Ucieczka z Festung Breslau
- Автор: Земянский Анджей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Dolnośląskie
- ISBN: 978-83-245-8895-4
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Ucieczka z Festung Breslau». Краткое содержание книги:
Następny chłopak wystawił głowę. Strzał. Trafił w drugi czołg. Rosjanie nie trafili. Następny. Nie trafił. Rosjanie tak. Boże, trzeba przerwać ten bezsens.
-Za mną! - Schielke ruszył do przodu, prowadząc ludzi.
W tym momencie w ścianę rąbnął pocisk z jakiegoś działa, waląc ją w połowie. Oszołomieni, małymi grupkami biegli różnymi korytarzami bez żadnej organizacji. I znowu sceny jak ze snu. Dym, wystrzały z różnych stron, potępieńcze wrzaski. Schielke skręcił nagle, chcąc się wydostać na świeże powietrze, ale trafił wprost do pokoju, gdzie ulokowało się rosyjskie dowództwo kompanii.
Telefonista, jakiś żołnierz z mosinem przewieszonym przez plecy, sanitariuszka. Dwóch oficerów podniosło głowy znad mapy. Schielke mógłby zabić ich wszystkich, miał w dłoniach przeładowanego thompsona, ale nie mógł. Nie mógł strzelić do człowieka. A już na pewno nie z tak bliska. Tamci również trwali kompletnie zaskoczeni. Ponieważ jednak obcy nie strzelał, jeden z oficerów spytał:
-A ty kto? Liotczik?
Schielkemu przywróciło mowę. Odpowiedział swoją łamaną ruszczyzną:
-Amerykański korespondent wojenny. Sojusznik.
-A, korespondent? A z jakiej gazety?
-Z „Nowojorskiej Prawdy”!
-A, prawilno. A to co? - Oficer wskazał na thompsona z bębnowym magazynkiem.
-Nowy model pepeszy. Teraz takie będą robić.
-Aaa...
Sytuację uratował Holmes, wpadając do małego pomieszczenia z wrzaskiem:
-Uciekać! Uciekać! Idą całą masą! - krzyczał, wymachując jednocześnie swoją pepeszą.
Jego perfekcyjny rosyjski i prawidłowy akcent nie budziły niczyjej wątpliwości. W powstającej panice Schielke bezczelnie zabrał ze stołu mapę i zaczął uciekać w stronę przeciwną niż Rosjanie.
-A ty co? - Holmes dogonił go w korytarzu. - Na czaj się z nimi umawiałeś?
-A ty się zdecyduj nareszcie, jakim wojskiem dowodzisz. Tymi z tej strony, czy tymi z tamtej?
-Sam nie wiem, do cholery.
-Kameraden! - przerwał im czyjś stłumiony okrzyk. - Kameraden! Tutaj, tutaj!
-Tutaj, to znaczy gdzie? - Schielke obracał się w kółko.
Holmes przyłożył do ust otwarte dłonie.
-Hej, ty! - ryknął. - A gdzie jesteś?
-Tutaj!
-A ja tutaj! — zdenerwował się Holmes. - I gówno nam to mówi.
-Na piętrze. Za takimi krętymi schodami.
Kilku ludzi z volkssturmu wskazywało rękami kierunek. Schielke ostrożnie ruszył w tamtą stronę. Wokół chwilowo nikt nie strzelał, a przynajmniej z niczego ciężkiego. Nie wiadomo, czy miało na to wpływ okropne przemieszanie oddziałów, czy raczej fakt, że nikt po obu stronach nie wiedział właściwie, co się dzieje.
-Hej, tam! Nie strzelać!
Ostrożnie pokonywali schody. Dalej nic. Na piętrze ujrzeli jednak Langenaua w otoczeniu żołnierzy.
-Dieter! Chryste Panie. - Oficer podniósł się zza prowizorycznej osłony. - Boże, nie sądziłem, że jesteś do tego zdolny.
-Następnym razem nie przerywaj zeznań w pół słowa i nie odchodź. Przede mną nie umkniesz.
Langenau kręcił głową w podziwie.
-Ja cię chrzanię. No to mamy szansę się stąd wyrwać - rozejrzał się wokół. - Cholera, przydałaby się jakaś mapa.
-Mam mapę - Schielke podał mu zmiętą płachtę. - Ale opisana cyrylicą.
Langenau rozprostował papier.
-Przecież to rosyjska mapa sztabowa. Aktualna. - Podniósł wzrok. - Jakim cudem zdobyłeś coś takiego?
-Niczego nie zdobywałem.
-Ale...
-Mówi prawdę - wtrącił się Holmes. - Lepiej nie analizować czynów tego dziecka szczęścia, ale ja jestem świadkiem. Dieter po prostu wszedł do obcego sztabu, zamienił kilka słów z oficerami, wziął sobie mapę i poszedł.
Żołnierze wokół patrzyli na Schielkego jak na boga wojny. Znał już to uczucie. Tylko teatr i trochę sprytu. Upiorne widowisko zawsze rządziło się swoimi prawami. Nie szkodzi, że jesteś zajadłym pacyfistą, który nigdy nikogo nie zabił i nie zamierza. Jeśli umiesz myśleć, to łatwo staniesz się w oczach ludzi panem życia i śmierci, kimś, kto ma prawo decydować o ich losie. I dlatego teraz wszyscy patrzyli z nadzieją na Schielkego jak w oblicze prawdziwego boga.
-Co jest nam potrzebne, żeby stąd wyjść?
Langenau podniósł wzrok znad mapy.
-Znalazłem tu przejście. Teraz to wystarczy lekkie wsparcie. Trochę hałasu na tyłach.
-Nie ma sprawy - podniósł do ust walkie-talkie. - Heini?
-Słucham, panie kapitanie.
-Daj Watsona.
Polak musiał coś jeść, bo głośnik zdumiewająco wyraźnie przekazał odgłos przełykania.
-No co tam? Jesteście już w Berlinie?
-W Waszyngtonie. Rusz wóz pancerny i naszych ludzi.
-Z jakiego gówna mam was wyciągnąć?
Langenau przerwał im, dając znaki. Na pytające spojrzenie Schielkego spytał szybko:
-Twoi ludzie to frontowcy?
-Chyba śnisz. To banda najinteligentniejszych dekowników, którzy bez wizyty w jakimkolwiek okopie przeżyli szczęśliwie całą wojnę. Ale wyglądają bez zarzutu.
-Domyślam się. - Esesman pokazał coś na mapie. - Niech więc tylko się tutaj pojawią i hałasują jak najgłośniej. Potem mogą uciekać.
Schielke skinął głową. Znowu podniósł do ust walkie-talkie.
-Słuchaj, widzisz przed sobą taką wieżyczkę? Według mapy ma trzydzieści pięć metrów wysokości.
-Widzę coś, co było wieżyczką. Została jeszcze połowa.
-Dobra, to podejdź tam z całymi siłami i przeprowadź jak najgłośniejsze natarcie. Dosłownie kilka metrów, chodzi o wrażenie. Nie pchaj się dalej, bo cię ustrzelą, a twoi ludzie pouciekają. Rozumiesz?
-Pewnie.
-Jak zobaczysz uciekających Niemców, sam też zwiewaj. Bez odbioru.
Langenau tymczasem zbierał siły. Jakoś się orientował w tym piekielnym miszmaszu. Nawet chwalił metodę Schielkego, którą nazwał natarciem przy pomocy rozproszonego oddziału. Obaj z Holmesem nie wiedzieli, o co mu chodzi. Potem małymi grupkami ruszyli w stronę ulicy. Nie zamierzali na nią wyjść. Posuwali się równolegle korytarzami i wąwozami wśród gruzów. Wokół było dość spokojnie. Co chwilę ktoś oczywiście strzelał, ale główny ciężar walk musiał się przenieść na sąsiednie odcinki frontu. Rosjanie skupieni wokół rozwalonych czołgów uznali chyba, że teren jest już ich i głównym problemem było odtarasowanie drogi dla pozostałych maszyn.
Grupki rozbitego niemieckiego oddziału posuwały się bardzo szybko. Tym razem tempo nadawali przerażeni do granic możliwości członkowie volkssturmu, którzy cudownie odzyskali siły, by móc wydostać się z piekła. Rosyjska mapa prowadziła dość dobrze, do pewnego momentu, bo przecież nie zaznaczano na niej miejsca pobytu pojedynczych żołnierzy. Kilku chłopców z Hitlerjugend przypadło pod zwałowiskiem, ostatnią przeszkodą przed prawie otwartym terenem stanowiącym resztkę jakiegoś niewielkiego parku.
-Widać nasze zasieki - zaraportował któryś z chłopców.
-Ale przez ten teren się nie przedostaniemy. W każdym razie nie w całości - zerknął na Schielkego.
- Już.
-Watson, zaczynaj.
-Nie bój żaby.
-Przygotować się do... - Langenau nagle przerwał, słysząc dochodzące z drugiej strony frontu dźwięki gramofonu. Bynajmniej nie był to marsz paradny, jakby można się było spodziewać, ale jakaś skoczna, bawarska melodia. Na rubieży pojawili się żołnierze w panterkach, a zza gruzów wyjechał samochód pancerny, siejąc ogniem z karabinu maszynowego. Żołnierze jak na pokazie musztry ruszyli do przodu. Ale nie do ataku bynajmniej - osłaniając się ogniem z automatów, zaczęli rozbierać niemieckie zasieki. Jeden kozioł z kolczastym drutem sprawnie powędrował na bok. Potem drugi, trzeci... W głowach wszystkich obserwatorów pojawiło się pytanie: co jest nie tak? Przecież to nie zwykłe przejścia dla kontrataku piechoty. Niemcy po prostu rozmontowują swoją linię obrony. I po sekundzie do wszystkich głów dotarła też odpowiedź. Boże! To przecież przejazd dla czołgów!