Wojna [Conventions of War - pl]
- Автор: Уильямс Уолтер Джон
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-7480-018-6
- Переводчик: Grazyna Grygiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wojna [Conventions of War - pl]». Краткое содержание книги:
— Tak, milordzie — odpowiedzieli.
Kazakov i Mersenne mieli zdecydowane miny, Husayn i Mokgatle — niepewne. Corbigny wydawała się mocno zaniepokojona.
— A więc idziemy.
W wyniku rewizji chorążych i ich kwater nie znaleziono drzewa ayaca ani na biżuterii, ani na żadnym z ludzi. Teraz cała grupa, wzmocniona przez chorążych, przeszła do kwater podoficerów.
Podoficerowie stali w korytarzu na baczność i starali się zachować obojętne miny. Podczas gdy oficerowie zaczęli przeglądać szafki, lady Juliette Corbigny trzymała się z tyłu. Białymi równymi zębami nerwowo przygryzała dolną wargę. Martinez bezszelestnie przysunął się do niej.
— Jakiś problem, poruczniku?
Drgnęła, jakby wyrwana z głębokiej zadumy, i zwróciła ku niemu szeroko rozwarte brązowe oczy.
— Lordzie kapitanie, czy mogłabym z panem pomówić na osobności?
— Oczywiście. — Corbigny wyszła za nim na korytarz. — O co chodzi?
Znów nerwowo przygryzała dolną wargę, ale w końcu niepewnie spytała:
— Czy to jest zła religia?
Martinez zastanowił się przez chwilę.
— Nie jestem ekspertem w sprawach kultów, ale uważam, że to sekciarze są odpowiedzialni za śmierć Fletchera.
Corbigny znów przygryzła wargę. Martinez niecierpliwił się, ale instynkt kazał mu milczeć i czekać.
— A więc — odezwała się wreszcie — widziałam na kimś taki wisior.
— Tak? To ktoś z pani dywizjonu?
— Nie. To oficer. Lord Phillips.
Phillips? To niemożliwe. To pierwsza myśl, jaka mu przyszła do głowy. Nie wyobrażał sobie drobnego Palermo Phillipsa, który wali głową Fletchera o biurko.
Potem pojawiła się druga myśclass="underline" może miał pomocnika.
— Jest pani pewna?
Corbigny nerwowo szarpnęła głową.
— Tak, milordzie. Dobrze się przyjrzałam. To było tego dnia, gdy pan go przywołał, żeby przeprowadzić inspekcję jego oddziału. Wybiegł spod prysznica i pośpiesznie wkładał bluzę, i łańcuch zaczepił mu się o guzik. Pomogłam mu go wyplątać.
— Jasne. Dziękuję — rzekł Martinez. — Może pani dołączyć do innych.
Wezwał kadeta Ankleya, który był upoważniony do sprawowania wachty, oraz Espinozę, poprzednio swego służącego, którego przeniósł do żandarmerii, i we trójkę pomaszerowali prosto do sterowni.
— Lord kapitan jest w sterowni — rzekł lord Phillips, gdy weszli do pomieszczenia, i wstał z fotela, by umożliwić Martinezowi zajęcie miejsca, gdyby wyraził taką ochotę.
Kapitan podszedł do Phillipsa, który nawet stojąc na baczność, sięgał mu do brody.
— Milordzie — powiedział — byłbym zobowiązany, gdyby rozpiął pan bluzę.
— Milordzie? — Phillips patrzył w górę ze zdziwieniem.
Nagle Martinez pomyślał, że nie chce tutaj być. Że to wszystko to pomyłka. Ale był tutaj, do swego stanowiska kapitana dodał rolę detektywa i teraz mógł tylko iść wytyczoną przez siebie ścieżką, bez względu na to, dokąd go zaprowadzi.
— Proszę rozpiąć bluzę, poruczniku.
Phillips odwrócił wzrok i powoli zaczął rozpinać srebrne guziki. Martinez widział szybkie pulsowanie krwi na szyi Phillipsa, gdy w rozpięciu kołnierzyka pojawiły się złote ogniwa łańcucha.
Nagle w Martinezie zagotowała się wściekłość. Chwycił łańcuch i brutalnie go pociągnął, aż pojawił się wisior: drzewo ayaca z migoczącymi czerwonymi i zielonymi kamieniami.
Spojrzał w dół na Phillipsa, który stał na palcach, a łańcuch wpijał się w jego szyję. Wreszcie puścił łańcuch.
— Proszę za mną, poruczniku. Jest pan zwolniony — rzekł i zwrócił się do wszystkich w sterowni: — Teraz Ankley obejmuje dyżur oficerski na wachcie!
— Jestem zwolniony, milordzie! — powtórzył Phillips. — Ankley obejmuje dyżur oficerski na wachcie!
Gdy Ankley podszedł bliżej, Martinez powiedział mu do ucha:
— Niech pan nikogo stąd nie wypuszcza. Wszyscy mają czekać w sterowni, aż przyjdzie grupa i przeprowadzi rewizję.
Ankley oblizał nerwowo usta.
— Tak jest, milordzie.
Złe przeczucia osadzały się zimnem w kościach Martineza, gdy maszerował do statkowego aresztu. Phillips szedł za nim w milczeniu, zapinając po drodze bluzę. Pochód zamykał Espinoza, trzymający dłoń na paralizatorze.
Martinez wszedł do pokoju przyjęć aresztu. Uderzył go znajomy zapach. Wszystkie więzienia pachniały podobnie: kwaśnym zapachem ciała i środkami dezynfekującymi, nudą i rozpaczą.
— Proszę zdjąć bluzę, pas, buty i oddać klucz porucznika — polecił. — Proszę wyjąć wszystko z kieszeni na stół. — Był oficerem żandarmerii na „Koronie” i znał procedury.
Phillips wyłożył przedmioty z kieszeni na blat z nierdzewnej stali, a potem ściągnął z nadgarstka gumkę z kluczem i wręczył go Martinezowi.
Poczucie, że to, co teraz robi, jest okropną pomyłką, wisiało nad głową Martineza jak ciężka szara chmura. Nie mógł sobie wyobrazić drobnego Phillipsa kradnącego batonik, a co dopiero popełniającego morderstwo.
Jednak to ja wysunąłem hipotezę, że śmiertelne wypadki są związane z sektą i że symbole religijne wskażą zabójców — myślał. Ja zacząłem, a teraz los to dokończy.
— Proszę całą biżuterię — powiedział.
Z pewnym wysiłkiem Phillips zdjął pierścień akademii, potem odpiął koszulę i obiema rękami ujął łańcuch. Spojrzał na Martineza.
— Mogę spytać, o co tu chodzi?
— Zginęli dwaj ludzie, którzy nosili takie wisiory.
— Dwaj? — Phillips wpatrywał się w niego z rozwartymi ustami.
Odezwał się komunikator mankietowy Martineza i na kameleonowym rękawie pojawiła się twarz Marsdena.
— Lady dowódca eskadry pyta, gdzie pan jest.
— Jestem w areszcie i za chwilę złożę jej raport. Czy coś się wydarzyło?
— Nic. Już tu kończymy.
— Proszę powiedzieć lady Michi, że zaraz tam idę. Martinez skończył rozmowę i spojrzał na Phillipsa — jego twarz ciągle wyrażała oszołomienie.
— Nie rozumiem — powiedział Phillips.
— Pańska biżuteria, poruczniku.
Oficer powoli zdjął z szyi łańcuch i wręczył go Martinezowi. Kapitan wręczył mu parę miękkich aresztanckich kapci i zaprowadził go do wąskiej celi. Metalowe ściany pokryte były wieloma warstwami zielonej farby, z sufitu świeciła pojedyncza lampa osłonięta drucianym koszem. Niemal całe pomieszczenie zajmowały fotel akceleracyjny spełniający rolę łóżka, sedes i mała umywalka.
Martinez zamknął ciężkie drzwi z judaszem i kazał Espinozie stać na warcie. Włożył wisior z drzewem ayaca do przezroczystego plastikowego pudełka i wrócił do kwater podoficerów. Kabiny już sprawdzono i teraz przeprowadzano rewizję osobistą. Kobiety były przeszukiwane przez kobiety w mesie, a mężczyzn rewidowano w korytarzu.
Niczego nie znaleziono. Martinez podszedł do Michi i wręczył jej pudełko z wisiorem. Spojrzała na niego pytająco.
— Lord Phillips — wyjaśnił.
Michi najpierw okazała zdziwienie, ale zaraz potem jej wzrok stwardniał.
— Szkoda, że Fletcher go nie zabił — powiedziała.
Wyraz jej twarzy nie zmieniał się i Martinez wiedział, że kobieta intensywnie myśli, zwłaszcza, że przeszukania wśród szeregowców i ludzi pełniących służbę w sterowni i maszynowni nie dały rezultatu — nie znaleziono żadnych symboli kultu, żadnych narzędzi zbrodni, żadnych podejrzanych.
— Przywołać doktora Xi do aresztu — powiedziała wreszcie do displeju mankietowego i spojrzała na Martineza. — Czas przesłuchać Phillipsa.
— Nie sądzę, żeby to on zabił Fletchera.
— Ja też nie, ale on wie, kto to zrobił. Zna innych członków sekty. — Wargi Michi uniosły się, odsłaniając zęby, jakby warczała. — Zamierzam poprosić doktora Xi, żeby zaaplikował mu serum prawdy. Chcę wydostać z niego wszystkie nazwiska.