Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Pamięć Światłości
Pamięć Światłości - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pamięć Światłości

Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:

Pamięć Światłości
1 ... 58 59 60 61 62 63 64 65 66 ... 296
Перейти на страницу:

– A ja wolałbym w szarży – rzekł Bulen, a jego głos nabrał twardych tonów. – Trzeba ruszać, zanim nas ogarną. Zgińmy w ataku, a miecze nasze niech wskazują nasz kraj.

Lan pokiwał głową, odwrócił się i uniósł miecz. Żadnych oracji. Wszystko, co miał do powiedzenia swoim żołnierzom, zdążył im już powiedzieć. Ludzie wiedzieli, co ich czeka.

Jeszcze jedna szarża, póki starcza sił – rzecz nie bez znaczenia. Mniej Pomiotu Cienia, który zaleje ziemie ludzi. Mniej Trolloków mordujących tych, którzy nie potrafią się bronić.

Szeregi wroga zdawały się ciągnąć w nieskończoność. Zaśliniona, bezładna horda bez ładu i dyscypliny. Wściekłość i wcielony szał zniszczenia. Tysiące, wiele tysięcy. Jak fala, która przerwała tamę i zalewała wąwóz.

Skromny oddział Lana tkwił naprzeciwko nich niczym kamyk.

Żołnierze w milczeniu wznieśli ku niemu swoje miecze w pożegnalnym salucie.

– W bój! – zawołał Lan. „Teraz, gdy rozluźniły szyki. Oberwą najmocniej”. Wbił obcasy w boki Mandarba i poprowadził szarżę.

Andere galopował obok niego, obiema rękoma ściskając łęk siodła. Nie dobył broni, gdyby spróbował, spadłby z siodła.

Nynaeve znajdowała się zbyt daleko, żeby więź zobowiązań dawała jej w miarę jasne pojęcie o tym, co on czuje, niemniej czasami emocje targające człowiekiem były tak silne, że dystans tracił znaczenie. Więc spróbował zdobyć się na pewność siebie, na wypadek, gdyby teraz tak się stało. Dumę ze swych ludzi. Miłość do niej. Ze wszystkich sił pragnął, aby to z niego zapamiętała.

„Moje ramię będzie mieczem…”

Kopyta tętniły po kamieniach. Trolloki przed nimi wyły z rozkoszy, zdawszy sobie sprawę, że ich ofiara, rezygnując z odwrotu, sama lezie im w łapy.

„Moja pierś tarczą…”

W uszach Lana brzmiał głos ojca, recytującego te słowa. Oczywiście, były to tylko igraszki wyobraźni. Był dzieckiem, kiedy padł Malkier.

„Broniącą Siedmiu Wież…”

Nigdy w życiu nie widział Siedmiu Wież wznoszących się nad Ugorem. Słyszał tylko legendy.

„Przed zalewem ciemności…”

Tętent kopyt przechodził w jednostajny grzmot. Taki głośny, głośniejszy, niż zdawałoby się to możliwe. Trzymał się prosto, miecz wyciągnął przed siebie.

„Wytrwam, gdzie inni padli…”

Dystans między dążącymi do zwarcia siłami zmniejszał się, nadciągające Trolloki obniżyły groty włóczni.

„Al Chalidholara Malkier”. „Za mą słodką krainę Malkier”.

Takie były słowa przysięgi, którą składali żołnierze Malkier w trakcie pierwszej wyprawy na Ugór.

Teraz wypowiadał ją w swym sercu.

– Al Chalidholara Malkier! – krzyczał Lan. – Opuścić lance! – Światłości, ależ głośno łomocą kopyta! Czy sześć tysięcy koni może narobić takiego rabanu? Odwrócił się, żeby spojrzeć na jadących za nim.

Zobaczył co najmniej dziesięć tysięcy.

„Co?”

Nie pozwalając, aby zaskoczenie wytrąciło go z rytmu, gnał Mandarba naprzód.

– Naprzód, Złoty Żuraw!

Głosy, krzyki, wrzaski radości i siły.

Powietrze po jego lewej stronie rozdarła znienacka pionowa pręga. Brama szeroka na dziesięć kroków – największa, jaką Lan w swym życiu widział – otworzyła się, a z drugiej strony jakby słońce wyjrzało. Jasność – wylewająca się, eksplodująca. Za nią z bramy wypadli konni w pełnych zbrojach, zajmując miejsce na flance Lana. Nad nimi powiewał sztandar Arafel.

Kolejne bramy. Trzy, cztery, kilkanaście. Każda najwyraźniej w przewidzianym dokładnie miejscu, z nich wylewała się kawaleria z opuszczonymi lancami; łopotały sztandary Saldaei, Shienaru, Kandoru. W ciągu dosłownie kilku chwil jego sześciotysięczna szarża stała się stutysięczną.

W przednich szeregach Trolloków podniósł się wrzask. Pojedyncze potwory próbowały się zatrzymać i gotowały do dotrzymania pola, włócznie wycelowane były w atakującą kawalerię. Za nimi jednak tłoczyły się dalsze. Nie wiedząc, co dzieje się z przodu, pchały się bezładnie, gnane żądzą mordu. Nad głowami lśniły ostrza mieczy podobne do kos i toporów bojowych o podwójnych ostrzach.

Pierwsze szeregi Trolloków, które próbowały stworzyć zaporę przeciwko konnicy, załamały się.

Asha’mani zajmujący pozycje gdzieś za plecami Lana zaczęli splatać Jedyną Moc i zaraz ziemia eksplodowała przed pierwszymi szeregami Trolloków, niwecząc ich nadzieje na zatrzymanie szarży. Kiedy ciała bestii padły na ziemię, kolejne szeregi zostały całkiem odsłonięte, mając naprzeciw siebie burzę kopyt, mieczy i lanc.

Lan znalazł się oko w oko z wrogiem. Wymachując mieczem, pchnął Mandarba na wyszczerzone pyski. Z boku słyszał śmiech Andere.

– Do tyłu, głupcze! – krzyknął na niego i ciął najbliższego Trolloka. – Pokaż Asha’manom drogę do obozu, gdzie leżą ranni. Niech go bronią!

– Chciałem tylko zobaczyć, jak się uśmiechasz, Lan! – odkrzyknął Andere, ściśle przylegając do końskiego karku. – Choć raz masz w sobie więcej uczuć niż kamień! Z pewnością było warto!

Lan rozejrzał się po polu bitwy, której nigdy nie miał nadziei wygrać, a która nagle zmieniła się w zwycięski bój i nie mógł się powstrzymać. Nie uśmiechnął się, ale roześmiał w głos.

Andere zastosował się do rozkazu, odjechał w poszukiwaniu Uzdrawiania organizować tylne szeregi.

– Jophil – zawołał Lan. – Wznieś sztandar wysoko! To jest dzień Malkier, nasz dzień!

7

Na całość.

Zaraz po spotkaniu Elayne opuściła pawilon, zrobiła kilka kroków i ni stąd, ni zowąd znalazła się wśród drzew. Nie byle jakich drzew: olbrzymich, zdrowych, rozrośniętych w konarach, o ogromnych pniach, które miały po setki stóp wysokości. To, że zastygła w miejscu i gapiła się na nie ze zdumieniem, zapewne by ją kompromitowało, gdyby nie fakt, że wszyscy inni też to robili. Elayne spojrzała w bok i zobaczyła Egwene, która z rozdziawionymi ustami przyglądała się drzewom. Słońce ciągle jeszcze świeciło na niebie, ale zielone liście ocieniały teren, co skądinąd tłumaczyło, dlaczego w namiocie zrobiło się tak ciemno.

– Widziałem już kiedyś Wielkie Drzewa – powiedział Perrin. Podszedł do jednego z nich i przyłożył dłoń do grubej, żebrowanej kory. – W stedding.

Elayne objęła Źródło i od razu spowiła ją poświata saidara, dająca dodatkowe ciepło oprócz tego, które biło od słońca. Zaczerpnęła haust Mocy i z rozbawieniem zauważyła, że większość kobiet, które potrafiły przenosić, uczyniła to samo, gdy tylko padło słowo stedding.

– No cóż, niezależnie od tego, kim teraz jest Rand – zauważyła Egwene, splatając ręce na piersi – wszak nie jest w stanie sprawić, że gdzieś znienacka pojawi się stedding. – Miała taką minę, jakby ta myśl dodała jej otuchy.

– A dokąd on poszedł? – spytała Elayne.

– Powędrował tam – odparł Perrin, wskazując machnięciem ręki drzewa. – I zniknął.

Pośród masywnych pni chodzili ludzie, głównie żołnierze z różnych obozowisk, gapiący się na rozłożyste korony. Elayne posłyszała, co mówi jakiś Shienaranin do stojącego nieopodal lorda Agelmara.

– Przyglądaliśmy się, jak rosną, mój lordzie. Wybiły znienacka spod ziemi i w niespełna pięć minut stały się takie wielkie. Przysięgam, mój lordzie, obym nigdy więcej nie dobył miecza.

– Dobrze już! – rzuciła Elayne, uwalniając Źródło. – Krainy płoną, więc lepiej zacznijmy czym prędzej. Gdzie są mapy? Potrzebujemy map!

Pozostali władcy obrócili się w jej stronę. Podczas spotkania, kiedy był wśród nich Rand, niewielu wyraziło obiekcje wobec mianowania jej właśnie na ich przywódczynię. Tak to już się działo w jego obecności; wola Randa zagarniała człowieka niczym morski przypływ. W jego ustach wszystko brzmiało nad wyraz logicznie.

1 ... 58 59 60 61 62 63 64 65 66 ... 296
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)