Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]
- Автор: Гришэм Джон
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]». Краткое содержание книги:
Spoglądali na niego z niedowierzaniem. Potem wymienili ukradkowe uśmiechy, a Keen wzruszył ramionami.
– Będziesz potrzebował pomocy – stwierdził Feldman.
– Nie. Dziewczyna żąda, żebym zrobił to sam. Bardzo się boi i trudno jej się dziwić.
– Ja sam wpadłem w panikę, czytając to cholerstwo – dorzucił Keen.
Feldman opadł na oparcie fotela i skrzyżował stopy na biurku. Nosił czterdziesty piąty numer buta. Po raz pierwszy na jego twarzy zagościł oficjalny uśmiech.
– W takim razie zacznij od Garcii. Jeśli go nie znajdziesz, stracisz tylko czas, węsząc miesiącami wokół Mattiece’a, i wrócisz z niczym. Jednak zanim, jeśli w ogóle, zabierzesz się do tego Cajuna, musisz odbyć ze mną długą rozmowę. Lubię cię, Grantham, a nawet to nie jest warte twojej śmierci.
– Chcę widzieć każde słowo, które napiszesz, jasne? – zaznaczył Keen.
– A ja chcę, żeby codziennie meldowano mi o wszystkim – dodał Feldman.
– W porządku.
Keen podszedł do szklanej ściany i spojrzał na salę agencyjną. Każdego dnia średnio co dwie godziny w tym pomieszczeniu wybuchał chaos, który przycichał niemal tak szybko, jak się zaczynał. O wpół do szóstej sala komputerowa przypominała dom wariatów. Spisywano i opracowywano najświeższe wiadomości. O wpół do siódmej zaczynała się rada redakcyjna zamykająca drugie wydanie. Feldman obserwował wszystko zza biurka.
– No i mamy kolejną aferę – powiedział do Granthama, nie patrząc na niego. – Ile to już lat minęło od ostatniej…? Pięć…? Sześć…?
– Chyba siedem – podpowiedział Keen.
– Nie podobały się wam moje wcześniejsze historie? – spytał z udanym oburzeniem Grantham.
– Podobały – odparł Feldman, patrząc na salę agencyjną. – Ale trafiałeś blotki. Ostatniego szlema miałeś dawno temu.
– A ile razy musiałeś pasować! – dodał usłużnie Keen.
– Każdemu się zdarza – odparł Gray. – Ale tym razem zdobędę mistrzostwo świata. – Otworzył drzwi.
Feldman spojrzał za nim posępnie.
– Uważaj na siebie i dbaj o dziewczynę. Rozumiesz?
Gray uśmiechnął się i wyszedł z biura.
Był już prawie przy Thomas Circle, gdy zobaczył w lusterku niebieskie światła. Gliniarz nie wyprzedzał go, tylko siedział mu na ogonie. Gray nie zwracał uwagi na znaki i nie interesował go szybkościomierz. To będzie trzeci mandat w ciągu szesnastu miesięcy.
Zatrzymał się w małej zatoczce, obok jakiejś kamienicy. Było już ciemno. Niebieskie światła mrugały we wstecznym lusterku. Potarł skronie.
– Wyłaź! – Posłyszał głos gliniarza gdzieś z tyłu.
Gray otworzył drzwi i zrobił to, co mu kazano. Policjant był czarny i z trudem hamował chichot. Cleve!
– Dlaczego mi to robisz? – spytał Gray, gdy wsiedli już do policyjnego auta.
– Gospodarka planowa, Grantham. Nasi przełożeni decydują, ilu białych mamy zatrzymać co miesiąc i jak bardzo im dokopać. Szef jest za wyrównywaniem rachunków. Biali gliniarze czepiają się niewinnych czarnych spacerowiczów, a czarni gliniarze gnębią niewinnych białych, rozbijających się w zagranicznych samochodach.
– Dobra. Załóż mi kajdanki i wyciągnij pałę.
– Daj spokój. Musiałem cię złapać, żeby ci powiedzieć, iż sierżant nie może już mówić.
– Dlaczego?
– Wyczuwa brzydki zapach w miejscu pracy. Niektórzy dziwnie na niego patrzą, a poza tym co nieco obiło mu się o uszy.
– Na przykład?
– Na przykład to, że jesteś tam bardzo znany i niektórym zależy na tym, żeby dowiedzieć się, co kombinujesz. Sierżant mówi, że prawdopodobnie masz założony podsłuch w domu.
– Poważnie? Jest tego pewny?
– Słyszał, jak rozmawiali o tobie i o tym, że pytasz o jakiegoś pelikana. Zdaje się, że mocno nadepnąłeś komuś na odcisk.
– Co jeszcze mówił o tym pelikanie?
– Tylko to, że pewnie coś zwęszyłeś i nie wszystkim się to podoba. To niebezpieczni, paranoiczni ludzie, Gray. Sierżant mówi, żebyś uważał, dokąd chodzisz i z kim rozmawiasz.
– Nie możemy się już spotykać?
– Na razie nie. Sierżant chce przywarować, a to, co będzie miał do przekazania, puści przeze mnie.
– W porządku. Potrzebuję jego pomocy, ale musi działać ostrożnie. Stąpamy po zaminowanym polu.
– O co chodzi z tym pelikanem?
– Nie mogę ci powiedzieć. Ale przekaż sierżantowi, że za sprawę pelikana można się przejechać.
– Sam mu to powiedz. Uważa, że jest sprytniejszy od nich wszystkich.
– Dzięki, Cleve – powiedział Gray i wysiadł z auta.
– Będę w okolicy. Przez następne pół roku pracuję na nocną zmianę i postaram się mieć cię na oku.
– Dzięki.
Rupert zapłacił za cynamonową bułkę i usiadł na barowym stołku, z którego miał widok na ulicę. Była północ, i Georgetown powoli kładło się spać. Ulicą M pędziło kilka samochodów, nieliczni przechodnie śpieszyli do domów. W barze panował ruch, ale nie było tłoku. Rupert pił czarną kawę.
Rozpoznał tę twarz, gdy mężczyzna stał jeszcze na chodniku. Po kilku sekundach siedział obok niego. Nie był to nikt ważny. Poznali się kilka dni temu w Nowym Orleanie.
– Jak leci? – rzucił od niechcenia Rupert.
– Nie możemy jej znaleźć i martwi nas to jak jasna cholera, bo dostaliśmy dziś bardzo złe wieści.
– Jakie?
– Dotarły do nas głosy, nie potwierdzone, że źli chłopcy wpadli w panikę i że numer jeden chce ich wszystkich wyrżnąć. Pieniądze nie grają roli i mówi się, że gość wyda, ile będzie trzeba, byle wszystko ucichło. Wysyła paru mocarzy z armatami. Oczywiście wiadomo, że jest popierdolony, ale i niebezpieczny jak jasna cholera, a pieniądze strzelają nie gorzej od obrzynów.
– Kogo chce uciszyć? – Rupert nie przejął się tym.
– Dziewczynę. I każdego, kto słyszał o tym papierze.
– Jaka jest moja rola?
– Bądź w pobliżu. Spotkamy się jutro. W tym samym miejscu, o tej samej porze. Gdy znajdziemy dziewczynę, wejdziesz do gry.
– Jak ją chcecie znaleźć?
– Mamy swoje sposoby. Zdaje się, że jest w Nowym Jorku.
– Co byś zrobił na jej miejscu? – Rupert oderwał kawałek cynamonowej bułki i włożył go do ust.
Wysłannik znał dziesiątki miejsc, do których mógłby pojechać, lecz każde z nich przypominało cholerny Paryż, Rzym i Monte Carlo – miasta z czołówki listy uciekinierów. Nie przychodził mu do głowy żaden egzotyczny zakamarek, w którym mógłby się zaszyć na resztę życia.
– Nie wiem. A ty?
– Wybrałbym Nowy Jork. Można się tam ukrywać latami, jeśli zna się język i zasady. To idealna kryjówka dla Amerykanina.
– Chyba masz rację. Myślisz, że pojechała do Nowego Jorku?
– Nie wiem. Chwilami bywa sprytna. Ale ma też słabsze momenty.
Wysłannik wstał.
– Do jutra – rzucił.
Rupert pożegnał go machnięciem ręki. “Co za baran! – pomyślał. – Przez cały dzień biega po mieście, nadstawia ucha w barach i piwiarniach, a potem wraca do szefa i przekazuje mu te wszystkie plotki”.
Wyrzucił papierowy kubek do śmieci i wyszedł na ulicę.
ROZDZIAŁ 32
Wedle najnowszego wydania Almanachu Prawniczego Martindale’a-Hubbella kancelaria adwokacka Brima, Stearnsa i Kidlowa zatrudniała stu dziewięćdziesięciu prawników. U White’a i Blazevicha pracowało czterystu dwunastu ludzi, a więc Garcia powinien być jednym z owych sześciuset dwóch adwokatów biorących pensje w którejś z dwóch firm. Jeśli jednak Mattiece wynajmował jeszcze inne waszyngtońskie kancelarie, liczba prawników mogła się podwoić i wtedy Gray byłby bez szans.