Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]
- Автор: Гришэм Джон
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]». Краткое содержание книги:
Jak można się było spodziewać, u White’a i Blazevicha nie pracował nikt o nazwisku Garcia. Darby szukała też innych Latynosów, ale bez rezultatu. Kancelaria zatrudniała wyłącznie absolwentów dwóch najlepszych wschodnich uniwersytetów; facetów chodzących w jedwabnych skarpetkach, noszących bardzo długie nazwiska i jeszcze rzymską cyfrę na końcu. Żeby rzecz nie wyglądała zbyt konserwatywnie, White i Blazevich dawali zarobić kilku kobietom, z których tylko dwie mogły poszczycić się statusem wspólnika. Większość pań rozpoczęła pracę po roku 1980. “Jeśli dożyję końca studiów – pomyślała Darby – za żadne skarby nie zatrudnię się w takiej fabryce!”
To Grantham wymyślił, żeby szukała Latynosów. “Garcia” wydał mu się nieco dziwnym pseudonimem. Jeśli facet był Latynosem, to nazwisko, jakie podał, było pierwsze, jakie mogło przyjść mu do głowy. Wymienił je bez zastanowienia. Nic z tego. U White’a i Blazevicha nie mówiło się po hiszpańsku.
Wedle Almanachu klienci firmy byli potężni i bogaci: banki, korporacje z pięćsetki największych przedsiębiorstw tygodnika “Fortune” i mnóstwo kompanii naftowych. Na liście klientów figurowały cztery spółki pozwane w procesie pelikanów, lecz nigdzie nie wspominano o ich właścicielu; korporacje chemiczne i wielcy armatorzy. White i Blazevich reprezentowali także interesy rządów Korei Północnej, Libii oraz Syrii. “To śmieszne! -pomyślała Darby. – Wrogie państwa wynajmują naszych adwokatów, by ci wstawiali się za nimi w naszym rządzie. Ale prawnika można przecież wynająć do wszystkiego”.
Kancelaria Brima, Stearnsa i Kidlowa była mniejsza niż firma White’a i jego kolegi. Patrzcie państwo! Zatrudnia czworo Latynosów! Zapisała ich nazwiska. Dwóch mężczyzn i dwie kobiety. Przyszło jej na myśl, że w przeszłości ktoś musiał oskarżyć firmę o dyskryminację rasową i seksizm. W ostatnich dziesięciu latach zróżnicowanie płciowe i rasowe kancelarii znacznie się poprawiło. Lista klientów była do przewidzenia: ropa i gaz, ubezpieczenia, banki, obce rządy. Nuda.
Siedziała od godziny w kącie biblioteki prawniczej Fordhama. Był piątkowy ranek: dziesiąta w Nowym Jorku, dziewiąta w Nowym Orleanie. Gdyby wszystko było po dawnemu, zamiast ukrywać się w jakiejś bibliotece znajdowałaby się na wykładzie Allecka – profesora, którego nigdy nie lubiła, lecz za którym teraz bardzo tęskniła. Obok siedziałaby Alice Stark. Za plecami miałaby D. Ronalda Petriego – jednego ze swych ulubionych wielbicieli. D. Ronald błagałby szeptem o randkę i komentował bezczelnie jej wygląd. Za nim także tęskniła. Brakowało jej spokojnych poranków na balkonie mieszkania Thomasa; rytuału picia kawy i oczekiwania na przebudzenie Dzielnicy Francuskiej. Brakowało jej zapachu męskiej wody toaletowej na szlafroku.
Podziękowała bibliotekarce i wyszła na ulicę. Na Sześćdziesiątej Drugiej skręciła w stronę parku. Był rześki październikowy ranek. Nie niebie ani jednej chmurki, od morza wiał chłodny wiatr. Przyjemnie było chodzić po ulicach i nie przejmować się duchotą, tak jak w Nowym Orleanie…, gdyby nie okoliczności. Miała na nosie nowe okulary, a całą twarz ukryła niemal w wysoko podciągniętym golfie. Włosy wciąż były ciemne, ale postanowiła już ich nie przycinać. Nakazała sobie iść ulicą i nie oglądać się za siebie. Miała nadzieję, że nikt jej nie śledzi, ale miną lata, zanim znów będzie mogła cieszyć się spacerami.
Drzewa w parku okryły się wspaniałymi żółto-pomarańczowoczerwonymi barwami. Liście kołysały się delikatnie na wietrze. Przy Central Park West skręciła na południe. Jutro wyjedzie z miasta i spędzi kilka dni w Waszyngtonie. Jeśli przetrwa to wszystko, wyniesie się na jakiś czas z kraju – może na Karaiby? Była tam dwukrotnie i spodobało jej się na maleńkich wysepkach, gdzie ludzie tak śmiesznie mówią po angielsku.
W zasadzie powinna wyjechać już teraz. Zgubili jej ślad i nic nie stoi na przeszkodzie, żeby wskoczyła do samolotu odlatującego do Nassau albo na Jamajkę. Dotarłaby tam przed zmrokiem.
Znalazła automat telefoniczny na tyłach cukierni przy Szóstej i wystukała redakcyjny numer Granthama.
– To ja – powiedziała.
– Kamień spadł mi z serca. Bałem się, że wyemigrowałaś.
– Zastanawiam się nad tym.
– Czy możesz zaczekać z tym tydzień?
– Zobaczymy. Jutro będę u ciebie. Czego się dowiedziałeś?
– Sortuję śmieci. Mam kopie bilansów rocznych siedmiu spółek oskarżonych w procesie.
– Pozwanych w procesie. To nie jest sprawa kryminalna.
– Wybacz, to niedopuszczalne przejęzyczenie! Mattiece nie figuruje jako pracownik ani tym bardziej prezes zarządu żadnej z nich.
– Co jeszcze?
– Dzwoniłem do różnych miejsc. Wczoraj trzy godziny wałęsałem się po sądach i wypatrywałem Garcii.
– Gray, czy ciebie trzeba wszędzie prowadzić za rękę? Chodzenie po sądach nic ci nie da. Garcia nie jest prawnikiem występującym na rozprawach. Reprezentuje interesy korporacji.
– Oświeć mnie, jeśli masz lepszy pomysł.
– Mam nawet kilka pomysłów.
– Świetnie, więc czekam na twój przyjazd.
– Zadzwonię zaraz po przylocie.
– Byle nie do domu.
Rozważała przez chwilę jego słowa.
– Czy mogę wiedzieć, dlaczego?
– Niewykluczone, że ktoś mnie podsłuchuje, może nawet śledzi. Jeden z moich najlepszych informatorów twierdzi, że nawrzucałem dosyć kamieni do czyjegoś ogródka, by zasłużyć sobie na dyskretną opiekę.
– Cudownie! I chcesz, żebym padła ci w objęcia i pomagała w śledztwie?!
– Nic nam nie grozi, Darby. Musimy być po prostu ostrożni.
Ścisnęła mocniej słuchawkę i zgrzytnęła zębami.
– Co ty wiesz o ostrożności! To ja od dziesięciu dni wymykam się pogoni, a ty masz czelność mówić mi, że nic nam nie grozi! Pocałuj mnie gdzieś, Grantham! Może w ogóle nie powinnam z tobą rozmawiać…
Przerwała i rozejrzała się po cukierence. Dwóch mężczyzn siedzących przy najbliższym stoliku spoglądało na nią z zaciekawieniem. Niepotrzebnie krzyczała. Odwróciła się i wzięła głęboki oddech.
– Nic ci nie jest? – zapytał Grantham.
– Czuję się świetnie.
– Przyjedziesz do Waszyngtonu?
– Nie wiem. Tutaj jestem bezpieczna, a w ogóle to powinnam wsiąść do samolotu i wynieść się z kraju.
– Jasne. Myślałem tylko, że masz jakiś pomysł na odnalezienie Garcii, a potem, jeśli Bóg pozwoli, na dobranie się do Mattiece’a. Myślałem, że jesteś oburzona, moralnie wstrząśnięta i pałasz chęcią zemsty. Co się z tobą stało?
– No cóż, odczuwam palącą potrzebę dożycia swoich dwudziestych piątych urodzin. Nie jestem zachłanna, ale chciałabym też zgasić trzydzieści świeczek na urodzinowym torcie. Nie sądzisz, że byłoby to miłe?
– Rozumiem twój punkt widzenia.
– Nie jestem tego pewna. Obawiam się, że bardziej interesuje cię nagroda Pulitzera i wiążące się z nią zaszczyty niż los mojej głowy.
– Zapewniam cię, że to nieprawda. Zaufaj mi, Darby. Opowiedziałaś mi najważniejszą historię w swoim życiu. Musisz mi zaufać.
– Zastanowię się.
– A więc nic nie jest przesądzone?
– Nie, nie jest. Potrzebuję czasu.
– Rozumiem.
Odłożyła słuchawkę i zamówiła rogalik. Mała cukierenka rozbrzmiewała tuzinem języków. “Uciekaj, maleńka, uciekaj, póki czas – podpowiadał jej zdrowy rozsądek. – Pojedź taksówką na lotnisko. Zapłać gotówką za bilet do Miami. Zarezerwuj lot na południe i zmykaj. Niech Grantham robi, co do niego należy. Nie jest głupi i znajdzie jakiś sposób na opublikowanie tej historii. Przeczytasz ją sobie w gazecie, leżąc na plaży i popijając piña coladę”.
Chodnikiem kuśtykał Tucznik. Wypatrzyła go przez szybę pośród morza głów. Poczuła nagłą suchość w ustach i zawrót głowy. Nie zajrzał do środka. Przeszedł obok z niezbyt tęgą miną. Utykając lekko, dotarł do rogu Szóstej i Pięćdziesiątej Ósmej, gdzie przystanął, czekając na zmianę świateł. Zaczął przechodzić przez Szóstą, lecz na środku jezdni zmienił zdanie i skręcił w Pięćdziesiątą Ósmą. Niewiele brakowało, a rozjechałaby go taksówka.