Harry nie zobaczył samochodu, ale usłyszał go. Gwałtownie skręcił kierownicę w prawo. Jaguar zareagował jak czuły koń, ale nie mógł poradzić sobie z drzewem.
Rozległ się potworny chrzęst gniecionego metalu, brzęk szkła.
– Skurwiel! – wrzasnął Harry, ocierając krew z oczu, oglądając się na pędzący samochód. Czarne infiniti!
– Och, Boże! – wyszeptał ochryple. – Boże! Mallory!
Rozpiął pas bezpieczeństwa, ale nie mógł otworzyć drzwi. Uderzał w nie całym ciałem, ale nawet nie drgnęły. Spróbował z drugiej strony. To samo. Spojrzał w gorę i ujrzał gwiazdy, te na niebie i te w swojej głowie. Potem przypomniał sobie, że jechał z rozsuniętym dachem.
Samochód stał przechylony pod kątem czterdziestu pięciu stopniu, z dwoma kołami w rowie. Harry wspiął się na dach i zsunął na ziemię po masce. Zaczął biec.
Mężczyzna podniósł się z ziemi. Spojrzał na Harry’ego, biegnącego w stronę farmy, i roześmiał się gorzko. Ktokolwiek siedział za kierownicą czarnego infiniti uratował dzisiaj życie Mallory Malone i o mały włos nie zabił detektywa. Mężczyzna ruszył miarowym truchtem do miejsca, gdzie ukrył volvo, w cieniu drzew bocznej drogi, pół kilometra za Farmą Jordana.
Wsiadł do wozu, przygładził włosy, założył tweedową marynarkę, zawiązał jedwabną apaszkę. Skierował samochód w stronę autostrady, choć nie miał zamiaru z niej korzystać. Pojedzie bocznymi drogami, przez wsie i małe miasteczka. Powrót do Bostonu zajmie więcej czasu, ale, jeżeli policja zacznie szukać czarnego infiniti, nikt nie zwróci uwagi na elegancko ubranego mężczyznę w volvo. W końcu, na prowincji wszyscy jeżdżą volvo.
Mal zamarła, słysząc szybkie kroki na schodach werandy.
– Nie! – jęknęła cicho, zdrętwiała ze zgrozy. – Och, nie…
Ktoś próbował otworzyć frontowe drzwi. Squeeze skoczył w stronę holu szczekając jak opętany.
Mal przycisnęła strzelbę do piersi. Zimny pot spływał jej po plecach, gardło wyschło na wiór. Nie mogłaby krzyknąć, nawet gdyby spróbowała.
Usłyszała kroki za sobą, pod kuchennymi drzwiami. Squeeze przybiegł pędem z holu w chwili, gdy ktoś poruszył klamką.
Mal zamknęła oczy i policzyła do dziesięciu. Teraz lub nigdy! A ona nie miała amunicji…
Harry uderzył ramieniem w drzwi, raz, drugi. Poddały się w końcu. Kuchnia pogrążona była w ciemnościach. Namacał dłonią kontakt i ujrzał Mal mierzącą do niego ze strzelby. Powieki miała mocno zaciśnięte.
– Odejdź albo cię zabiję – powiedziała przez zęby. Zaczął się śmiać.
– Nie strzelaj, błagam, Malone, nie strzelaj! – rechotał, chwiejąc się na nogach. – O, Boże, gdybyś siebie widziała – nie mógł przestać się śmiać.
Mal otworzyła oczy. Błysnęły złowrogo.
– Wspaniale, Harry! – powiedziała lodowatym tonem. – W sam czas na kolację.
40.
Krew spływała mu na oczy z długiej rany na czole.
– Boże! – zawołała. – Postrzelił cię!
Harry przyłożył rękę do czoła, nadal radośnie uśmiechnięty.
– Nie, ale przez chwilę myślałem, że ty to zrobisz.