Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]
- Автор: Хайнлайн Роберт Энсон
- Год: 1992
- Язык: польский
- Год: Rebis
- ISBN: 83-05202-43-9
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]». Краткое содержание книги:
Recepcjonistka w apartamencie 7000 przypominała jedną z tych aktorek, występujących w przedstawieniach, na walkę z którymi nasze towarzystwo wydaje tak wiele pieniędzy. Miała coś na sobie, nie było tego jednak zbyt wiele, a jej makijaż należał do tych, które Marga określała jako „stylowe”. Była młoda i ładna, a ja, w swej świeżo nabytej tolerancji, napawałem się tym grzesznym widokiem.
Uśmiechnęła się mówiąc:
— W czym mogę wam pomóc?
— To ładny dzień na grę w golfa. Który ze wspólników został w biurze?
— Obawiam się, że tylko pan Crumpacker.
— Z nim właśnie chciałem się widzieć.
— Kogo mam zapowiedzieć?
(Pierwsze potknięcie. A może to ona się potknęła?)
— Czy nie poznaje mnie pani?
— Niestety, nie. A powinnam?
— Od jak dawna pani tu pracuje?
— Trochę dłużej niż trzy miesiące.
— To wszystko tłumaczy. Proszę powiedzieć Crumpackerowi, że przyszedł Alec Graham.
Nie mogłem usłyszeć, co powiedział jej Crumpacker, obserwowałem jednak jej oczy. Mam wrażenie, że źrenice się rozszerzyły. Jestem tego nawet pewien. Powiedziała jednak tylko:
— Pan Crumpacker pana przyjmie.
Następnie zwróciła się do Margrethe:
— Czy mogę dać pani jakieś czasopisma do poczytania, podczas gdy będzie pani czekać? A może chce pani skręta?
— Ona pójdzie ze mną.
— Ale…
— Chodź, Marga! — skierowałem się szybko w stronę gabinetów.
Drzwi Crumpackera łatwo było odnaleźć, ponieważ dobiegało zza nich głośne utyskiwanie, które jednak ustało, gdy otworzyłem je przed Margrethe. Gdy wszedłem do środka, Crumpacker oświadczył:
— Pani będzie musiała zaczekać na zewnątrz.
— Nie — sprzeciwiłem się zamykając za sobą drzwi. — Pani Graham zostanie ze mną.
— Pani Graham? — zapytał zdumiony.
— Zdziwiłeś się, prawda? Od czasu, gdy się ostatnio widzieliśmy, zdążyłem się ożenić. Kochanie, to Sam Crumpacker, jeden z moich adwokatów (odczytałem jego imię z napisu na drzwiach).
— Jak się pan miewa, panie Crumpacker?
— Hmm. Miło mi panią poznać, pani Graham. Gratuluję. Tobie też, Alec. Zawsze miałeś dobre oko do panienek.
— Dziękuję — odparłem. — Usiądź, Marga!
— Chwileczkę, kochani! Pani Graham nie może tu zostać! Naprawdę nie może! Wiesz o tym przecież.
— Nic nie wiem o niczym podobnym. Tym razem mam zamiar mieć świadka.
Nie, nie byłem pewien, że jest oszustem. Nauczyłem się jednak już dawno w rozmowach z członkami ciał ustawodawczych, że każdy, kto chce rozmawiać z tobą bez świadków, jest podejrzany. Dlatego Kościoły Zjednoczone na rzecz Obyczajności miały na wszystko świadków i zawsze działały w granicach prawa. W ten sposób było taniej.
Marga usiadła. Zrobiłem to samo. Crumpacker, który zerwał się z miejsca, gdy weszliśmy do środka, stał nadal. Jego usta poruszały się nerwowo:
— Powinienem wezwać prokuratora federalnego.
— Proszę bardzo — zgodziłem się. — Tu jest telefon. Proszę do niego zadzwonić. Spotkajmy się z nim obaj. Opowiedzmy mu wszystko. Przy świadkach. Zaprośmy dziennikarzy. Wszystkich, nie tylko tych, których macie w kieszeni.
(Co wiedziałem? Nic. Kiedy jednak musisz blefować, zawsze rób to z rozmachem. Bałem się. Ten szczur mógł się odwrócić i walczyć jak zapędzona do kąta mysz — i to wściekła.)
— Powinienem to zrobić.
— No, jazda! Podajmy wszystkie nazwiska. Powiedzmy, kto co zrobił i ile za to dostał. Chcę, żeby wszystko wyszło na jaw… zanim ktoś nasypie mi cyjanku do zupy.
— Nie mów takich rzeczy.
— A kto ma je mówić, jeśli nie ja? Kto wypchnął mnie za burtę? No, kto?
— Czemu patrzysz na mnie?
— Nie, Samie, nie Uważam, że to ty zrobiłeś. Ciebie tam nie było. Mógł to być jednak jeden z twoich synów chrzestnych, co? — Uśmiechnąłem się do niego najszerszym z moich porozumiewawczych uśmiechów. — Tylko żartowałem, Sam. To niemożliwe, żeby mój stary przyjaciel chciał mnie zabić. Możesz mi jednak pomóc i udzielić mi pewnych wyjaśnień. Sam, zostać wypchniętym za burtę na drugim końcu świata nie należy do przyjemności. Jesteś mi coś winien.
(Nie, nadal nic nie wiedziałem… nic, poza oczywistym faktem, że stał przede mną człowiek o nieczystym sumieniu — należało więc go przycisnąć.)
— Alec, nie róbmy niczego zbyt pośpiesznie.
— Mnie się nie śpieszy. Potrzebne mi są jednak wyjaśnienia. I pieniądze.
— Alec, daję ci słowo honoru, że jedno, co wiem, to to, że gdy ten skandynawski statek zawinął do Portland, ciebie nie było na pokładzie. I, na miłość Boską, musiałem jechać do Oregonu tylko po to, żeby służyć jako świadek otwarcia twojej skrytki. I okazało się, że w środku jest tylko sto tysięcy, a reszta zniknęła. Kto zabrał forsę, Alec? Kto to zrobił?
Wbił we mnie wzrok. Miałem nadzieję, że nie mógł nic odczytać z mojej twarzy. Niemniej ugodził mnie celnie. Czy to mogło być prawdą? Ten krętacz potrafił kłamać jak najęty. Czy mój przyjaciel płatnik, sam, albo na spółkę z kapitanem, obrabował moją skrytkę?
Jeśli to tylko możliwe, zawsze należy wybrać prostszą hipotezę.
Bardziej prawdopodobne wydawało się, że ten człowiek był kłamcą, niż że płatnik był złodziejem. Było też prawdopodobne — nie, pewne — że kapitan musiałby być obecny przy tym, jak pan Henderson włamuje się do skrytki zaginionego pasażera. Jeżeli tych dwóch odpowiedzialnych oficerów, mających do stracenia pozycję zawodową i reputację, mimo to zmówiło się, aby mnie okraść, to po co zostawili w skrytce sto tysięcy dolarów? Dlaczego nie zabrać wszystkiego i nie twierdzić, że nie mają pojęcia, co było w środku — tak jak powinno być? Coś tu śmierdziało.
— Czego, jak twierdzisz, brakowało?
— Co? — Spojrzał na Margrethe. — Hmm, do diabła z tym. Powinno być dziewięćset kawałków więcej. To pieniądze, których nie przekazałeś na Tahiti.
— A kto tak powiedział?
— Co? Alec, nie pogarszaj sprawy. Pan Z. tak powiedział. Usiłowałeś utopić jego inkasenta.
Spojrzałem na niego i roześmiałem się.
— Chodzi ci o tych tropikalnych gangsterów? Chcieli zgarnąć cały szmal bez przedstawiania się, nie mówiąc już o pokwitowaniu. Powiedziałem im zdecydowane „nie”. Wtedy ich mózg wysłał swojego goryla, żeby mnie wrzucił do basenu. Hmm. Teraz to rozumiem, Sam. Sprawdź, kto wsiadł na pokład „Konge Knut” w Papeete.
— Po co?
— To będzie twój człowiek. Nie tylko zwinął szmal, lecz również wypchnął mnie za burtę. Kiedy się dowiesz, kto to, nie zawracaj sobie głowy prośbą o ekstradycję. Podaj mi tylko jego nazwisko. Resztę załatwię osobiście.
— Do diabła, chcemy dostać ten milion.
— Czy myślicie, że uda się wam go odzyskać? Wylądował w łapach pana Z… a wy nie macie pokwitowania. Mnie zaś prośba o pokwitowanie przysporzyła wiele zmartwień. Nie bądź naiwny, Sam. Dziewięćset tysięcy przepadło. Ale nie moja prowizja. Dawaj sto kawałków. I to zaraz.
— Co takiego? Prokurator federalny w Portland zatrzymał je w charakterze dowodu.
— Sam, mój chłopcze, nie ucz ojca robić dzieci. Dowodu w jakiej sprawie? Kto jest podejrzany? Kto oskarżony? O jakie przestępstwo? Czy oskarżono mnie o to, że ukradłem coś ze swojej własnej skrytki? Jakie przestępstwo popełniono?
— Jak to jakie? Ktoś ukradł te dziewięćset kawałków!
— Doprawdy? A kto wniósł skargę? Kto potwierdzi, że w tej skrytce było jakieś dziewięćset tysięcy? Ja na pewno nikomu o tym nie powiedziałem. A więc kto? Podnieś słuchawkę, Sam, zadzwoń do prokuratora federalnego w Portland i zapytaj go, na jakiej podstawie zatrzymał te pieniądze? Kto wniósł skargę? Dojdźmy do sedna sprawy. Łap za słuchawkę, Sam. Jeśli ten federalny błazen ma moją forsę, zamierzam ją z niego wydusić.