Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]
Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]

Электронная книга - «Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]». Краткое содержание книги:

W 46 roku p.n.e. rzymski legion pod wodzą Marka Emiliusza Scaurusa podczas zwiadu w Galii natyka się na nieprzyjacielskie oddziały Celtów kierowane przez Viridoviksa. Przywódcy wrogich wojsk postanawiają sami stoczyć pojedynek. Jednak w chwili gdy krzyżują swe identyczne, pokryte druidzkimi runami miecze, wszyscy Rzymianie po krótkim oślepieniu tajemniczą jasnością odkrywają, że znajdują się w innym świecie.
1 ... 60 61 62 63 64 65 66 67 68 ... 104
Перейти на страницу:

W tej chwilowej oazie spokoju łatwo było zapomnieć o takich rzeczach. Przez pierwsze dwie godziny Rzymianie stali na swoim posterunku w pełnej gotowości bojowej, lecz kiedy nie zetknęli się z niczym bardziej niebezpiecznym od zabłąkanego psa i szmaciarza, z wielkim workiem odpadków zarzuconym na plecy, trybun uznał, że nie stanie się nic złego, jeśli pozwoli im trochę się odprężyć. Podczas gdy pierwsza trójka legionistów stanęła na warcie, pozostali usiedli w wąskim cieniu południowego muru. Podzielili się jedzeniem i winem z Grasulfem. Namdalajczyk skrzywił usta nad ich kwaśnym winem, choć dla Skaurusa wciąż było zbyt słodkie.

Cienie zaczęły się wydłużać, kiedy odległy zgiełk dochodzący z innych punktów Videssos zabrzmiał nagle głośniej. Niewiele czasu zajęło Markowi stwierdzenie, że doszło do nowego wybuchu, dokładnie na wschód od jego posterunku — i że, sądząc z narastającego hałasu, tumult z niepokojącą szybkością przesuwa się na zachód.

Na jego rozkaz legioniści poderwali się na nogi, z gderaniem porzucając chłodny cień na rzecz palącego słońca. Jak wszyscy dobrzy żołnierze, szybko sprawdzili swój ekwipunek upewniając się, czy krótkie miecze swobodnie wysuwają się z pochew i czy rzemienne uchwyty tarcz nie przetarły się na tyle, by grozić zerwaniem w czasie walki.

Wąskie, kręte uliczki Videssos w osobliwy sposób zniekształcały dźwięki. Ryk motłochu stawał się coraz bliższy, lecz dopóki nie znalazł się tuż przed nim, Skaurus nie przypuszczał, że znajduje się na jego drodze. Był gotów pospieszyć ze swymi ludźmi na pomoc innej grupie Rzymian, kiedy pierwsi uczestnicy zamieszek wychynęli zza rogu nie dalej jak sto kroków przed nim i spostrzegli jego mały oddział, który zagradzał im drogę.

Zatrzymali się zmieszani. W przeciwieństwie do mnicha, który przed kilkoma dniami judził przeciwko heretykom wiedzieli, że stojący przed nimi wojownicy nie są Namdalajczykami i musieli zdecydować, czy uznać ich za swych wrogów.

Wykorzystując ich niezdecydowanie, Marek wysunął się na kilka kroków przed swoich ludzi. — Wracajcie do domów! — krzyknął. — Nic wam nie zrobimy, jeśli odejdziecie spokojnie! — Wiedział, jak bardzo mija się z prawdą, lecz przy odrobinie szczęścia mógł liczyć na to, że tłum nie będzie wiedział.

Przez chwilę sądził, że udało mu się ich oszukać. Dwóch mężczyzn na czele tłumu, zażywnych osobników ze średnio zamożnych klas stolicy, z wyglądu wyraźnie odstających od reszty uliczników, odwróciło się, jak gdyby chcąc się wycofać. Lecz wówczas jakiś człowiek stojący za nimi — śliska, mała kreatura o twarzy łasicy — rozpoznał w Grasulfie Namdalajczyka. — Wyspiarz! — wrzasnął przeraźliwie. — Próbują nie dopuścić nas do niego! — I tłum nierówną linią runął do ataku, wymachując zdobytym orężem i całą kolekcją rozmaitych przedmiotów mających uchodzić za broń.

— Och, co za gówno — mruknął jeden ze stojących obok Marka legionistów, gdy wyciągał miecz. Trybun poczuł mdlącą pustkę w dołku. Zza przeklętego rogu wybiegali wciąż nowi Videssańczycy. Rzymianie byli zawodowymi żołnierzami, to prawda, lecz jako zawodowiec Skaurus wiedział dość, by nie lubić bitwy, w której jego przeciwnik ma siedmio- albo ośmiokrotną przewagę liczebną.

— Do mnie! Do mnie! — krzykną], zastanawiając się, ilu Rzymian zdoła ściągnąć na pomoc swej drużynie, czy nie przybędą zbyt późno i czy tłum nie pochłonie ich, oddział po oddziale.

Grasulf ścisnął go za ramię. — Zanieś mój miecz do domu, jeśli zdołasz — powiedział. I z dzikim okrzykiem Namdalajczyk popędził na spotkanie motłochu. Jego klinga śmignęła kreśląc dwa błyszczące łuki; dwie głowy zeskoczyły z ramion napastników i potoczyły się po ziemi. Gdyby wiodło mu się tak dalej, pewnie zdołałby w pojedynkę zastraszyć i powstrzymać swych wrogów. Lecz ten sam mały, przebiegły złodziejaszek, który pierwszy wypatrzył go wśród Rzymian, teraz prześlizgnął się do niego i przez kolczugę wbił sztylet w plecy Namdalajczyka. Grasulf upadł; tłum zawył tryumfalnie, tratując jego zwłoki i rzucił się na Rzymian.

Rzymianie byli świetnie wyszkoleni i dobrze uzbrojeni. Chroniły ich kolczugi i nagolenniki oraz licowane metalem półcylindryczne tarcze. Lecz ich przeciwnicy parli naprzód tak ogromną masą, że linia Rzymian, która tutaj z natury rzeczy mogła składać się tylko z trzech trójek legionistów, została rozerwana niemal natychmiast. Bitwa zmieniła się w serię dzikich potyczek, gdzie jednego czy dwóch Rzymian atakowało bez porównania więcej napastników.

Na Marka, stojącego na czele legionistów, natarło jednocześnie trzech mężczyzn. Jeden zginał, gdy zderzył się z trybunem, który chcąc mieć pewność, że jego cios będzie śmiertelny, przekręcił miecz wbity we wnętrzności przeciwnika. Lecz siła rozpędu mężczyzny i jego dwóch pozostałych przy życiu towarzyszy rzuciła Skaurusa na ziemię. Nasunął na siebie tarczę i to uchroniło go przed stratowaniem, gdy tłum przebiegał nad nim, lecz tylko szczęściu zawdzięczał, że nikt nie wymierzył w niego niczego bardziej śmiercionośnego niż zadany w przelocie cios maczugą.

Uderzając rozpaczliwie mieczem na wszystkie strony, po niecałej minucie zdołał podnieść się z ziemi, by stwierdzić, że znajduje się sam pośrodku wyjącej tłuszczy. Zaczął wyrąbywać sobie drogę ku ścianie, która osłoniłaby mu plecy. Sądząc z odgłosów i zawirowań w tłumie Rzymianie, którzy jeszcze trzymali się na nogach, robili to samo.

Jakiś Videssańczyk, uzbrojony w krótki, myśliwski oszczep, rzucił się na trybuna. Pchnięcie oszczepu daleko minęło się z celem; jego impet rzucił mężczyznę na tarczę Rzymianina. Marek odepchnął go tak mocno, jak potrafił. Tracąc równowagę, napastnik zatoczył się do tyłu na jednego ze swych towarzyszy. Miecz Skaurusa kazał im obu zapłacić za ich niezdarność.

Na szczęście nie wszyscy uczestnicy rozruchów pozostawali, by walczyć z Rzymianami. Część dalej parła na zachód, w nadziei znalezienia Namdalajczyków, których mogliby wyrżnąć. Wkrótce już tylko ci, którzy znajdowali się na końcu tłumu, dalej atakowali trybuna. Kiedy napór zelżał, zaświtała mu nadzieja, że może uda mu się przeżyć.

Wśród bitewnego zgiełku usłyszał okrzyki i szczęk broni Rzymian przybyłych na pomoc obleganej drużynie. Motłoch, nie posiadający dyscypliny prawdziwych wojowników, nie zdołał oprzeć się ich naporowi. Marek zaczął zwoływać swoich ludzi, lecz w tej właśnie chwili jakiś kamień zadźwięczał zderzając się z jego hełmem i głowę trybuna wypełnił deszcz srebrzystych iskier. Zatoczył się, wypuszczając miecz z ręki. Jakiś Videssańczyk pochylił się, porwał go i rzucił się do ucieczki; uzbrojony czy nie, zaznał już dość walki jak na ten dzień.

Lodowaty wiatr paniki zawył w mózgu Marka. Gdyby to był zwyczajny krótki miecz, jakich używali Rzymianie, trybun, ucieszony z odsieczy, pewnie pozwoliłby złodziejowi zatrzymać łup. Lecz była to klinga, której magia sprowadziła go do tego właśnie świata; klinga, która pokonała Avshara i jego czarnoksięstwo; klinga, która użyczała mu mocy. Odrzucił tarczę, wyciągnął swój od dawna nie używany sztylet i rzucił się w pościg.

Dziękował bogom, że walka niemal go ominęła. Jego ciśnięta scutum zmiotła mu z drogi jednego Videssańczyka, a drugi, z ramieniem przeciętym ciosem sztyletu, zatoczył się do tyłu. Wyrwawszy się w ten sposób z ciżby, Skaurus, łomocząc butami o bruk, pomknął za złodziejem miecza.

Krew tętniła mu głucho w uszach, kiedy biegł; z radością pozbyłby się swej zbroi i ciężkich butów. Lecz jego długie susy wciąż zmniejszały dzielącą go od złodzieja odległość. Mężczyzna — który umykał przed nim w podskokach — był niskim, tłustym człowieczkiem wyglądającym na zbyt dobrze sytuowanego, by rozruchy mogły mu się na cokolwiek przydać. Słysząc odgłosy pościgu obejrzał się przez ramię i niemal wpadł na mur. Uratował się w ostatniej chwili i umknął w boczną uliczkę, mając Marka dziesięć kroków za sobą.

1 ... 60 61 62 63 64 65 66 67 68 ... 104
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)