Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648-377-1
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]». Краткое содержание книги:
— Ale nie zachowuje się pan jak pijany!
— Nie, gdyż całkiem dobrze udaję trzeźwego, nie sądzi pani? I muszę się przyznać, że dzisiejsza krzyżówka była ciężką próbą. Prokatalepsja i pleonazm jednego dnia? Musiałem użyć słownika! Ta kobieta jest potworem! Niezależnie od tego, dziękuję pani za wizytę, panno Sugarbean. Z wielką sympatią wspominam jej odsmażane ziemniaki z kapustą. Gdyby była rzeźbiarką, danie to byłoby przepięknym posągiem, bez rąk i z tajemniczym uśmiechem. Szkoda, że niektóre arcydzieła są tak nietrwałe.
Dumna kucharka w Glendzie wzniosła się niepowstrzymanie.
— Jednak przekazała mi przepis…
— Dziedzictwo lepsze od klejnotów. — Vetinari pokiwał głową.
Prawdę mówiąc, kilka klejnotów też by się przydało, uznała Glenda. Ale w końcu miała tajemnicę odsmażanych ziemniaków z kapustą, a jej nie trzeba chować w sejfie. Taka tajemnica jest całkiem odkryta i dlatego łatwa do przeoczenia. Co do sekretów sałatki Salmagundi…
— Sądzę, że audiencja dobiegła końca, panno Sugarbean — rzekł Vetinari. — Mam jeszcze bardzo wiele pracy, podobnie jak pani, nie wątpię. — Sięgnął po pióro i zaczął przeglądać leżące przed nim dokumenty. — Żegnam, panno Sugarbean.
I to wszystko. W jakiś sposób znalazła się za drzwiami i już prawie zamknęła je za sobą, kiedy usłyszała jeszcze:
— I dziękuję pani za dobroć okazaną Nuttowi.
Drzwi zatrzasnęły się z kliknięciem, niemal trafiając ją w twarz, kiedy błyskawicznie się odwróciła.
— Czy mądre było, że to powiedziałem? — zapytał Vetinari, kiedy Glenda wyszła.
— Być może nie. Zapewne pomyśli, że ją obserwujemy — odparł gładko Drumknott.
— Możliwe, że by należało. Takie są właśnie kobiety Sugarbeanów, Drumknott: pokorne domowe niewolnice, dopóki nie uznają, że komuś dzieje się krzywda, bo wtedy ruszają do boju jak królowa Ynci z Lancre, aż wirują koła rydwanu, a ręce i nogi fruwają na wszystkie strony.
— Nie miała ojca — zauważył Drumknott. — To niedobrze dla dziecka w naszych czasach.
— Sprawiło tylko, że jest twardsza. Możemy jedynie mieć nadzieję, że nie wpadnie na pomysł zajęcia się polityką.
— Czy nie to właśnie robi, sir?
— Celna uwaga, Drumknott. Czy wyglądam na pijanego?
— Moim zdaniem nie, sir. Choć jest pan nietypowo… gadatliwy.
— Logicznie?
— Do najdrobniejszych szczegółów, sir. Poczmistrz już czeka, sir, a kilku przewodniczących gildii pilnie chce się z panem spotkać.
— Podejrzewam, że pragną grać w piłkę.
— Tak. Zamierzają sformować drużyny. I w żaden sposób nie mogę zrozumieć dlaczego.
Vetinari odłożył pióro.
— Drumknott, gdybyś zobaczył piłkę leżącą zapraszająco na ziemi, kopnąłbyś ją?
Sekretarz zmarszczył brwi.
— To zależy, jak owo zaproszenie byłoby sformułowane.
— Przepraszam?
— Czy na przykład byłoby notką przymocowaną do piłki przez nieznaną osobę bądź osoby.
— Skłaniałem się raczej ku koncepcji, iż mógłbyś zwyczajnie poczuć się tak, jakby cały świat bezgłośnie cię zachęcał, żeby mocno ją kopnąć.
— Nie, sir. Jest zbyt wiele niewiadomych. Jakiś nieprzyjaciel albo żartowniś mógłby podejrzewać, że podejmę tego rodzaju działanie, i wykonał piłkę z betonu lub podobnego materiału w nadziei, że doznam groźnego lub zabawnego urazu. Dlatego najpierw bym sprawdził.
— A potem, gdyby wszystko było jak należy, kopnąłbyś piłkę?
— A co chciałbym tym osiągnąć bądź zyskać?
— Ciekawe pytanie. Przypuszczam, że celem byłoby doznanie radości na widok jej w locie.
Drumknott rozważał to przez chwilę.
— Przykro mi, sir, ale w tym miejscu chyba się zgubiłem.
— Ach, jesteś skalnym filarem w świecie przemian, Drumknott. Brawo.
— Zastanawiałem się jeszcze, czy mógłbym ewentualnie coś dodać, sir… — rzekł z powagą sekretarz.
— Scena należy do ciebie, Drumknott.
— Nie chciałbym, by uważano, że nie kupuję sobie spinaczy, sir. Lubię mieć własne spinacze. To znaczy, że są moje. Uznałem, że może pomóc, jeśli poinformuję pana o tym spokojnie i niekonfrontacyjnie.
Przez kilka chwil Vetinari patrzył w sufit, po czym rzekł:
— Dziękuję za szczerość. Uznam tę kwestię za wyjaśnioną, a sprawę za zamkniętą.
— Dziękuję, sir.
Gdy miasto było pobudzone, oszołomione albo wystraszone, gromadziło się na placu Sator. Ludzie, którzy właściwie nie mieli pojęcia, dlaczego to robią, zbierali się, by słuchać innych ludzi, którzy też nic nie wiedzieli, zgodnie z zasadą, że ignorancja dzielona to ignorancja podwajana. Dzisiejszego ranka stały tam grupki mieszkańców, było też kilka naprędce zebranych drużyn, albowiem zapisane jest, a raczej nabazgrane gdzieś na murze, że gdziekolwiek zbierze się dwóch lub więcej, tam znajdzie się coś do kopania. Blaszane puszki i ciasno zwinięte kule szmat irytowały dorosłych ze wszystkich stron. Jednak kiedy Glenda podeszła bliżej, otworzyły się wielkie wrota uniwersytetu i wyszedł Myślak Stibbons, dość niefachowo odbijając jedną z tych przeklętych nowych skórzanych piłek.
Gloing!
Cisza dzwoniła, kiedy toczące się puszki brzęczały zapomniane. Wszystkie oczy wpatrywały się w maga i piłkę. Rzucił ją i rozległo się podwójne „gloing!”, kiedy odbiła się od kamieni bruku. A potem ją kopnął. Było to trochę niezgrabne kopnięcie (jak na kopnięcie), ale nikt z obecnych na placu nigdy jeszcze nie kopnął niczego nawet na dziesiątą część tego dystansu. I każdy osobnik płci męskiej popędził za nią, popychany odwiecznym instynktem.
Wygrali, pomyślała smętnie Glenda. Piłka, która robi „gloing!”, gdy inne robią „stuk”. Jaka to walka?
Ruszyła do tylnego wejścia. W świecie, który stawał się zbyt skomplikowany, w którym mogła wedrzeć się do tyrana o czarnym sercu i wyjść od niego cała i zdrowa, musiała znaleźć jakieś miejsce, które nie wirowało. Nocną kuchnię znała jak własną sypialnię, była jej dziedziną, pod jej władzą. W nocnej kuchni mogła się zmierzyć ze wszystkim.
Jakiś osobnik stał oparty o mur obok pojemników na śmieci. Z jakichś powodów Glenda rozpoznała go natychmiast, mimo długiego płaszcza i naciągniętego na oczy ronda kapelusza. Nikt, kogo znała, nie potrafił rozluźnić się tak jak Pepe.
— Siema, Glendo — odezwał się głos spod kapelusza.
— Co tu robisz? — spytała.
— Wiesz, jak trudno kogoś znaleźć w tym mieście, jeśli nie można nikomu powiedzieć, jak wygląda, i człowiek nie jest całkiem pewien, czy dobrze zapamiętał nazwisko? — odparł Pepe. — Gdzie jest Jula?
— Nie wiem. Nie widziałam jej od wczorajszego wieczoru.
— Może naprawdę warto ją znaleźć, zanim zrobią to inni.
— Jacy inni? — zdziwiła się Glenda.
Pepe wzruszył ramionami.
— Wszyscy — mruknął. — Szukają jej głównie w dzielnicach krasnoludów, ale to tylko kwestia czasu. W naszym salonie ruszyć się przez nich nie można i ledwie zdołałem się wymknąć.
— Dlaczego jej szukają? — W Glendzie narastała panika. — Czytałam w azecie, że ludzie próbują ją znaleźć, ale przecież nie zrobiła nic złego!
— Nie sądzę, żebyś dobrze rozumiała, co się dzieje — stwierdził (prawdopodobnie) krasnolud. — Chcą z nią porozmawiać, zadać mnóstwo pytań.
— Czy to ma jakiś związek z lordem Vetinarim? — zapytała Glenda podejrzliwie.