Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #1
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-837-X
- Переводчик: Jacek Kozerski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]». Краткое содержание книги:
Wkrótce do uszu Rzymian dotarły odgłosy walki. — Biegiem! — zawołał Skaurus. Jego ludzie skoczyli naprzód. Kiedy wybiegli za róg, zobaczyli czterech Namdalajczyków, dwóch z nich uzbrojonych tylko w noże, którzy usiłowali powstrzymać przynajmniej trzykrotnie liczniejszą grupę napastników. Na ziemi leżał jeszcze jeden wyspiarz oraz dwóch odzianych w łachmany Videssańczyków.
Ich śmierć wyraźnie pozbawiła napastników ochoty do walki. Choć ci z tyłu krzyczeli „Naprzód!”, ich towarzysze z przodu ociągali się, nagle niezwykle ostrożni w obliczu zawodowych żołnierzy z gotową do użycia bronią.
Videssańczycy krzyknęli z przerażenia, kiedy ujrzeli i usłyszeli pędzących na nich Rzymian. Odwrócili się, by umknąć, porzucając broń, która przeszkadzałaby im w ucieczce.
Mieszkańcy Księstwa radośnie powitali swych nieoczekiwanych wybawicieli. Ich dowódca przedstawił się jako Utprand, syn Dagobera. Marek widział go po raz pierwszy; trybun domyślił się, że musi być jednym z niedawno przybyłych namdalajskich najemników. Jego wyspiarski akcent był tak silny, że mówił niemal jak Halogajczyk. Lecz jeśli zrozumienie niektórych odcieni znaczenia mogło sprawić kłopot trybunowi, to nie miał żadnych wątpliwości, czego chciał Utprand.
— Nie gonisz tych diabłów? — zapytał. — Zdążyli zabić trzech moich dzielnych chłopców; mieliśmy nieszczęście znaleźć się w pobliżu ich Głównej Świątyni, kiedy rzucili się na nas, i od tego czasu przekradaliśmy się cuchnącymi zaułkami, próbując dołączyć do naszych towarzyszy. Skończmy z nimi, powiadam! — Pozostali wyspiarze, którzy wciąż trzymali się na nogach, warknęli potakująco.
Po pewnych rzeczach, które zobaczył w Videssos, Marka kusiło, by wypuścić swych ludzi jak stado wilków. Choć nic by to nie dało — a ostatecznie wyrządziłoby niepowetowaną szkodę — byłoby takie satysfakcjonujące! W tym wybuchu nienawiści mieszkańcy miasta postradali ogromną część szacunku, który nauczył się czuć do ich państwa. Widział też, jak jego legioniści aż dygoczą z pragnienia, by spuścił ich ze smyczy.
Potrząsnął głową z żalem, lecz stanowczo. — Zostaliśmy przysłani, by uspokoić sytuację, a nie rozjątrzyć ją, i aby utworzyć kordon pomiędzy wami a Videssańczykami, tak żeby rozruchy wypaliły się same. Tak musi być, sam wiesz — powiedział, przedstawiając Utprandowi ten sam argument, jakiego użył dyskutując z Soterykiem. — Jeśli imperialna armia wystąpi przeciwko wam razem z motłochem, jesteście zgubieni. Czy chcesz, żebyśmy zachęcili ich do tego?
Utprand zmierzył go wzrokiem; jego oczy wydawały się blade w wymęczonej, osmolonej dymem twarzy. — Nigdy nie sądziłem, że mógłbym chcieć znienawidzić rozsądnie myślącego człowieka. Bądź przeklęty za to, że masz rację; skręca mi wnętrzności jak zielone jabłko, którym jesteś.
On i dwaj jego ludzie podnieśli z ziemi swego poległego towarzysza i jego sztylet, którym na próżno starał się obronić. Marek zastanowił się, gdzie mógł się podziać miecz poległego żołnierza i kto zaniesie sztylet jego krewnym. Cała trójka, dźwigając swe brzemię, ruszyła do obozu rozbitego w porcie. Czwarty wyspiarz, Grasulf, syn Gisulfa, został z Rzymianinami, by wskazać najkorzystniejsze miejsca, które należało obsadzić żołnierzami w celu odcięcia portu Kontoskalion od reszty miasta.
Trybun wystawił posterunki składające się z dwóch drużyn w miejscach zalecanych przez Grasulfa; większość znajdowała się na głównych ulicach biegnących z północy na południe. Skaurus nie miał powodów, by narzekać na wybrane przez Grasulfa miejsca. Namdalajczyk doskonale zdawał sobie sprawę, jakie pozycje najlepiej nadają się do obrony.
Tak jak przewidywał, że może będzie musiał to uczynić, Marek zezwolił swoim podoficerom na rozdzielenie ich drużyn w celu odstawienia większego terenu. — Ale nie chcę, by jakakolwiek grupa liczyła mniej niż dziesięciu ludzi — przestrzegł ich — i jeśli już podzielicie drużyny, mają pozostać w zasięgu głosu, żeby w razie potrzeby mogły szybko się połączyć.
Rzymianie wytrwale torowali sobie drogę na zachód. Przeszli przez dzielnicę małych sklepików, tawern i stłoczonych, niechlujnych domów i wkroczyli do dzielnicy zamieszkałej przez kupców, którzy dorobili się swoich fortun w portach Videssos i dalej mieszkali w pobliżu. Ich wspaniałe siedziby oddzielały od krętych uliczek trawniki i ogrody, a nadto strzegły wysokie parkany albo cierniste żywopłoty. Nie zawsze jednak zdołały one ochronić rezydencje kupców przed furią motłochu. Z kilku pozostały tylko dymiące, splądrowane zgliszcza. Innym, choć wciąż stały, brakowało niemal wszystkich szyb w oknach. Wiele otaczała nieomylna atmosfera opuszczenia. Ich właściciele, wiedząc jak łatwo gniew tłumu może przenieść się z obcokrajowców na po prostu bogatych, nie chcieli ryzykować i na wszelki wypadek wynieśli się na przedmieścia lub zachodni brzeg Końskiego Brodu.
Do czasu, gdy przebyli większość drogi wiodącej przez tę część miasta, przy Marku pozostały zaledwie dwie drużyny legionistów. Jedną umieścił na posterunku pomiędzy świątynią Phosa, zbudowaną wystarczająco solidnie, by mogła występować w roli fortecy, a murowanym ogrodzeniem jakiejś rezydencji. Wraz z Grasulfem i ostatnią dwudziestką legionistów posuwał się dalej, szukając odpowiedniego miejsca na zamkniecie kordonu. Szum morza, nigdy nie cichnący w Videssos, rozbrzmiewał wyraźnie w jego uszach; właściwa końcowa pozycja powinna oddzielić od siebie Videssańczyków i Namdalajczyków.
Miejsce szybko się znalazło. W nocy motłoch rozwalił na kawałki mur otaczający posiadłość jakiegoś bogacza i przedostał się do środka, by splądrować jego willę. Kolczasty żywopłot po drugiej stronie ulicy wciąż stał nienaruszony. — Możemy wznieść tutaj barykadę — powiedział trybun — i utrzymać to miejsce bez względu na to, z której strony pojawią się kłopoty.
Jego ludzie zabrali się do pracy ze zwykłą rzymską sumiennością; wkrótce wał z potrzaskanych cegieł i kamieni rozciągnął się w poprzek ulicy. Marek przyjrzał się barykadzie z niemałą dumą. Walcząc pod jej osłoną-pomyślał — legioniści mogliby powstrzymać wielokrotnie liczniejszych napastników.
Ta myśl nasunęła mu jeszcze jedną. Pozycja zajęta właśnie przez Rzymian była tak silna, że utrzymanie jej doprawdy nie wymagało dwudziestu ludzi. Mógłby pozostawić tutaj dziesięciu, a z resztą przedostać się jeszcze bliżej morza. To powinno być dość bezpieczne — pomyślał. Ta część miasta, w przeciwieństwie do ogarniętej zamieszkami dzielnicy, którą przebył wcześniej, wydawała się opuszczona przez ludzi. Większość prawowitych właścicieli zdążyła uciec, a po przejściu fali grabieży ani mieszkańcy miasta, ani przybysze z Księstwa nie korzystali zbyt często z tych ulic, by dopaść się.
Podniesiony na duchu tym spostrzeżeniem, Marek podzielił swój mały oddział na dwa. — Znam odpowiednie miejsce dla ciebie — powiedział mu Grasulf. Poprowadził Rzymian do skrzyżowania pomiędzy czterema rezydencjami. Każda sięgała solidnym, murowanym ogrodzeniem do skraju ulicy. Do morza było stąd już bardzo blisko; wraz z nieustannym hukiem wody rozbijającej się o nadbrzeże, do uszu trybuna dochodziły plaśnięcia poszczególnych fal, uderzających o statki i pale portu Kontoskalion.
W mieście wciąż wrzało. Nowe słupy dymu wzbijały się w południowe niebo, a z oddali dochodziły odgłosy walki. Skaurus zastanawiał się, czy motłoch walczy z Namdalajczykami, z regularną armią Videssos, czy też sam z sobą. Zastanawiał się też, ile jeszcze czasu i ofiar trzeba, nim Nephon Khoumnos — lub, po sprawiedliwości, sam Imperator — zdecyduje się dać niesfornemu pospólstwu stolicy lekcję, którą zapamięta na długo.