Wojna [Conventions of War - pl]
- Автор: Уильямс Уолтер Джон
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-7480-018-6
- Переводчик: Grazyna Grygiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wojna [Conventions of War - pl]». Краткое содержание книги:
— Dziesięć. Dlaczego mamy na tym poprzestać?
Sula wreszcie miała swoją armię. Własny trzyosobowy zespół plus zdyscyplinowanych oprychów, którzy w końcu — po stawieniu odpowiedniego oporu — postanowili być kochani.
DWADZIEŚCIA
Czas mijał. W ciągu kolejnych dni Martinez podejmował obiadem Husayna i Marsenne, a potem spędził osiem godzin w sterowni, aby przeprowadzić „Prześwietnego” przez wormhol do Osser. Eskadrę poprzedzała grupa wabików, które miały przyciągnąć ewentualne wrogie pociski. Wraz z wabikami leciały szalupy i malowały kosmiczną próżnię laserowymi szukaczami. Wszystkie jednostki broni antypociskowej zostały uzbrojone i skierowane bezpośrednio w przód.
Tuż przed wejściem w wormhol siły Chen zmodyfikowały prędkość i kąt wejścia, tak, by pojawić się w układzie Osser na trajektorii, która nie będzie ich kierowała prosto do następnego układu Arkhan-Dhog, ale lekko ich odchyli od tego kierunku.
Martinez leżał w fotelu akceleracyjnym i usiłował nie okazywać zdenerwowania — wpatrzony w displeje czujników, czekał na krótki błysk oznaczający, że pociski nadlatują. Stopniowo się odprężał, gdy dzięki powracającym sygnałom radarowym i laserowym widział coraz większą część układu Osser. Zaraz jednak znowu poczuł niepokój.
Naksydzi musieli się zastanawiać, dlaczego siły Chen zmieniły taktykę, zwłaszcza że od bitwy przy Protipanu na samym początku rajdu nie natrafili na znaczniejszy opór. Gdyby przeprowadzili analizę wsteczną manewrów przeciwnika, by się przekonać, czemu miała służyć taka taktyka, doszliby do wniosku, że Chen obawia się zapory z pocisków wystrzelonych z relatywistycznymi prędkościami.
Jeśli Naksydzi jeszcze tego nie rozgryźli, zachowanie eskadry Chen mogło im teraz dostarczyć odpowiednich wskazówek.
Ale o to będzie się martwił następnego dnia. Teraz Martinez zadowalał się tym, że lasery sondujące niczego nie wykryły, i że siły Chen nie będą narażone na atak.
Osiem godzin po wejściu statku do nowego układu Martinez poprosił Michi o zezwolenie na opuszczenie stanowisk bojowych, i na „Prześwietnym” zarządzono niższy stopień gotowości. Wrócił do papierkowej roboty — aby nie dzwonić stale do oficera wachtowego i nie dopytywać się, czy przypadkiem eskadrze nie zagraża niebezpieczeństwo.
Dni mijały. Martinez przeprowadzał regularne inspekcje, by poznać swój statek i załogę oraz uzyskać potwierdzenie informacji z 77-12. Jadał na przemian z lordem Phillipsem, który mówił niewiele więcej niż przy ich poprzednim spotkaniu, z lady Juliette Corbigny, która paplała nerwowo, co kontrastowało z jej milczeniem w obecności dowódcy eskadry, i z pełniącym obowiązki porucznika lordem Thembą Mokgatle, który dostał awans na miejsce zwolnione przez Chandrę, którą przesunięto do sztabu Michi.
Pewnego dnia wieczorem, gdy popijał kakao i wpatrywał się w obraz przedstawiający kobietę, dziecko i kota, dostrzegł po drugiej stronie obozu jeszcze jedną osobę — mężczyznę siedzącego na łóżku naprzeciw kominka. Wcześniej tego nie zauważył, ponieważ malowidło było ciemne i wymagało oczyszczenia. Mężczyzna opierał głowę na trzymanej w rękach lasce, a może kiju, i wyglądał jak duch za namalowaną czerwoną zasłoną.
Nawet gdyby kot zeskoczył mu z obrazu na kolana, Martinez nie byłby bardziej zdziwiony.
W tym całym okresie dokonał tylko tego jednego odkrycia. Zabójca lub zabójcy kapitana Fletchera nadal pozostali fantomami. Michi okazywała z tego powodu coraz większą irytację i warczała na Martineza i Garcię. Niekiedy Martinez czytał w jej oczach: „Gdybyś nie należał do rodziny…”.
Kończył się okres przejmowania obowiązków i Martinezowi przypomniano, że na statku jest zbyt wielu służących kapitana.
Kazał więc Garcii wziąć sprzętowca Espinosę i mechanika Ayu-tano do żandarmerii — dostali zadanie patrolowania pokładów, na których mieszkali oficerowie. Stylista Buckie został posłany do pomocy statkowemu fryzjerowi. Narbonne przeszedł na służbę do Martineza jako asystent Alikhana — oczywiście uznał to za degradację i miał o to pretensje.
Pozostali jeszcze Baca — gruby kucharz, którego nikt nie chciał — i Jukes. Baca trafił w końcu do kuchni jako pomocnik kucharza Michi i też nie był zadowolony. Martinez musiał jeszcze tylko coś zrobić ze swym osobistym artystą Jukesem.
Wezwał go do swego gabinetu. Jukes pojawił się w mundurze polowym fasowanym przez flotę. Wchodząc, dość profesjonalnie zasalutował. Martinez doszedł do wniosku, że tego wieczora udało mu się dopaść Jukesa, zanim ten dopadł sherry.
— Zrobiłem różne projekty wystroju „Prześwietnego” — oznajmił artysta. Są inspirowane motywami ludowymi z Laredo. Chciałby pan zobaczyć?
Martinez się zgodził. Jukes załadował pliki z mankietu na ścianę wideo. Ukazał się trójwymiarowy model statku pokrytego wielkimi geometrycznymi wzorami we wściekłych odcieniach czerwieni, żółci i czerni. Zupełne przeciwieństwo poprzednich subtelnych, misternych wzorów w barwach różowej, białej i jasnozielonej.
Martinez patrzył zdziwiony na obracający się na displeju krążownik.
— To coś zupełnie innego. — Tylko tyle zdołał powiedzieć.
— Właśnie o to chodzi. Każdy, kto spojrzy na „Prześwietnego”, od razu będzie wiedział, że na mostku stoi kapitan Martinez, który jest odważnym dowódcą i nie boi się wybić ponad zwykłe oficerskie szeregi.
Martinez podejrzewał, że już i tak za bardzo się wybił. Lord Tork, przewodniczący Zarządu Floty, nie wybaczy mu tego szybkiego awansu; przecież we Flocie rządziły zakulisowe rodzinne powiązania, dzięki którym wynoszono wyżej tych, którzy już z racji samego urodzenia byli wyniesieni. Z perspektywy Zarządu kolejne osiągnięcia Martineza odbywały się kosztem parów bardziej zasługujących na chwałę. On sam powinien wziąć swój pierwszy awans i medal i — zapomniany — skryć się tam, skąd pochodzi.
Latanie takim jaskrawo pomalowanym statkiem w królestwie Torka to głośne anonsowanie swej obecności przełożonemu, który wolałby już o nim nie słyszeć. To jak wykupienie czasu antenowego na reklamę własnej osoby.
Ale Tork to już przegrana sprawa — pomyślał Martinez. Trochę reklamy niczego nie zmieni.
— Czy zastanawiał się pan nad wnętrzem? — spytał artystę.
Owszem. Martinez obejrzał projekty gabinetu i jadalni — oba równie zuchwałe jak projekt kadłuba. W gabinecie dominowała bujna zieleń dżungli, w jadalni — barwy ciemnoczerwone i żółte, co miało się kojarzyć z górującymi nad pustynią wzgórzami z piaskowca.
— Niech pan nadal pracuje w tym duchu — rzekł Martinez. — A jeśli przyjdzie panu do głowy inny temat, proszę go swobodnie rozwijać. Mamy dużo czasu. — Wieki miną, nim „Prześwietny” uda się do jakiegoś doku na remont. Rajd na terytorium Naksydów potrwa przynajmniej kilka miesięcy, a potem Flota musi się połączyć i odbić Zanshaa.
Od rozpoczęcia robót malarskich dzieliła „Prześwietnego” cała wojna.
A jednak Martinez nie widział powodu, by nie planować dalszej przyszłości, gdy będzie mógł ozdobić „Prześwietnego” tak, jakby to był jego prywatny jacht. Los mógł mu szykować wspaniały triumf albo sprawić, że zostanie rozerwany na atomy, ale Martinez uważał, że spotka go to pierwsze.
— Milordzie, w tym momencie powinienem wspomnieć, że kapitan Fletcher płacił mi sześćdziesiąt zenitów miesięcznie.
— Przejrzałem rachunki kapitana. Płacił panu dwadzieścia. Ja natomiast proponuję panu piętnaście.
Twarz Jukesa, na której gościła początkowo pewność siebie, wyrażała teraz kolejno gorycz i przerażenie. Patrzył na Martineza tak, jakby ten właśnie się zmienił w łuskowatego potwora z kłami. Kapitan miał ochotę się roześmiać.