Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
Perrin skinął głową.
– A co do pozostałych – podjęła. – Niech się zajmą lokalizacją wojsk i sporządzeniem planów. Potrzebujemy wyraźnej wizji, w jaki sposób przegnamy Trolloki z Caemlyn, abyśmy mogli z nimi walczyć na równych warunkach.
Wiele godzin później Elayne wyszła z namiotu, czując, że w głowie jej wiruje od tych wszystkich szczegółów związanych z taktyką, gromadzeniem zapasów i rozmieszczaniem wojsk. Kiedy zamrugała, oczyma duszy widziała mapy gęsto pokryte notatkami Garetha Bryne’a.
Pozostali uczestnicy narady zaczęli się rozchodzić do swoich obozowisk, by wdrażać plany bitew. Niebo już ciemniało, dlatego dookoła pawilonu trzeba było rozstawić latarnie. Ledwie pamiętała posiłki, które wczesnym popołudniem i wieczorem przyniesiono do namiotu. Zjadła coś, nieprawdaż? Nie mogło być inaczej. Po prostu tyle było do zrobienia.
Odpowiadała na ukłony, którymi żegnali się z nią mijani po drodze władcy. Udało się ustalić większą część wstępnych planów. Rankiem miała zabrać swe wojska do Andoru i rozpocząć pierwszą część kontrataku przeciwko Cieniowi.
Grunt był tutaj miękki i sprężysty dzięki gęstej, zielonej trawie. Wpływ Randa wciąż jeszcze się utrzymywał, mimo że on sam wyjechał. Kiedy Elayne przyglądała się badawczo ogromnym drzewom, podszedł do niej Gareth Bryne.
Obróciła się, zdumiona, bo myślała, że zdążył opuścić wcześniej namiot. Zostali w nim już tylko słudzy i żołnierze pełniący przy niej straż.
– Lordzie Bryne? – zagadnęła go.
– Chciałem tylko powiedzieć, że jestem dumny – rzekł cicho. – Dobrze sobie poradziłaś.
– Raczej nie miałam wiele do dodania od siebie.
– Wniosłaś swe przywództwo. Nie jesteś generałem, Elayne, i nikt od ciebie nie oczekuje, że nim zostaniesz. Kiedy jednak Tenobia narzekała, że Saldaea pozostaje odsłonięta, ty nakierowałaś ją z powrotem na sprawy istotne. Sporo było napięcia, ale ty nas zespoliłaś, zniwelowałaś niedobre emocje, nie pozwoliłaś, abyśmy skoczyli sobie do gardeł. Dobra robota, Wasza Wysokość. Bardzo dobra.
Uśmiechnęła się szeroko. Światłości, jakże trudno było się nie rozpromienić, kiedy on wypowiadał te słowa. Nie był jej ojcem, a jednak pod wieloma względami kimś najbardziej do ojca zbliżonym.
– Dziękuję ci, Bryne. I jeszcze jedno. Korona przeprasza cię za…
– Ani słowa o tym – przerwał jej. – Koło obraca się, jak chce. Nie obwiniam Andoru o to, co się ze mną stało. – Zawahał się. – Niemniej zamierzam walczyć u boku Białej Wieży, Elayne.
– Rozumiem.
Ukłonił się i ruszył w stronę tej części obozowiska, którą zajmowała Egwene.
Do Elayne podeszła Birgitte.
– Wracasz do obozu? – spytała.
– Ja… – Elayne zawiesiła głos, bo coś usłyszała. Odgłos był cichy, a jednocześnie dziwnie głęboki i potężny. Zmarszczyła czoło i ruszyła w tamtą stronę, unosząc w górę rękę, by uciszyć Birgitte, która już chciała pytać, co się stało.
Okrążyły namiot, a potem przeszły po zielonej trawie i łanie kwitnących obficie ranników w stronę tego dźwięku, który z każdą chwilą przybierał na sile. To była pieśń. Piękna pieśń, inna od wszystkich, jakie Elayne w życiu słyszała, o brzmieniu tak frapującym, że aż przeszył ją dreszcz.
Ta pieśń ją obmyła, otuliła, zawibrowała w jej wnętrzu, opowiadając o radości, zachwycie i zadziwieniu – Elayne była tego pewna, choć nie rozumiała słów. Podeszła jeszcze bliżej i zobaczyła grupę istot o tak ogromnych posturach, że przypominały te wielkie drzewa. Stały przy sękatych pniach wyhodowanych przez Randa, przykładając do nich dłonie. Miały zamknięte oczy.
Elayne zorientowała się, że to Ogirowie, w liczbie z grubsza trzydziestu, w najrozmaitszym wieku, poczynając od takich, którzy mieli śnieżnobiałe brwi, a kończąc na równie młodych jak Loial. Sam Loial zresztą był wśród nich; tak jak i pozostali śpiewał z uśmiechem na ustach.
Tuż obok, razem ze swą żoną, stał Perrin.
– Twoje słowa o tym, że winniśmy się zwrócić do Asha’manów, dały mi do myślenia. Skoro potrzebujemy sojuszników, to czemu nie poszukać ich wśród Ogirów? Postanowiłem odnaleźć Loiala, ale nawet nie zdążyłem wyruszyć w drogę, bo oni już tu byli, pośród tych drzew.
Elayne przytaknęła, wsłuchując się w pieśń, która właśnie osiągnęła punkt kulminacyjny, po czym jęła cichnąć i wreszcie Ogirowie skłonili głowy. Na moment dookoła zapanował wielki spokój.
Wreszcie jeden z najbardziej sędziwych otworzył oczy i obrócił się w stronę Elayne. Długa siwa broda opadała mu na pierś, usta okalały białe wąsy. Wyszedł jej naprzeciw w towarzystwie pozostałych starców obojga płci. Razem z nimi szedł też Loial.
– Jesteś królową – powiedział stary Ogir, kłaniając się. – Tą, która nadaje kierunek tej wyprawie. Jestem Haman, syn Dala syna Morela. Przybyliśmy zaprząc swe topory do twojej walki.
– Miło mi to słyszeć – rzekła Elayne, odpowiadając na jego ukłon skinieniem głowy.
– Trzydziestu Ogirów użyczy sporej siły naszej bitwie.
– Trzydziestu, młódko? – Haman zaśmiał się dudniącym śmiechem. – Wielki Pień nie po to się zebrał i nad wyraz długo debatował, by przysłać ledwie trzydziestu z całej naszej rzeszy. Ogirowie będą walczyli ramię w ramię z ludźmi. Wszyscy. Każdy spośród nas, który jest w stanie utrzymać topór albo długi nóż.
– To cudownie! – zakrzyknęła Elayne. – Zrobię z was dobry użytek.
Jedna z kobiet Ogirów potrząsnęła głową.
– Nazbyt pochopni. Nazbyt prędcy. Musisz o czymś wiedzieć, młódko. Byli tacy, którzy chętnie porzuciliby was i cały świat na pastwę Cienia.
Elayne aż zamrugała oczami ze zdumienia.
– Bylibyście gotowi tak postąpić? Po prostu zostawić nas samych? W walce?
– Niektórzy opowiadali się za tym – przyznał Haman.
– Ja sama zajęłam takie stanowisko – powiedziała kobieta. – Wytoczyłam taki argument, aczkolwiek nie wierzyłam do końca w jego słuszność.
– Co takiego? – spytał Loial, podchodząc bliżej do nich. Najwyraźniej o niczym takim nie miał wcześniej pojęcia. – Nie wierzyłaś?
Kobieta popatrzyła na niego.
– Drzewa nie będą rosnąć, jeśli Czarny zagarnie ten świat.
Loial wydawał się zdumiony.
– Więc dlaczego…
– Argument musi napotkać sprzeciw, jeśli ma dowieść swej siły, synu – rzekła kobieta. – Ten, który argumentuje, poznaje głębię swojego zobowiązania poprzez przeciwieństwo. Czy ty nie wiesz, że drzewa zapuszczają najsilniejsze korzenie, jeśli targa nimi wiatr? – Pokręciła głową, mimo że patrzyła nań czule. – Co nie znaczy, że powinieneś był opuszczać stedding. Nie należało tego czynić w pojedynkę. Na szczęście o to już zadbano.
– Zadbano? – powtórzył Perrin.
Loial zaczerwienił się.
– Widzisz, Perrin, jestem żonaty.
– Nic mi nie powiedziałeś!
– Wszystko stało się tak prędko. Ale ożeniono mnie z Erith, wiesz? Ona też tu jest. Słyszałeś jej śpiew? Czyż jej pieśń nie jest piękna? Bycie żonatym nie jest takie złe, Perrin. Dlaczego mi nie powiedziałeś, że nie jest takie złe? Myślę, że nawet to lubię.
– Cieszę się z twojego powodu, Loial – przerwała mu Elayne, bo Ogirowie potrafili się wdawać w niekończące dygresje, jeśli się ich nie pilnowało. – I jeszcze raz dziękuję wam wszystkim za to, że do nas dołączyliście.
– Chyba było warto zapłacić cenę – rzekł Haman – choćby po to, by zobaczyć ten gaj. Przez całe moje życie ludzie tylko ścinali Wielkie Drzewa, a tymczasem tutaj człowiek takie wyhodował… Podjęliśmy właściwą decyzję. Tak, tak. Inni też będą musieli zobaczyć ten…