Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]
Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]

Электронная книга - «Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]». Краткое содержание книги:

W 46 roku p.n.e. rzymski legion pod wodzą Marka Emiliusza Scaurusa podczas zwiadu w Galii natyka się na nieprzyjacielskie oddziały Celtów kierowane przez Viridoviksa. Przywódcy wrogich wojsk postanawiają sami stoczyć pojedynek. Jednak w chwili gdy krzyżują swe identyczne, pokryte druidzkimi runami miecze, wszyscy Rzymianie po krótkim oślepieniu tajemniczą jasnością odkrywają, że znajdują się w innym świecie.
1 ... 63 64 65 66 67 68 69 70 71 ... 104
Перейти на страницу:

— Kampania powinna rozpocząć się dwa miesiące temu, albo wcześniej.

— Polityka — odpowiedział Marek, a potem dodał: — Rozruchy też nie pomogły. Gdyby nie one, sądzę, że już bylibyśmy w drodze. — Z delikatną ironią słuchał siebie usprawiedliwiającego opóźnienia, na które narzekał jeszcze nie tak dawno temu. Teraz o wiele mniej pragnął wyruszyć niż wówczas i aż nadto wyraziście zdawał sobie sprawę, dlaczego. Jednak równie jasno wiedział, że nie ma na to żadnego wpływu.

Trybun nie był w Sali Dziewiętnastu Tapczanów od owej nocy, kiedy pojedynkował się z Avsharem. Jak zawsze, tak i teraz, w sali przyjęć nie było żadnych tapczanów. Ciąg stołów łączył jeden koniec z drugim, tworząc linię przechodzącą przez środek sali. Na stołach leżały mapy z wykreślonymi, proponowanymi szlakami przemarszu videssańskiej armii; za stołami siedzieli dowódcy wszystkich kontyngentów wojska wchodzących w skład tej armii: Videssańczycy, Khatrishe, wodzowie koczowniczych Khamorthów, namdalajscy oficerowie, a teraz również Rzymianie.

Mavrikios Gavras, zgodnie ze swym przywilejem, siedział u szczytu stołów. Marek ucieszył się na widok Thorisina, siedzącego po prawej ręce swego brata. Miał nadzieję, że jest to znakiem uzdrowienia stosunków pomiędzy nimi. Lecz dwie inne osoby siedzące przy Imperatorze sprawiły, że Skaurus zapragnął przetrzeć oczy, by się upewnić, że nie płatają mu figla.

Po lewej ręce Mavrikiosa siedział Ortaias Sphrantzes. Mimo wszystkich książkowych wiadomości o wojnie, jakie posiadał młody arystokrata, Marek dałby głowę, że nie ma on ani wystarczającej wiedzy, ani też odpowiedniego usposobienia, by uczestniczyć w tej naradzie, nawet gdyby był członkiem frakcji Imperatora, a nie bratankiem największego rywala Gavrasa. Jednak był tutaj i właśnie wodził po mapie ostrzem swego sztyletu z ozdobną rękojeścią, odtwarzając bieg jakiejś rzeki. Skinął głową i machnął ręką, kiedy spostrzegł wchodzących Rzymian. Marek odpowiedział mu skinieniem głowy, lecz Gajusz Filipus, mrucząc coś nieprzyjemnego pod nosem, udał że go nie widzi.

Córka Imperatora siedziała po prawej ręce Thorisina Gavrasa, pomiędzy nim a Nephonem Khoumnosem. Alypia była jedyną kobietą wśród zgromadzonych i, jak to zwykła czynić, więcej słuchała, niż mówiła. Notowała coś na skrawku pergaminu, kiedy Rzymianie weszli do Sali Dziewiętnastu Tapczanów i nie uniosła wzroku, dopóki służący nie zaprowadził ich do wyznaczonych im miejsc, znajdujących się zaszczycające blisko szczytu stołów. Jej spojrzenie rzucone Skaurusowi było chłodne, szacujące i bardziej powściągliwe, niż tego oczekiwał trybun; nagle zastanowił się, czy wiedziała o jego związku z Hel vis. Z jej twarzy nie dawało się nic odczytać; stanowiła doskonałą maskę, kryjącą jej myśli.

Marek zajął swoje miejsce z niejaką ulgą. Pochylił głowę, by przyjrzeć się leżącej przed nim mapie. Jeśli dobrze odczytał pajęcze pismo Videssańczyków, przedstawiała góry Vaspurakanu, kresowej krainy, której przełęcze ofiarowywały kuszące przejścia pomiędzy Yezd a Imperium.

Tak jak mapy Apsimara, ta również wyglądała na zdumiewająco dokładną, daleko bardziej niż jakiekolwiek, które sporządzali Rzymianie. Szczyty, rzeki, jeziora, osady — wszystko to zostało odtworzone z drobiazgową dokładnością. Mimo to Skaurus zastanawiał się, w jakim stopniu można polegać na tej mapie. Wiedział, że nawet posiadający jak najlepsze zamiary i zwykle dokładni ludzie mogą się mylić. W trzeciej księdze swej historii, Polibiusz — najdokładniejszy z badaczy, jaki kiedykolwiek się urodził — twierdził, że rzeka Rodan płynie ze wschodu na zachód nim skręca na południe i spływa przez Galię Narbońską do Morza Śródziemnego. Przewędrowawszy wzdłuż całego niemal jej biegu, Rzymianin miał niezbitą pewność, że przez całą swoją długość płynie z północy na południe.

Mavrikios nie rozpoczynał oficjalnie narady jeszcze przez godzinę po przybyciu Rzymian. Dopiero kiedy ostatni spóźnialscy — w większości Khamorthci — zajęli swe miejsca, przerwał cichą rozmowę, jaką prowadził ze swym bratem, i podniósł głos na tyle, by można go było słyszeć w całej sali.

— Dziękuję wam, że chcieliście spotkać się z nami tego ranka — powiedział. Pomruk rozmów żołnierzy omawiających swoje sprawy, który unosił się nad stołami, zamarł. Odczekał, aż ucichnie zupełnie, nim podjął: — Dla tych, którzy już odbyli wyprawę na zachód i tam walczyli, wiele z tego, co dzisiaj usłyszycie, okaże się rzeczami znanymi, lecz jest wśród nas tak wielu nowych przybyszów, iż sądzę, że warto odbyć tę naradę ze względu na nich samych.

— Jest tutaj mniej nowych ludzi niż powinno być, dzięki waszym przeklętym mnichom — zawołał ktoś i Marek rozpoznał Utpranda, syna Dagobera. Twarz Namdalajczyka wciąż wykrzywiał ten sam wyraz zimnej furii, który widniał na niej wówczas, kiedy trybun uratował go przed motłochem; oto człowiek — osądził Skaurus — którego niełatwo odwieść od tego, co sobie zamierzył. Pozostali wyspiarze poparli go gniewnymi pomrukami. Marek zobaczył Soteryka, siedzącego wśród młodszych oficerów daleko, przy drugim końcu stołów.

Ortaias Sphrantzes i Thorisin Gavras wydawali się w równym stopniu urażeni tym, co tak bez ogródek powiedział Utprand. Choć z całkowicie odmiennych powodów. — Nie wiń naszych świętych za owoce waszej herezji! — zawołał Ortaias, podczas gdy Sevastokrata warknął: — Ty tam, nie zapominaj okazywać Jego Imperatorskiej Wysokości należnego mu szacunku! — Siedzący przy stołach Videssańczycy poparli jednego albo drugiego — lub też obu — zależnie od swych zapatrywań.

Namdalajczycy odpowiedzieli wyzywającymi spojrzeniami. — Jaki szacunek mamy okazywać, kiedy wasi święci mordują naszych ludzi? — zapytał z gniewem Utprand, odpowiadając jednocześnie na obie przygany. Temperatura w Sali Dziewiętnastu Tapczanów błyskawicznie podniosła się do punktu wrzenia. Jak szakale czające się na skraju pola walki, Khamorthci sprężyli się na swoich krzesłach, gotowi skoczyć na tego z walczących, którego uznają za słabszego.

Marek poczuł tę samą potęgującą się rozpacz, której zaznał już tylekroć przedtem w Videssos. Cechował go spokój wynikający zarówno z wychowania, jak i usposobienia i uważał skłonność do irytujących kłótni wszystkich tych drażliwych i pobudliwych mieszkańców Imperium i jego sąsiadów za ich wrodzoną cechę.

Mavrikios sprawiał wrażenie ulepionego z podobnej co on gliny. Położył jedną rękę na ramieniu brata, a drugą na ramieniu Ortaiasa Sphrantzesa. Obaj uspokoili się, choć Thorisin poruszył się niespokojne. Imperator spojrzał przez stoły na Utpranda, a jego brązowe oczy zwarły się spojrzeniem z wilczoszarymi oczyma Namdalajczyka. — Mniej jest was tutaj, niż powinno być — przyznał — i nie jest to wasza wina. — Teraz z kolei Sphrantzes skręcił się niespokojnie.

Imperator zignorował go, dalej całą swoją uwagę skupiając na Utprandzie. — Czy jednak w ogóle pamiętacie, dlaczego tu jesteście? — W jego głosie brzmiała ta sama natarczywość, jaką miał głos Balsamona, kiedy w Wielkiej Świątyni zwracał się do całego Videssos z prośbą o jedność, która nie została mu dana.

Jak już Marek zdążył być tego świadkiem, Utprand potrafił rozpoznać prawdę, kiedy ją usłyszał. Namdalajczyk myślał przez chwilę, a potem skinął niechętnie głową.

— Masz rację — powiedział. Dla niego wystarczyło to, by uznać sprawę za załatwioną. Kiedy kilku zapalczywych młodych Namdalajczyków podjęło próbę dalszego roztrząsania tej sprawy, lód w jego oczach uciszył ich szybciej niż wszystko, co mogliby zrobić Videssańczycy.

— To twardy orzech do zgryzienia — szepnął z podziwem Gajusz Filipus.

1 ... 63 64 65 66 67 68 69 70 71 ... 104
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)