Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Arivald z Wybrzeża
Arivald z Wybrzeża - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Arivald z Wybrzeża

Электронная книга - «Arivald z Wybrzeża». Краткое содержание книги:

Mimo podeszłego wieku, obdarzony nadzwyczajną siłą fizyczną i niemałymi (chociaż nie popartymi gruntownymi studiami) zdolnościami czarodziejskimi Arivald wiedzie żywot, jakiego nie powstydziłby się znacznie młodszy miłośnik kobiet i mocnych trunków. Ochoczo stawia czoło danskarskim piratom, rozprawia się z wampirami, spieszy z odsieczą księżniczkom uwięzionym w innym wymiarze, wyjaśnia zagadkę złowieszczych kopalń Ghorlagru. Z pewnością trudno by go nazwać ozdobą salonów, ale i jemu niezbyt tam było spieszno: po dniu pełnym przygód najchętniej zasiada w gospodzie przy suto zastawionym stole, z wiernymi kompanami u boku, i snuje opowieści o swych nadzwyczajnych dokonaniach, zerkając z ukontentowaniem na urodziwą karczmarkę…
1 ... 63 64 65 66 67 68 69 70 71 ... 79
Перейти на страницу:

– Dość! – wydyszał mu w ucho. – Dość!

Puffer z Lyzienny nie chciał nigdzie jechać. Na dworze w Berbezzie czuł się właściwie oceniony i doceniony. W związku z tym prawie wcale nie trzeźwiał, a nocami przyjmował liczne delegacje dam dworu, służek i kuchennych dziewek. Kiedy z jakichś powodów napadała go chandra, wychodził do miasta i rozkoszował się entuzjastycznym przyjęciem tłumów. Było mu dobrze i wcale nie zamierzał zmieniać miejsca pobytu.

– Nie odważę się sam eskortować wampira – powiedział Arivald do Bargrima.

Gnom czuł się już dobrze, choć rękę i nogę miał jeszcze w łupkach, a głowę obwiązaną bandażem. On również cieszył się ogromną popularnością, ale przede wszystkim pragnął jak najszybciej dostać się do biblioteki w Silmanionie i nacieszyć oczy księgami. Zamierzał też rozpocząć studia magiczne, a do tego niezbędna była zgoda Wielkiego Mistrza Harbularera.

– Ale jak on to zrobił? – rozłożył ręce Bargrim, myśląc o Pufferze z Lyzienny.

– Nasz przyjaciel okazał się prawdziwym wiedźminem, a jego miecz prawdziwym mieczem. Kto by przypuszczał? – Czarodziej pokiwał głową. – Fałszywy Obraz Stetrycego. Ktoś sobie zadał wiele trudu. To niezwykle trudne zaklęcie o niespodziewanych skutkach ubocznych. Właściwie w ogóle nie stosowane.

– Chcę stąd wyjechać – wtrącił się do rozmowy wampir, wyglądając z klatki o srebrnych prętach. – Jak król się dowie, to każe mnie wypchać. Przysięgam, że nie będę próbował uciekać.

Arivald jednak wolał nie zawierzać przysięgom wampira. Natomiast wpadł na zadziwiająco prosty sposób przekonania wiedźmina do wyjazdu. Wprost zachwycał się własną przebiegłością. Nie był tylko pewien, czy Wielki Mistrz Harbularer podzieli to uczucie.

Tak więc następnego dnia rano serdecznie pożegnali się z komesem i Sangwaniaszem, a pożegnanie Puffera z jego wielbicielkami przeciągnęło się do wczesnego popołudnia.

– Wracaj do nas, panie Arivaldzie – rzekł komes ze łzami w oczach – i ty, nieustraszony gnomie. A was, panie wiedźminie, zawsze będziemy wspominać w pieśniach i opowieściach. Pamiętajcie, że macie tu, w Berbezzie, drugi dom.

– Nie mogę z wami jechać? – pytał po raz kolejny Sangwaniasz.

– A czemuż by ta urocza panienka nie miała z nami pojechać? – podtrzymywany silnym ramieniem Arivalda wiedźmin usiłował utrzymać pion.

Ale tym razem nawet to pytanie mu darowano. Tylko całe jeszcze lata później, kiedy to już Sangwaniasz był komesem Berbezzy, pytano go czasami, czy wie, że ma piękne oczy.

– No nie! – powiedział Wielki Mistrz. – Naprawdę obiecałeś gnomowi naukę magii?

– Cóż, pomijając inne sprawy, będzie to bardzo interesujące doświadczenie. Zawsze twierdzono, że gnomy są niezdolne do opanowania sztuki magicznej. Założę się, że w przyszłym roku będzie już parę doktoratów na ten temat.

– Hm, zrobimy więc wyjątek. – Harbularer potarł wierzchem dłoni brwi. – Z bólem serca pozwolę mu też na dostęp do ksiąg, ale tylko pod warunkiem że trzy godziny dziennie spędzi z naszymi kopistami, dyktując im to, co zapamiętał z Passadeny. To wielka, wielka rzecz, panie Arivaldzie. – Mistrz sięgnął po kielich wina i umoczył wargi. – Jedno z ważniejszych, a może najważniejsze wydarzenie w moim życiu. Niedługo będę miał zaszczyt powiadomić cię oficjalnie, że Tajemne Bractwo zdecydowało ustawić twój posąg w Komnacie Arcymagów. Zostaniesz też zapewne moim następcą – uciszył gestem chcącego protestować Arivalda – bo czuję, iż czas już, abym odpoczął od obowiązków i trudów. Arivald zdecydował się jednak mu przerwać.

– Posąg, proszę bardzo, ale nawet nie myśl o wakacjach, mistrzu. Nie wolno ci opuścić Bractwa, a ja zamierzam wreszcie wrócić na Wybrzeże. Już nie pamiętam, kiedy byłem tam ostatni raz. Aha, co z wampirem? Obiecałem mu, że nie będzie żadnego wypychania i żadnych wiwisekcji.

Harbularer skinął głową.

– Zgoda. Ach, jeszcze jedno. Ten wiecznie pijany wiedźmin. Kazałem skarbnikowi wypłacić mu tysiąc dukatów. Starczy?

– Ja… – Arivald odchrząknął, bo rozmowa dochodziła do bolesnego miejsca -…obiecałem mu… – odetchnął głęboko -…Kartę Wolnego Kredytu.

– Nie! – Harbularer osłupiał.

– To nie powinno tak drogo wynieść. – Arivald starał się Wielkiego Mistrza omijać wzrokiem. – On ma proste upodobania. A poza tym bez jego pomocy – czarodziej przeszedł do kontrataku – nie byłoby ani mnie, ani wampira, ani gnoma z jego niesamowitą wiedzą. Więc w sumie wychodzimy na plus.

Wielki Mistrz wypił wino do dna, co świadczyło o ogromnym wzburzeniu, gdyż zwykle sączył je wolno i ze smakiem.

– To wszystko toczy się zbyt szybko – rzekł. – Zmiany, jakie wprowadzasz, mnie wprowadzają w osłupienie. Jestem chyba człowiekiem starej daty. Ale dobrze, niech będzie. Skoro obiecałeś. Radzę jednak, abyś przez najbliższy czas nie pokazywał się na oczy mistrzowi Lamrosowi.

Arivald pokiwał głową ze zrozumieniem. Mistrz Lamros był przełożonym skarbników Bractwa. Znanym z tego, że każdego szeląga liczył dwa razy.

– Och, jestem pewien, że nie będą to jakieś straszne sumy – powiedział.

– Miejmy nadzieję – rzekł Harbularer.

Nadzieja ta zmarła śmiercią naturalną, kiedy zaczęły nadchodzić pierwsze rachunki z szynków i wesołych domów. Wiedźmin był bowiem człowiekiem towarzyskim i nie zamierzał korzystać egoistycznie z nowo nabytych praw. Rychło też zaczął się cieszyć wielką sławą wśród Silmaniończyków. Mistrz Lamros w efekcie podał się do dymisji.

Arivald już jednak o tym wszystkim nie wiedział, bo był w drodze na Wybrzeże, gdzie oczekiwała go z utęsknieniem księżniczka, Hogwar Srebrnyliść i gruby Bombor, który od dawna nie mógł się z nikim porządnie napić.

Robaczek Świętojański

Gdzieś tu była – mruczał Borrondrin. – Głowę dam, że gdzieś tu była.

– Gdzieś, gdzieś – rzekł z niesmakiem Mazgiller. – Moje mleko też gdzieś było. Podobno.

– Lepiej byś połowił myszy. – Borrondrin kichnął, bo kurz pokrywający książki wzbił się w powietrze i podrażnił mu nos. – Mam alergię na kurz – dodał z rozpaczą.

– Alergia. Oni zawsze mają alergię – stwierdził Mazgiller nie wiadomo o kim i nie wiadomo do kogo. – Gdzie jest moje mleko, do cholery?!

Borrondrin kichnął po raz drugi, zachwiał się, o mało co nie spadł z zydla, ale udało mu się zachować równowagę. Zaklął szpetnie.

– Czarodzieje! – odezwał się z pogardą Mazgiller. – Absolutna nieporadność życiowa.

Borrondrin spojrzał na niego z takim wyrazem twarzy, że kot po chwilowym zastanowieniu prysnął w kąt i ukrył się za regałem.

– Pójdę łowić te myszy – powiedział ugodowo.

– A idźżeż, gdzie chcesz! – warknął Borrondrin. – Ja w życiu nie znajdę tej książki – kichnął znowu i otarł nos rękawem – i już jestem chory!

Spojrzał w górę, na księgi szczelnie wypełniające regały i westchnął. To był jeden pokój biblioteczny. A miał ich jedenaście. Jedenaście pokoi pełnych książek. Od podłogi do sufitu. I za Boga nie wiedział, co gdzie jest.

– Muszę się wreszcie wziąć za porządki – stwierdził stanowczo.

– Słyszę to od sześciu lat – prychnął Mazgiller z kąta. Czarodziej westchnął ciężko. Przez chwilę zastanawiał się, czy znowu nie skorzystać z pomocy demonów, ale ostatnie układanie przez nie książek skończyło się aferą, krzykami i mordobiciem. Demony absolutnie nie potrafiły pracować w grupie. A poza tym Borrondrin był przeświadczony, że bezczelnie kradły. Westchnął znowu i wtedy zauważył, że kula jarzy się jasnym błękitnym światłem. Podszedł do stolika.

1 ... 63 64 65 66 67 68 69 70 71 ... 79
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)