Ucieczka z Festung Breslau
- Автор: Земянский Анджей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Dolnośląskie
- ISBN: 978-83-245-8895-4
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Ucieczka z Festung Breslau». Краткое содержание книги:
Z tyłu rozbrzmiewały pijackie śmiechy i czyjś płacz. Schielke odłożył słuchawkę. Siedzący dotąd obok milczący technik wstał zaniepokojony widokiem twarzy kapitana Abwehry.
-Czy coś się stało?
-Tak. Linia frontu na tej mapie jest już nieaktualna.
Samochód pancerny z trudem przebijał się przez pokłady gruzu. Na szczęście na ulicy nie było większych zwałowisk tarasujących ruch, z powodu szerokości jezdni i torowiska zawsze dotąd dało się jakoś objechać przeszkody. Nie było też śmiesznych barykad tak charakterystycznych dla pierwszych tygodni obrony. Trzy miesiące walk z całą jaskrawością ujawniły ich kompletną nieprzydatność na tak rozległych przestrzeniach. Parę razy oberwali lekkimi odłamkami z dalekich wybuchów. W irracjonalnym odruchu pochylali głowy, kiedy brzęczały na pancerzu. Schielke myślał o żołnierzach posuwających się za nimi na francuskiej ciężarówce. Cieniutka blacha okrywająca pakę mogła już nie powstrzymać co mocniejszych uderzeń.
-Jesteś pewien, że to gdzieś tutaj? - po raz kolejny spytał Holmesa.
-Raczej tak - odparł tamten spokojnie. - Moi ludzie rzadko się mylą, jeśli chodzi o identyfikację jednostek. W końcu to ich praca jako agentów.
Zatrzymał ich jakiś żołnierz w ciemnym, zakurzonym mundurze.
-Gdzie? - spytał po chamsku bez zachowania regulaminowych zasad.
Watson nie wytrzymał.
-Pierdol się i nazad!
Żołnierz z trudem oderwał wzrok od przyspawanego do maski kaloryfera, który zastępował im przód maski.
-Tam za winklem front.
-Co za niespodzianka. A ja myślałem, że już Amerykanie.
-Do nich to masz jeszcze kawałek drogi, kolego. I teren trudny do przejechania.
Zdenerwowany Schielke wystawił głowę z włazu. W swojej lotniczej kurtce z białym szalikiem zrobił na wartowniku wrażenie, o tyle że ten przynajmniej lekko się wyprostował.
-Czy jest tu kapitan Ewald Langenau?
-Jeśli żyje, to jest. A jeśli go ubili, to ciała chyba też daleko nie odnieśli.
-Te, dowcipniś! Bo cię zaraz do pierdla wsadzę.
Demoralizacja w szeregach Wehrmachtu musiała sięgać zenitu, bo żołnierz tylko wzruszył ramionami.
-Ponieważ zabiją nas najpóźniej do wieczora, więc nawet sąd połowy to zawsze jakieś odroczenie.
Schielke oniemiał. Zaraz jednak okazało się, co to za oddział. Kiedy minęli wysokie osypisko, ukazały się ich tyły. Trzon regularnego wojska stanowili w większości lekko ranni, albo żołnierze z odzysku. Ze szpitali, służb tyłowych, lotnictwa, kwatermistrzostwa i wszystkich formacji. Zbiór naszywek z ich mundurów mógłby być podstawą wspaniałej kolekcji wojskowych odznak. Dziury pozatykano volkssturmem składającym się z ludzi w różnym wieku, od przerażonych starców po kilkunastoletnich chłopców, którzy jako jedyni wydawali się rwać do walki z pełnym zapałem. Heini, który jako pierwszy wyskoczył z wozu, patrzył na nich jednak z wyższością. Po pierwsze, był kapralem regularnego wojska i to elitarnej w jego mniemaniu jednostki Abwehry, po drugie, z racji służby u Schielkego był przecież agentem w tajnej misji. Obojętnie łowił pełne zazdrości spojrzenia rówieśników. Oni nie mieli przecież ani panterki, ani wojskowego stopnia, nie mówiąc już o lornetce, rakietnicy, walkie-talkie i prawdziwym, ruskim naganie.
-Ty, uważaj - krzyknął nawet do chłopca, który przyjechał na rowerze z dwoma pancerfaustami sterczącymi w olstrach przy kierownicy, przymocowanymi pociskami do góry. - Zęby sobie wybijesz.
Dowódcę zauważyli od razu. Kapitan SS tkwił ze swoim niewielkim sztabem w ogromnym leju pod zwałowiskiem, które kiedyś chyba było księgarnią naukową, ponieważ dosłownie wszędzie walały się opasłe woluminy i kartki. Z grubszych książek z twardymi okładkami zrobiono nawet prowizoryczny stół i siedziska. Gorzej, że Schielkemu zdawało się, że skądś zna dowodzącego tu oficera. Ten jednak rozwiał od razu wszelkie wątpliwości.
-Dieter. - Zerwał się na równe nogi. - Oooooo... Dosłużyłeś się kapitańskich szlifów. I Krzyż Żelazny. No, no.
-Cholera, nie kojarzę cię z nazwiska. - Schielke podał rękę kapitanowi i przedstawił Holmesa. Oczywiście jako swojego szefa do spraw technicznych.
-Langenau, tajne lotnisko w Holandii. Pic na wodę, pamiętasz?
-Ach, pamiętam. Oczywiście.
Schielke wolał nie wspominać jednego z bardziej kompromitujących epizodów swojej kariery wojskowej. Ktoś w dowództwie wpadł wtedy na pomysł budowy lipnych lotnisk, żeby powstrzymać aliancką presję bombową. Niech połowa ich sił powietrznych niszczy dalej prawdziwe obiekty, a druga połowa niech skupi się na nieprawdziwych. Budowali więc tekturowe samoloty na wytyczonych wśród pól niby to pasach startowych. Wznosili drewniano-płócienne hangary i baraki z tektury.'Ustawiali radary z powiązanych sznurkiem gałęzi. Z góry miało to wyglądać groźnie i prawdziwie. Schielke nadzorował prace od strony Abwehry - żadna przecież informacja nie mogła wyjść na zewnątrz. Wysiedlono więc rolników z całej okolicy, stworzono strefę zamkniętą, robotnikami byli wyłącznie Niemcy. A Langenau, ilekroć przyjeżdżał z inspekcją od strony SS, zawsze się śmiał. No i po całym miesiącu wytężonej pracy, kiedy zużyli całe tony drewna, sklejki, tektury, papieru, sznurka i farby, nadleciały nareszcie siły RAF-u. W liczbie jednego samolotu. Bombowiec zrzucił im bezczelnie, na sam środek „lotniska” jedną jedyną bombę. Drewnianą.
-Taaak - Langenau śmiał się jeszcze teraz. - A mimo to zostałeś kapitanem.
-Oj, przestań.
-Ale dlaczego? Myślę, że po wojnie czeka cię świetlana kariera jako znanego budowniczego lotnisk z wielkim doświadczeniem zawodowym.
Schielke usiłował odwrócić wzrok, ale Holmes przyglądał się mu z wyraźnym zaciekawieniem. Najwyraźniej nie znał sprawy i zamierzał drążyć, więc trzeba było desperacko zmienić temat.
-Przyjechałem z inną sprawą.
-Domyślam się. - Langenau nie zamierzał przestać. - Wyrzucili cię z lotniczego biznesu i jakiś inny wielki konstruktor zbudował równie idiotyczne lotnisko na Scheitniger Stern. Nie zostaniesz już generałem Luftwaffe, a szkoda, bo twoje lotnisko mniej kosztowało i dodatkowo niczego przy okazji nie zniszczyliście.
Holmes zaczął już rozumieć żarty, bo strzygł uszami i usiłował się nie uśmiechać, co przychodziło mu z pewnym trudem.
-Słuchaj. - Schielke podjął kolejną próbę odwrócenia uwagi od swojej osoby, lotnisk, bombardowań i pionierskich metod użycia dykty w budowie szybkich samolotów. - Ty byłeś chyba szefem ochrony pewnej komórki, która zajmowała się pakowaniem wywożonych stąd dziel sztuki?
Langenau nagle spoważniał. Usiadł na stosie książek ułożonych tak, by służyły za krzesło i zaprosił ich, żeby zajęli inne, podobne.
-Aha - mruknął. - No to coś się przynajmniej wyjaśniło.
-Co?
-Więc to ty jesteś tą świnią z Abwehry, która zepsuła Krupmannowi jego najlepszą akcję i w ogóle od lat knuje, pluje i jodłuje.
Holmes spojrzał na Schielkego ze zdziwieniem.
-Rany, dlaczego nie powiedziałeś, że potrafisz też jodłować?
-A reszta cię nie dziwi? - obruszył się Schielke.
-Pasuje, jak ulał.
Langenau zaczął się śmiać.
-Krupmann był tu dziś rano - wyjaśnił.
Obaj spojrzeli zaskoczeni. A Langenau nie dziwił się ich reakcji.
-Tak, tak, przyjechał na czele swojego „sznapskomanda” i również wypytywał o pakowanie dzieł sztuki.
-Sznapskomando?
-No, jego ludzie śmierdzieli tak samo jak on. Łoili wódę co najmniej przez pół nocy.
Langenau w zamyśleniu podniósł jedną z tworzących blat książek. „Arkadia, mit czy rzeczywistość?” brzmiał jej tytuł. Na okładce widać było półnagich ludzi pląsających wśród starożytnych ruin porośniętych bujną roślinnością. Odruchowo zerknął na księżycowy krajobraz wokół nich. Ciekawe, czy rozmyślał o rozebraniu się i zatańczeniu na gruzach.