Ucieczka z Festung Breslau
- Автор: Земянский Анджей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Dolnośląskie
- ISBN: 978-83-245-8895-4
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Ucieczka z Festung Breslau». Краткое содержание книги:
-Jasne.
Przystanęli pod jedną z fosforowych ścian. Wyglądali jak duchy. Schielke, jak zwykle w miejscach, gdzie absolutnie nie wolno palić, sięgnął odruchowo do kieszeni. Holmes uśmiechnął się trupiozielonymi ustami, potrząsając głową. Zerknął na stojaki z amunicją również oświetlone na zielono. Przysłuchiwali się rozmowie z najbliższej konsoli.
„Człowieku, zlituj się! Idą wprost na mnie!” - Na szczęście głośnik był odpowiednio wyciszony, nie przenosił wszystkich emocji żołnierza po tamtej stronie.
-Uspokój się. Nie mam czym strzelać. - Łącznościowiec tłumaczył cierpliwie, wręcz flegmatycznie.
- Mam nakaz oszczędzania amunicji.
-„Zmiażdżą mnie! Już tu są!”
-Nie możemy strzelać bez rozkazu.
-„Człowieku, dam głośniej. Usłyszysz głosy Iwanów!”
-Zachowaj zimną krew. - Technik rękawem stłumił ziewnięcie. - Nie mam zapasów jak stąd do Bałtyku.
-„Ale to już jest walka wręcz! Iwan nas masakruje! Strzelajcie!!!”
-Mam nakaz oszczędzania amunicji.
Z głośnika dobiegł trzask serii z automatu. Potem jakiś wybuch, chyba granatu.
-„Koledzy, błagam pomóżcie, już tu są!”
Łącznościowiec zerknął leniwie na kolegę przy drugiej konsoli. Ten odstawił kubek z kawą i wzruszył ramionami.
-„Połowa naszych nie żyje! Strzelajcie!”
Technik znów zerknął w bok, a kolega znów wzruszył ramionami. Potem jednak skrzywił się i pokazał na palcach: „osiem”.
-Dobrze, dam ci wsparcie. Podaj koordynaty.
-„Wal w moją pozycję. Żołnierze ukryją się pod gruzami!”
Facet przy konsoli nie mógł się dogadać z kolegą, bo tamten tym razem rozłożył ręce w geście niemocy. Niemrawa rozmowa na migi najwyraźniej nie przynosiła rezultatu.
-Dobrze, dostaniesz osiem pocisków.
Technik pokazał jednak, że jest fachowcem. Jednym palcem wodził po mapie, ustalając dokładne parametry, a drugą dłonią od razu wystukiwał je na małej klawiaturze łączącej go z powierzchnią placu. Kiedy dotknął czerwonego przycisku, rozległ się cichy brzęczyk. Dosłownie po sekundzie z góry przyszło potwierdzenie.
-„Jezu Chryste, szybciej! Widzę ich twarze!” - Nowa seria z automatu.
-Strzelamy bardzo szybko. - Nowe zakamuflowane rękawem ziewnięcie.
Ale miał rację, już po kilkunastu sekundach z góry dobiegła stłumiona kilkoma metrami betonu salwa.
-„No szybciej! Jezu...”
-Pociski już do ciebie lecą.
-„Boże, kiedy będą?”
-Za mniej więcej półtorej minuty.
Usłyszeli jeszcze jedną serię, potem następną i czyjeś krzyki.
-„Są na naszych pozycjach! Powtarzam: są na naszych pozycjach! Pomocy!”
-Pięćdziesiąt osiem sekund.
-„Jezu...”
-Trzydzieści sekund.
Łączność urwała się nagle. Bez żadnych szumów, trzasku, niczego. Po prostu zapadła cisza. Technik bez przerwy patrzył na zegarek. Po dłuższej chwili podniósł głowę.
-No to Ruscy dostali prosto w hełmy.
-W czapeczki. - Kolega podał mu kubek ze świeżą kawą. - Cukru?
Oficerem, który przyszedł z boku, okazał się kapitan, młody służbista, najwyraźniej z jakąś misją. Z całą pewnością nie był dowódcą jednostki, a to znaczyło, że ktoś chce ich szybko spławić.
-Słucham panów? - W jego głosie pobrzmiewała stal. - W czym mogę pomóc?
-Chcielibyśmy skorzystać z waszego połączenia z linią frontu. Bezpośredniego.
-Z telefonów?
-Tak.
-Niestety, to niemożliwe. Dlaczego nie skorzystacie panowie z połączeń Abwehry?
-Chryste! - Nie wytrzymał Schielke - Przecież Abwehra nie ma bezpośrednich połączeń telefonicznych z linią frontu!
-To może przez radio?
Facet najwyraźniej nie miał zielonego pojęcia o procedurach radiowych.
-Niby jak? Otwartym tekstem na wszystkich częstotliwościach?
Kapitan wzruszył ramionami.
-Niestety, nie mogę panom pomóc. Proszę skontaktować się z dowództwem twierdzy. Oni na pewno mają łączność.
-Człowieku, wiesz, ile to potrwa?
-Przykro mi. Telefony artylerii nie mogą być udostępniane nikomu. - Kapitan zawahał się przez chwilę. - Ale tu jest normalny telefon miejski - zakpił i wskazał na aparat wiszący na ścianie, z którego pewnie dawniej korzystali żołnierze, żeby pod okiem podoficerów porozmawiać z rodzinami, jeśli mieli je w mieście. Na stoliku poniżej leżała nawet książka telefoniczna. -To wszystko, co mogę dla panów zrobić.
Zasalutował regulaminowo i odszedł, stukając po bruku obcasami.
-Co za skurw... - zaczął Schielke, ale umilkł w pół słowa. Czasu było coraz mniej. - Co robimy?
-Myślę - mruknął Holmes.
-Na piechotę, na pierwszą linię?
-Co? I będziemy po ciemku chodzić od kompanii do kompanii, pytając, czy jest w niej poszukiwany przez nas człowiek?
-No to za dnia z całym oddziałem. Ale pamiętaj, jak załatwili Nadię. Tu każda sekunda...
-Myślę - przerwał mu Holmes.
Rzeczywiście milczał dłuższą chwilę, potem bezczelnie podszedł do stołu operacyjnego i zdjął z niego mapę z zaznaczoną linią frontu. Położył ją na stoliku przy telefonie i zaczął szukać czegoś w książce telefonicznej.
-Chodź - powiedział wreszcie, zdejmując słuchawkę z widełek. - Zadzwoń pod ten numer.
-Po co?
-To masarnia. Sądząc po adresie, leży jakieś pięćset metrów od linii frontu. Może niecały kilometr. Właścicielka to Greta Muller.
-Człowieku, przecież tam nikogo nie ma po ewakuacji. A jeśli są, to pierdzą ze strachu w piwnicy.
-Właśnie. To masarnia, musi mieć dużą piwnicę, więc pewnie jest tam sporo osób. Usłyszą telefon, ktoś podniesie słuchawkę.
-I co mam mu powiedzieć?
-Gadaj tylko z Gretą. Postrasz ją. Powiedz, że wiesz wszystko o jej handlu mięsem na lewo. I ją rozstrzelasz.
-A jak nie handlowała na lewo?
Holmes aż wzniósł oczy ku betonowemu sufitowi.
-Oj, Dieter, przecież to masarnia. Handlowała na lewo, uwierz mi.
Schielke wolał nic nie mówić o różnicy w podejściu Polaków i Niemców do tych samych spraw.
Posłusznie wziął słuchawkę.
-I co ona ma zrobić?
-Niech biegnie do pierwszego niemieckiego oficera, którego napotka. Niech go weźmie na litość, czy co tam.
-A on do nas zadzwoni? - Schielke przygryzł wargi. - Przez linie artylerzystów? No fakt. Wtedy nie odmówią.
Sprawnie wykręcił numer. Czekając, znowu odruchowo sięgnął po papierosa i znowu zaklął w myślach. Nagle w słuchawce rozległ się schrypnięty głos. Ktoś mówił mieszaniną niemieckiego i rosyjskiego.
-A co ty Giermaniec chcesz, a?
Schielkego tak zaskoczyło, że powiedział odruchowo:
-Ja do Grety.
-Do Grety? - zdziwił się z kolei Rosjanin. - Aha. - Przez chwilę panowała cisza. - Greta! Greta! Mąż do ciebie dzwoni. Niepokoi się.
W słuchawce słychać było czyjś krzyk. Kobiecy. W dodatku przerwany mocnym uderzeniem.
-Ty jesteś Greta? Przyznaj się!
-Nie... - chlipanie. - Jestem Mareike.
-Tichij użas. Jak?
-Mareike.
-Jemu to powiedz - w słuchawce rozległ się szelest. - Mąż dzwoni. Niepokoi się o ciebie.
-Tu Mareike Ebbing. - Jakaś zapłakana kobieta krzyknęła do słuchawki. - Ratunku!!!
Nowy odgłos uderzenia, wrzask, płacz.
-Jesteś Niemcem? Ratuj nas. Oni...
Słuchawka musiała upaść na ziemię. Po chwili jednak znowu rozległ się zachrypnięty głos Rosjanina:
-Ty, Giermianiec. Nie musisz się niepokoić. Mamy tu kilka Niemek. Jeśli jest wśród nich twoja Greta, to się nią zaopiekujemy. Komsomolskie słowo.