Arivald z Wybrzeża
- Автор: Пекара Яцек
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Arivald z Wybrzeża». Краткое содержание книги:
– Proszę, proszę! – zdumiał się czarodziej. – A zawsze mówiono, że gnomy i krasnoludy nie są w stanie przyswoić nawet najprostszej magii. To powiedz mi, dlaczego nie uciekłeś zaklęciem, tylko kryłeś się w ciemnościach?
Bargrim wzruszył chudymi ramionami.
– Zapomniałem – wyznał – tak się przestraszyłem, że zapomniałem. Nikt tu nie był od dwustu lat, szanowny panie czarodzieju. Od dwustu lat.
– To rzeczywiście kawał czasu – pokiwał głową Arivald. – Ano, mieszkaj sobie dalej. Ja ci nie będę przeszkadzał.
– Niestety, dostojny panie. Przyjdzie mi się wynieść – gnom opuścił głowę i utoczył dwie ciężkie łzy.
– A to czemu? Ja naprawdę nikomu nie mam zamiaru powiedzieć, że tu mieszkasz.
– Och, panie czarodzieju. To nie to. Tu zamieszkał – gnom obniżył głos do szeptu – wampir.
Arivald roześmiał się, ale nagle zrobiło mu się trochę nieswojo.
– Bajdy – burknął – wampirów nie ma.
– Ależ są, panie czarodzieju, klnę się, jakem Bargrim Żelazna Pięść – gnom zadudnił piąstkami po swej wątłej piersi. – Widziałem go, jak przemykał, widziałem, jak zmieniał się w nietoperza… – Bargrim zadrżał. – Wszystko, wszystko widziałem. Ten zamek już przepadł, dostojny czarodzieju. Uciekajcie z niego, ratujcie się…
– Ciii… – Arivald przyłożył palec do ust. – Bez paniki. Nawet jak jest tu wampir, w co nawiasem mówiąc, nadal nie wierzę, to przecież na wampiry są sposoby. Jaki zresztą wampir zakradłby się do zamku, gdzie mieszka czarodziej? Chyba musiałby zgłupieć.
– To nie byle jaki wampir, panie czarodzieju. Nie taki zwykły latacz krwiopijca. To specjalny wampir.
– Wampiry dzielą się na trzy rodzaje – rzekł Arivald uczonym tonem. – Wampiry czarne, zwane inaczej kostropatymi. Prawie niegroźne. Boją się ludzi, a żywią krwią małych zwierząt. Czasem potrafią zaatakować owcę czy krowę, bardzo zgłodniałe i w gromadzie napadną nawet człowieka. Nie posiadają zdolności przemiany, boją się światła dnia, amuletów, talizmanów, relikwii, ponoć nawet czosnku. Co noc muszą wracać do trumny, a w trumnie musi koniecznie być ziemia z ich grobu. W lustrze nie dostrzega się ich odbicia. Dalej są wampiry brunatne nazywane krwiopijcami. Dużo groźniejsze. Najchętniej piją ludzką krew, znają sekret przemiany w nietoperza. Mają te same słabostki co wampiry kostropate, ale są dużo odważniejsze i silniejsze. Na ogół jednak nie zabijają. No i trzecie, wampiry sine, inaczej królewskie. Jako jedyne potrafią zarażać wampiryzmem. Wytępione przed prawie trzystu laty. Bardzo złośliwe, bardzo silne i przebiegłe. Uodporniły się na większość magicznych talizmanów. Ale nie uodporniły się na działanie osinowego kołka. I to tyle.
– Panie czarodzieju, nie śmiem zwracać ci uwagi, lecz pominąłeś jeszcze jeden rodzaj wampira.
– Czyżby?
– Cesarskie – wyszeptał gnom. – Potrafią zmieniać się w dym i przenikać przez ściany. Ba, nie zabija ich świt, choć słońce parzy im skórę.
– Skąd masz takie informacje? – Arivald nieufnie pokręcił głową.
– Czytałem księgi, dostojny czarodzieju – zająknął się gnom.
– Kiedyś mieszkałem w passadeńskiej bibliotece, na strychu znaczy się. Ale nocą wkradałem się i czytałem…
– Biblioteka w Passadenie spłonęła ponad czterysta pięćdziesiąt lat temu. Jak mogłeś…
– Ale ten czas leci! – westchnął gnom. – No i tam przeczytałem o wampirach.
– Mój Boże! – Arivald był głęboko wstrząśnięty. – W bibliotece w Passadenie przechowywano jedyne egzemplarze tysięcy ksiąg. Czarodzieje daliby wszystko, aby móc je dzisiaj przeczytać. A ty tam byłeś!
– Ach, jak mnisi pilnie strzegli tej biblioteki – wspomniał gnom. – Nikogo nie chcieli wpuszczać. Ile ja słuchałem próśb, ile widziałem poselstw. Nie złapali mnie nigdy – dodał z dumą. – Czasem podejrzewali, że zakradły im się myszy. A to byłem ja!
– No, no – czarodziej spojrzał na gnoma z nagłym szacunkiem – czy pamiętasz, co to była za księga?
– O tak, panie czarodzieju. Miała śliczny tytuł. „O stworach nocy i stworach krwi. Rzecz spisana przez Irydesa z Valikoveru ku nauce i przestrodze”.
– Pięknie zapamiętałeś – pochwalił go Arivald. – Czy to była twoja ulubiona?
– Nie, panie czarodzieju. Ja pamiętam wszystko.
– To znaczy? – spytał Arivald machinalnie, ale myślami już był przy rozmowie z komesem i zastanawiał się, jak w sposób łagodny i nie budzący trwogi podać mu wiadomość, że wampir jednak istnieje. A przynajmniej że istnienie jego jest wysoce prawdopodobne.
– Wszystko co przeczytałem. Każdziuteńkie słówko. Arivald ocknął się z zamyślenia.
– Coś powiedział? – spytał takim tonem, że gnom aż przysiadł.
– Kaaażdziuteńkie słowo – powtórzył.
Czarodziej chwycił go za ramię i zaskoczony Bargrim pisnął.
– Ileś tych książek przeczytał?
– Tysiąc czterysta siedemdziesiąt trzy, zacząłem tysiąc czterysta siedem…
– I wszystko pamiętasz?
– Ja nie rozumiem tego, co tam pisano, nie wszystko, znaczy, ale pamiętam, tak, pamiętam.
Czarodziej zwolnił uchwyt i wyszeptał Prawdomowę Kelfusa. Potem spojrzał gnomowi prosto w oczy.
– No, kochany Bargrimie – rzekł wolno – mam przeczucie, że spędzimy razem sporo czasu. Powiedz mi, czy jest coś, co ja mógłbym dla ciebie zrobić?
– Magia – szepnął gnom w uniesieniu. – Czy nauczysz mnie czarów?
– No cóż – pokiwał głową Arivald – zawsze możemy spróbować. A teraz daj mi rękę.
– Rękę?
– Tak – odparł Arivald i tym razem bezbłędnie namierzył Gaussa, chociaż musiał wziąć poprawkę na zmianę masy.
– Bądźże poważny i odpowiedzialny – napomniał Alveryka Arivald.
– Jeszcze dzisiaj zarządzę ewakuację – komes nie chciał być wcale ani poważny, ani odpowiedzialny.
– Opuścisz gniazdo rodowe? – próbował zagrać mu na ambicji czarodziej. – Siedzibę władców Berbezzy od czterystu dwudziestu lat?
– Opuszczę – odparł godnie komes. – Nawet chwili się nie zawaham.
– Staniał honor rycerski – kwaśno zauważył Arivald.
– Obrażasz mnie – nadął się Alveryk – ale powiedz, czy wampira mógłbym pokonać odwagą i mieczem? Czy przeciwko niemu mogę wysłać rycerzy? Ha, milczysz, panie Arivaldzie! Wampir to zajęcie dla czarodziei, wiedźminów albo Braci Garlikowych. Ale nie dla nas, prostych ludzi. Rozłupać komuś łeb, przejechać ostrzem po gardle… proszę bardzo. Powiedz tylko komu. A czy wampirowi to zaszkodzi? Nie zaszkodzi. Jeszcze dzisiaj pchnę gońca do króla. Niech przyśle mi jakiegoś nieustraszonego zabójcę wampirów. Bo wy, panie Arivaldzie, jakże sobie poradzicie, skoro nawet nie chcieliście uwierzyć w istnienie wampirów?
Czarodziej poczuł się z lekka urażony, lecz nie dał tego po sobie poznać.
– Ach, róbże, co chcesz – westchnął – ale mam nadzieję, że dokładnie policzyłeś już wszystkie straty?
– Hm?
– No, straty związane z ewakuacją zamku – wyjaśnił łagodnie czarodziej. – Wiesz, nieuchronne kradzieże, zniszczenie sprzętów, utrzymanie płac dla pracowników, zakwaterowanie dworu. A dalej: myślisz, że panika nie przeniesie się do miasta? Co z zyskami z ceł i myta? Co z podatkami? Czy pomyślałeś o tym wszystkim? Jeśli będziesz miał kłopoty z gotówką, polecam krasnoluda Grumbaxa. Bierze tylko dwadzieścia od sta. Co prawda żąda zastawu w wysokości podwójnej wartości pożyczki, ale poza tym jest bardzo uczciwy. No, jest jeszcze oczywiście Forholt, lecz z jego usług osobiście bym nie radził korzystać.
Alveryk opadł na fotel.
– Co, co? – spytał nieprzytomnie.