Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648-377-1
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]». Краткое содержание книги:
— Czy ten biedak ma tu jakichś przyjaciół? — spytał Vetinari, zwracając się do ogółu gości.
Dała się zauważyć niepewność, czy w tym momencie dobrym pomysłem jest zaliczenie się do przyjaciół Swithina.
Vetinari podniósł głos.
— Chciałbym, żeby dwóch ludzi odprowadziło go do domu. Mają go położyć do łóżka i dopilnować, żeby nie spotkało go nic złego. Może też powinni z nim zostać do rana, bo kiedy się obudzi, może próbować samobójstwa.
„Nowy świt piłki nożnej”, przeczytała Glenda, kiedy następnego ranka zajrzała do „Pulsu”. Jak mieli w zwyczaju, kiedy pisali o czymś, co uważali za szczególnie ważne, po głównym tytule wstawili jeszcze dwa kolejne, każdy czcionką mniejszą od poprzedniego: „Gracze podpisują nowe reguły” znalazło się w drugiej linii, a w trzeciej „Sukces nowych piłek”.
Ku zaskoczeniu i przerażeniu Glendy Juliet zachowała miejsce na pierwszej stronie — jej obrazek był mniejszy niż wczoraj i opatrzony tytułem „Zniknięcie tajemniczej damy”, a niewielki tekst stwierdzał jedynie, że nikt nie widział tajemniczej modelki, Jewels, od jej debiutu (Glenda musiała sprawdzić to słowo) dwa dni temu. Naprawdę, pomyślała, nieznalezienie kogoś ma być nowiną? Była zresztą zdziwiona, że znalazło się miejsce nawet na to, choć prawie całą pierwszą stronę poświęcono piłce, jednak „Puls” lubił zaczynać tu kilka artykułów, a potem — kiedy tylko robiły się ciekawe — przerzucać resztę na stronę 35 albo gdzieś tam, by dożywały swych dni za krzyżówką i regularną reklamą pasów przepuklinowych.
Artykuł wstępny zatytułowany był „Gol dla Vetinariego”. Glenda normalnie ich nie czytała, ponieważ istniała tylko ograniczona liczba wystąpień słowa „jednakowoż”, jakie skłonna była tolerować w tekście na sto dwadzieścia słów.
Przeczytała za to artykuł z pierwszej strony, z początku ponuro, potem z narastającym gniewem. Upił ich, a oni zrzekli się swojej piłki w zamian za tę nędzną odmianę, przyszykowaną przez pałac i uniwersytet. Oczywiście, decyzja nigdy nie jest prosta. Musiała przyznać, że nienawidziła głupoty obecnej wersji gry. Nie cierpiała idiotycznych bójek i bezmyślnego pchania, ale właśnie po to istniały, by mogła ich nie cierpieć. Ludzie sami coś takiego wymyślili i choć niemądre, należało do nich. A teraz ci ważni znowu zabierali coś cudzego i opowiadali, jakie to wspaniałe. Dawna gra będzie zakazana — to było kolejne malutkie ostrze w alkoholowej wacie Patrycjusza.
Miała rozmaite podejrzenia co do urny, której obrazek z jakiegoś powodu nadal leżał na kuchennym stole. Twierdzili tam, że oryginalne normy zapisano w pradawnym języku, więc kto oprócz bogatego mógł zgadnąć, co naprawdę znaczą? Przebiegła wzrokiem streszczenie nowych zasad. Niektóre reguły ulicznej piłki przetrwały w nich niczym potwory z innej epoki. Rozpoznała tę, którą osobiście zawsze lubiła: piłka będzie nazywana piłką. Piłką jest piłka, która zostanie zagrana jako piłka przez trzech kolejnych graczy, kiedy to staje się piłką. Zachwyciła się, już kiedy przeczytała to po raz pierwszy, ze względu na niezwykłą głupotę sformułowań. Zasadę tę dodano podobno setki lat temu, kiedy pechowo odrąbana głowa wtoczyła się na pole gry i z pewnym roztargnieniem została uznana za piłkę, a to z powodu ciała, wcześniej umocowanego do głowy, a teraz leżącego na oryginalnej piłce. Takie historie zapadają w pamięć, zwłaszcza że po meczu zwycięskiego gola przypisano właścicielowi głowy.
Ta zasada oraz kilka innych pozostały jako ruiny dawnej chwały na liście nowych reguł lorda Vetinariego. Kilka ustępstw wobec dawnej gry, rzuconych na odczepnego opinii publicznej. Nie powinno mu to ujść na sucho. Tylko dlatego, że był tyranem i mógł każdego zabić dla kaprysu, ludzie zachowywali się, jakby się go bali. Ktoś powinien mu coś powiedzieć. Świat ostatnio kilka razy stanął na głowie. Glenda nie odzyskała jeszcze orientacji, jednak nagle niezwykle ważne wydało jej się dopilnowanie, żeby Vetinariemu nie uszło na sucho. Ludzie sami powinni decydować, kiedy są głupi i staroświeccy. Nie będą bogacze im mówić, co trzeba robić.
Z wielką determinacją narzuciła płaszcz na fartuch, a po chwili namysłu wyjęła z kredensu dwa świeżo upieczone ciasteczka z dżemem. Gdzie nie podziała taran, tam często przełamie obronę dobre kruche ciasto.
W Podłużnym Gabinecie osobisty sekretarz Patrycjusza spojrzał na stoper.
— Niestety, o pięćdziesiąt sekund wolniej od pańskiego rekordu życiowego.
— To wyraźny dowód, że alkohol ogłupia, Drumknott — stwierdził surowo lord Vetinari.
— Podejrzewam, że więcej świadectw nie trzeba — zgodził się Drumknott z lekkim sekretarskim uśmieszkiem.
— Chociaż uczciwie chciałbym zauważyć, że Charlotte z „Pulsu” wyrasta na najbardziej przerażającą układaczkę krzyżówek wszech czasów. Co prawda wszyscy tam są dość przerażający, ale ona? Skrótowce, parzyste-nieparzyste, ukryte słowa, odwrócenia, a teraz jeszcze przekątne! Jak ona to robi?
— Pan również to zrobił, sir.
— Ja odgadłem. To o wiele łatwiejsze. — Vetinari wzniósł palec. — To ta kobieta, która prowadzi sklep zoologiczny przy Błonnych Schodach, mogę się założyć. Nie wymieniali jej ostatnio jako zwycięzcy. Musi sama układać te krzyżówki.
— Kobiecy umysł rzeczywiście bywa przebiegły, sir.
Vetinari ze zdziwieniem przyjrzał się sekretarzowi.
— Ależ oczywiście, Drumknott. Musi sobie radzić z męskim. Sądzę…
Ktoś delikatnie zastukał do którychś drzwi. Patrycjusz wrócił do lektury „Pulsu”, a Drumknott wyśliznął się z pokoju. Po krótkiej wymianie szeptów wrócił.
— Jak rozumiem, młoda kobieta dostała się do pałacu tylną bramą, przekupując strażników. Przyjęli łapówkę, zgodnie z pańskim stałym poleceniem, wprowadzono ją do przedpokoju i wkrótce odkryje, że wszystkie drzwi są zamknięte. Chce się z panem zobaczyć, jak twierdzi, w celu złożenia skargi. Jest panną służącą.
Vetinari spojrzał nad azetą.
— Przekaż jej, że nic na to nie poradzę. Może, sam nie wiem… może spróbowałaby innych perfum?
— Chodziło mi o to, że należy do klasy służebnej, sir. Nazywa się Glenda Sugarbean.
— Powiedz jej… — Vetinari zawahał się, a potem uśmiechnął. — A tak, Sugarbean. Czy strażników przekupiła jedzeniem? Jakimś wypiekiem może?
— Tak jest, sir! Duże kruche ciastko z dżemem na każdego. Mogę spytać, skąd…?
— Jest kucharką, Drumknott, nie służącą. Wprowadź ją, oczywiście.
Sekretarz wydawał się nieco urażony.
— Czy to na pewno rozsądne, sir? Poleciłem już strażnikom, żeby wyrzucili jedzenie…
— Jedzenie przygotowane przez Sugarbean? Popełniłeś zbrodnię przeciwko sztuce, Drumknott. Przyjmę ją od razu.
— Muszę przypomnieć, że pański terminarz spotkań jest dzisiaj wypełniony.
— Oczywiście. To twoje zadanie, żeby mi o tym przypominać, i szanuję to. Ale wróciłem do pałacu dopiero o wpół do czwartej rano i wyraźnie pamiętam, że na schodach uderzyłem się w palec u nogi. Jestem pijany jak bela, Drumknott, co oczywiście oznacza, że bela jest tak pijana jak ja. Muszę przyznać, że pojęcie to jest mi obce i do tej pory nie myślałem o belach w takim kontekście, ale Mustrum Ridcully uprzejmie zechciał mnie oświecić. Pozwól mi zatem na chwilę słabości.
— No cóż, jest pan Patrycjuszem, sir — odparł Drumknott.
— Może pan robić, co się panu podoba.
— Miło, że to mówisz, ale nie trzeba mi o tym przypominać — rzekł Vetinari z czymś, co prawie na pewno było uśmiechem.