Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]
- Автор: Хайнлайн Роберт Энсон
- Год: 1992
- Язык: польский
- Год: Rebis
- ISBN: 83-05202-43-9
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]». Краткое содержание книги:
Przeszedłem ten dystans, pogwizdując.
— Uśmiechnij się, kochanie — powiedziałem. — Za miesiąc, albo wcześniej, zjemy obiad w „Tivoli”.
— Naprawdę?
— Naprawdę. Tyle mi o tym opowiadałaś, że nie mogę się doczekać. Oto i nasz budynek.
Nasze biuro mieści się na drugim piętrze. Zrobiło mi się ciepło na sam widok drzwi, na szybie których widniał napis:
KOŚCIOŁY ZJEDNOCZONE NA RZECZ OBYCZAJNOŚCI — proszę wchodzić.
— Ty pierwsza, najdroższa! — Szarpnąłem za klamkę, aby otworzyć przed nią drzwi.
Były zamknięte.
Zacząłem w nie walić, potem dostrzegłem dzwonek i nacisnąłem go. Następnie zacząłem pukać i dzwonić na zmianę. I od nowa. W korytarzu pojawił się czarnuch niosący kubeł i szczotkę. Gdy chciał nas wyminąć, zawołałem:
— Hej, wuju! Czy masz klucz do tego pokoju?
— Nic z tego, szefie. Nie ma tam nikogusieńko. Jak zawsze zamknęli o czwartej i poszli.
— Rozumiem. Dziękuję.
— Się robi, szefie.
Znalazłszy się ponownie na ulicy, uśmiechnąłem się głupkowato do Margrethe — królewskie przyjęcie. Zmykają o czwartej. Kiedy kota nie ma, myszy harcują. Daję słowo, że posypią się głowy. Nie przychodzi mi już do głowy żaden inny banał pasujący do tej sytuacji. Chyba, że taki: Żebracy nie mogą wybrzydzać. Czy zechcesz spać dziś w parku, moja pani? Noc będzie ciepła, nie zapowiadają deszczu. Bez dopłaty za pchły piaskowe i komary.
Spaliśmy w parku Lincolna na polu golfowym na trawie przypominającej żywy welwet pełen żywych pcheł piaskowych.
Mimo to spaliśmy dobrze przez całą noc. Wstaliśmy rano, gdy pojawili się pierwsi gracze i zeszliśmy z pola nieco tylko przybrudzeni.
Po umyciu się w publicznej umywalni w parku spotkaliśmy się ponownie, czystsi i odświeżeni, ja świeżo ogolony, a oboje opici darmową wodą zamiast śniadania. Odczuwałem ogólną wesołość.
Było zbyt wcześnie, aby ci samozwańczy playboye w biurze przyszli już do roboty, gdy więc napotkaliśmy policjanta, zapytałem go, gdzie jest biblioteka publiczna, po czym dodałem:
— Przy okazji, gdzie tu jest port lotniczy?
— Co takiego?
— No, lądowisko dla sterowców.
Gliniarz zwrócił się w stronę Margrethe:
— Proszę pani, czy coś z nim nie tak?
Pół godziny później poczułem, że faktycznie coś ze mną nie tak — gdy sprawdziłem listę instytucji mieszczących się w budynku, który odwiedziliśmy wczoraj po południu… nie byłem jednak naprawdę zdziwiony, gdy stwierdziłem, że Kościołów Zjednoczonych na rzecz Obyczajności na niej nie ma. Aby się jednak upewnić, udałem się na drugie piętro. W tym pomieszczeniu znajdowała się obecnie firma ubezpieczeniowa.
— No tak, kochanie. Chodźmy do biblioteki publicznej. Dowiemy się, jaki jest ten nowy świat.
— Tak, Alec. — Margrethe odzyskała dobry humor. — Przykro mi, kochanie, że jesteś rozczarowany… ale ja odczuwam ulgę… tak się strasznie bałam samej myśli o spotkaniu z twoją żoną.
— To ci nie grozi. W żadnym razie. Daję słowo. Hmm. Też odczułem ulgę. Poza tym jestem głodny.
Przeszliśmy kilka dalszych kroków.
— Alec. Nie gniewaj się.
— Najwyżej mogę cię zdzielić w zęby. O co chodzi?
— Mam pięć dwudziestopięciocentówek. Ważnych.
— W takim momencie powinienem zapytać: „Córko, czy dobrze się prowadziłaś w Filadelfii”? No, gadaj. Kogo zabiłaś? Czy dużo było krwi?
— Wczoraj. Przy tym bilardzie. Za każdym razem, gdy Harry wygrywał, dawał mi jedną monetę. „Na szczęście” — mówił.
Postanowiłem jej nie zbić. Rzecz jasna, to nie były „ważne” monety, okazały się jednak wystarczająco do nich podobne, aby pasować do automatów. Minęliśmy tani lokal, jeden z tych, gdzie zawsze pełno jest automatów z żywnością. Tu też tak było. Ceny były potwornie wysokie — pięćdziesiąt centów za małą zleżałą kanapkę, dwadzieścia pięć za kawałek czekolady. Było to jednak lepsze niż niektóre ze śniadań, jakie spożywaliśmy podczas wędrówki. Nie można też było tego nazwać kradzieżą, ponieważ dwudziestopięciocentówki z mojego świata były z prawdziwego srebra. Następnie udaliśmy się do biblioteki publicznej, aby ustalić, w jakim świecie się teraz znaleźliśmy.
Dowiedzieliśmy się szybko. W świecie Margi.
XX
Ucieka występny, choć nikt go nie goni, lecz prawy jest pewny jak lwiątko.