Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:

Rozmowa w Katedrze to niezwykła historia ludzi żyjących w Peru, w latach 50., w czasie dyktatury wojskowej, której przywódcą był generał Manuel Apolinario Odría.Akcja książki rozgrywa się na kilku płaszczyznach ujawniających kulisy i mechanizmy władzy dyktatora jak i jej wpływ na życie zwykłych ludzi. W popularnym barze o znaczącej nazwie Katedraa spotykają się Santiago Zavala, który wyrwał się spod władzy lojalnego wobec rządu ojca, Ambrosio człowiek ze społecznych nizin, znajomy Cayo Bemudeza bliskiego współpracownika prezydenta. Rozmowa, uznawana jest za najważniejsze dzieło Vargasa Llosy. Sam Autor mówi o niej w ten sposób: żadna inna powieść nie przysporzyła mi tak wiele trudu. Dlatego gdybym musiał kiedyś uratować coś z pożaru, wyniósłbym właśnie tę książkę.
1 ... 61 62 63 64 65 66 67 68 69 ... 163
Перейти на страницу:

– Dobra, dobra, tylko już nie pieprz o tym swoim boksie – powiedział Ludovico.

– To moja prywatna sprawa – powiedział Hipólito zgnębiony.

Ludovico musiał tym razem zapłacić, a kelner, jak zobaczył, że już mają w czubie, zostawił butelkę na barze. Hipólito wczoraj nie mógł przez to zasnąć, niech oni tylko spróbują zrozumieć. Ambrosio i Ludovico popatrzyli na siebie, jakby mówili co jest, zwariował? Powiedz nam wszystko szczerze, Hipólito, przecież od tego jesteśmy kumplami. Pokasływał, już, już miał mówić, to znowu się gryzł w język, don, głos mu uwiązł w gardle, ale wreszcie jakoś wykrztusił: to rodzinna sprawa, całkiem prywatna. Już bez ogródek zasunął im taką rzewną gadkę. Jego matka robiła maty i miała swoje miejsce na targowisku, a on się chował w Porvenir, tam spędzał całe życie, jeżeli to można nazwać życiem. Mył samochody, biegał na posyłki, wyładowywał ciężarówki, kombinował te swoje groszaki, jak mógł, czasem pakując łapy, gdzie nie trzeba.

– Ty, jak to mówią o tych z Porvenir? – przerwał mu Ludovico. – Kto w Limie, ten w Limie, kto w Bajo el Puente, ten w Bajo el Puente, a kto z Porvenir?…

– Słuchasz czy nie, ja tu gębę zdzieram, a ciebie to gówno obchodzi – powiedział Hipólito ze złością.

– Daj spokój, koleś – Ludovico klepnął go w ramię. – Tak mi się nagle przypomniało, nie gniewaj się i jedź dalej.

No więc chociaż już miał swoje lata, nigdzie a nigdzie nie chodził, i tutaj uderzył się w pierś, don, bo Porvenir to był jego dom, i jeszcze do tego tu zaczął boksować. No i znał te wszystkie staruchy z targu, teraz niejedna może go poznać.

– Aha, już kapuję – powiedział Ludovico. – Nie gryź się, bracie, kto cię pozna po tylu latach. A poza tym nikt ci nie będzie zaglądał w gębę, w Porvenir zawsze ciemno, dziwki tłuką latarnie kamieniami. Nie ma co się truć, Hipólito.

Siedział zamyślony, oblizywał sobie wargi jak kocur. Kelner-mieszaniec przyniósł sól i cytrynę, Ludovico wziął soli na koniec języka, połowę cytryny do ust, wychylił kieliszek i wrzasnął pierwsza klasa. Zaczęli o czym innym, ale Hipólito nic nie gadał, tylko o czymś myślał i gapił się to na podłogę, to na bar.

– Nie – powiedział nagle. – Nie że któraś z tych bab mnie pozna. Tylko mam dość.

– Ale czemu, bracie – powiedział Ludovico. – Czy nie lepiej gonić staruchy niż na przykład studentów? Najwyżej trochę powrzeszczą i potupią. A hałas nikomu nie szkodzi, no nie, Hipólito?

– A jak będę musiał załatwić którąś z tych, co mi dawała jeść, kiedy byłem szczeniakiem? – powiedział wtedy Hipólito i trzasnął łapą w stół; był wściekły, don.

A Ludovico i Ambrosio jakby sobie mówili teraz znowu się rozklei. No nie, stary, no nie, brachu, przecież jeżeli ci dawały jeść, to muszą być porządne facetki, spokojne, uczciwe, coś ty myślał? że takie będą się pchały w polityczne awantury? Ale Hipólito nie. Nie dał sobie przetłumaczyć, kręcił głową, jakby mówił ja i tak wiem swoje.

– Odwalam tę robotę, ale żebym lubił to nie – powiedział wreszcie.

– Coś ty, a inni może lubią? – powiedział Ludovico.

– Ja owszem – powiedział Ambrosio ze śmiechem. – Dla mnie to jakbym sobie odpoczywał, ot, taka przygoda.

– Bo tylko czasem przychodzisz – powiedział Ludovico. – Masz jedwabne życie, jesteś kierowcą samego szefunia, a z nami to się tylko bawisz. Spróbowałbyś, jaki to ubaw, kiedy ci podziurawią łeb kamieniami, tak jak mnie kiedyś.

– Właśnie, wtedy byś dopiero powiedział, czy lubisz – rzekł Hipólito.

Ale jemu, don, nigdy nic się nie przytrafiło, takie miał szczęście.

Jak on śmiał? Kiedy miała wychodne i nie wybierała się do ciotki, szła gdzieś razem z Anduvia i Marią, które służyły w sąsiednim domu. Że mi pomogłeś znaleźć pracę, to już myślisz, że zapomniałam? Spacerowały, szły do kina, którejś niedzieli poszły do Koloseum obejrzeć tańce ludowe. Że z tobą rozmawiam, to już myślisz, że ci wybaczyłam? Czasem zabierała Carióte, ale niezbyt często, bo Simula kazała im wracać, zanim się zrobi ciemno. Głupia, powinnaś go była odpalić, i to ostro. Kiedy wychodziły, Simula truła im głowę różnymi poleceniami, a po powrocie o wszystko wypytywała. Ale w niedzielę będzie stał na próżno na tym przystanku, na próżno będzie gonił taki kawał z Miraflores, a jaki będzie zły. Biedna Carlota, Simula nie dawała jej wytknąć nosa na ulicę, odstraszała mężczyzn. Przez cały tydzień Amalia myślała czy będzie na ciebie czekał, i czasem brała ją taka złość, że aż się trzęsła, a czasem to się tylko śmiała. Zresztą on pewno nie przyjdzie, powiedziała mu ani mi się śnił on sobie pomyśli po co mam przychodzić. W sobotę wyprasowała niebieską sukienkę, którą jej podarowała pani Hortensja, gdzie się jutro wybierasz? zapytała Carlota, do ciotki. Popatrzyła w lustro i sama siebie przeklinała: no tak, ty głupia, już byś leciała do niego. Nie, nie pójdzie. W niedzielę włożyła pierwszy raz te pantofle na obcasie, co je sobie właśnie kupiła, i bransoletkę wygraną na loterii fantowej. Przed wyjściem trochę podmalowała usta. Szybciusieńko zebrała ze stołu, ledwo coś tam zjadła z obiadu i pobiegła do pokoju pani, przejrzeć się w dużym lustrze. Poszła prosto w kierunku Bertoloto, minęła plac, a na Costanera poczuła wściekłość i łaskotanie w całym ciele: był, stał na przystanku i kiwał do niej ręką. Pomyślała wróć, pomyślała nie odzywaj się do niego. Miał na sobie brązowe ubranie, białą koszulę, czerwony krawat i chusteczkę w kieszonce marynarki.

– Już sobie myślałem, czy mnie nie wystawisz do wiatru – powiedział Ambrosio. – Jak to dobrze, że przyszłaś.

– Czekam na tramwaj – powiedziała rozgniewana, odwracając twarz. – Jadę do ciotki.

– Aha – powiedział Ambrosio. – No to dojedziemy razem do śródmieścia.

– A, byłbym zapomniał – powiedział major Paredes. – Espina bardzo często się widuje z twoim przyjacielem Zavala.

– To nic nie znaczy – powiedział. – Od lat się przyjaźnią. Espina wyrobił mu koncesję i jego laboratorium ma umowę na dostawy dla wojska.

– A mnie się nie wszystko podoba u tego wielkiego pana powiedział major Paredes. – Od czasu do czasu depcze mu po piętach. On się spotyka z apristami.

– Dzięki tym spotkaniom dowiaduje się różnych rzeczy, a przez niego i ja też – powiedział. – Zavala nas nie interesuje. Szkoda twojego czasu.

– Ja tam nigdy nie byłem za mocno przekonany o jego lojalności – powiedział major Paredes. – Jest za obecnym rządem, bo tego wymagają jego interesy. Bo to dla niego wygodne.

– Dla nas wszystkich to jest wygodne; chodzi o to, żeby takim facetom jak Zavala wychodziło na korzyść opowiadanie się po stronie władz – uśmiechnął się. – Może rzucimy okiem na ten plan Cajamarca?

Major Paredes skinął głową. Podniósł słuchawkę jednego z trzech telefonów i wydał polecenie. Zastanawiał się nad czymś.

– Z początku myślałem, że pozujesz na cynika – powiedział po chwili. – A teraz upewniam się, że nim jesteś naprawdę. Ty, Cayo, nie wierzysz w nic ani w nikogo.

– Nie płacą mi za to, żebym wierzył, tylko za moją pracę – uśmiechnął się znowu. – A pracuję dobrze, nie?

– Jeżeli siedzisz na tym stanowisku tylko dla własnej korzyści, to czemu nie przyjąłeś żadnej z tych świetnych posad, które ci proponował prezydent – roześmiał się major Paredes. – Tak, tak, jesteś cynik, ale nie taki, jakbyś sam chciał.

1 ... 61 62 63 64 65 66 67 68 69 ... 163
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)