Arivald z Wybrzeża
- Автор: Пекара Яцек
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Arivald z Wybrzeża». Краткое содержание книги:
– Moje gratulacje.
– Słucham?
– Powiedziałem: moje gratulacje – powtórzył czarodziej – ostatni tego typu wypadek zanotowano trzysta lat temu. Tak przynajmniej pisze Waleriusz Lycantrop w swojej rozprawie „Vampyrologos”. A ja nie mam powodu, by nie wierzyć takiemu autorytetowi – spojrzał surowo na Sangwaniasza. – Pamiętaj, mój chłopcze, o szacunku dla uznanych autorytetów.
– Było jakoś dziwnie – rzekł Sangwaniasz, jakby nie słyszał słów czarodzieja – na przemian ciepło i chłodno, i przyjemnie, choć nieco boleśnie. I taki dziwny zapach. Kwiatu czereśni?
Arivald zmarszczył brwi. Waleriusz Lycantrop dokładnie w ten sam sposób opisywał wrażenia osoby kąsanej przez wampira.
– Szperałeś w mojej bibliotece – powiedział oskarżycielskim tonem.
I w tej samej chwili zdał sobie sprawę, że co cenniejsze dzieła (a do nich należało „Vampyrologos”) były strzeżone wyjątkowo perfidnym i złośliwym zaklęciem skrzynkowym, którego złamanie wymagało znajomości co najmniej Siódmego Wytrychu Balzeryka. I to z modyfikacjami sprzęgająco-zwrotnymi. Tak więc Sangwaniasz nie mógł czytać „Vampyrologos”. Skąd więc, u licha, wiedział? No cóż, pewnie z bajek i opowieści. Tradycja ludowa, doprawdy, przechowuje czasem zdumiewająco wiernie niektóre informacje.
– Widziałeś go? – zapytał Arivald.
– Niestety – pokręcił głową Sangwaniasz.
– Więc może to był komar – poddał czarodziej. – Albo pająk – dodał po chwili namysłu.
– To nie było nic tak trywialnego – oburzył się Sangwaniasz – a poza tym pająk ani komar nie zostawiłyby takich śladów!
– Jakich śladów?
– O, tu – młodzieniec rozpiął kaftan i obnażył szyję. Nachylił się w stronę Arivalda.
Mag uważnie przyjrzał się dwóm ledwo co zasklepionym rankom. Przypominały do złudzenia ślad po ukąszeniu żmii. Waleriusz Lycantrop twierdził, że właśnie tak wyglądają ślady po ssawkach wampira. Ssawkach, bo wampir nie ma zębów. Wbrew temu co uporczywie twierdzi pospólstwo. Dlatego też nie należy mówić o ukąszeniu wampira, ale o przyssaniu tegoż. Arivald uznał jednak, że nie czas teraz na spory leksykologiczne.
– Wampiry wyginęły dawno temu – stwierdził krótko. – Od trzystu osiemdziesięciu lat są objęte ścisłą ochroną. I mimo to na skutek nielegalnych odłowów zostały doszczętnie wytępione przez Bractwo Osikowego Koła i Stowarzyszenie Garlikowe.
– Zaraz, zaraz! – Sangwaniasz podrapał się nerwowo po brodzie. – To znaczy, że jeżeli ktoś zdobyłby żywy egzemplarz, mógłby go sprzedać za niezłą cenę, prawda?
– Drogi chłopcze! – roześmiał się mag. – Akademia w Silmanionie czy Uniwersytet Targetański zapłaciłyby za niego czystym złotem. I ręczę ci, że tego złota byłoby bardzo, bardzo dużo.
– A więc… – Sangwaniasz wyciągnął przed siebie palec – mistrzu Arivaldzie, jak złapać wampira?
Czarodziej ziewnął.
– A może to był skorek – powiedział – albo coś w tym rodzaju. Na przykład kleszcz. Ukąszenia kleszczy są bardzo niebezpieczne. W każdym razie nie zawracaj sobie głowy. Albo wybierz się szukać kwiatu paproci. – Arivald naprawdę bardzo chciał wrócić do lektury.
– To dopiero w czerwcu – zdumiał się Sangwaniasz.
– No tak… – Czarodziej otworzył księgę. – A teraz, mój chłopcze, pozwolisz, że wrócę do lektury. Jakby ci się ta ranka zaogniła, idź do znachorki. Parzy doskonałe ziółka.
– Czuję, że mi nie wierzysz – rozżalił się Sangwaniasz – a przecież niezwykłość wydarzenia nie świadczy o tym, że nie może ono zaistnieć.
– Ale drastycznie zmniejsza prawdopodobieństwo jego zaistnienia – gładko odpowiedział Arivald. – Pomyśl o tym i napisz mi na jutro wypracowanie na ten temat. Życzę sobie szczegółowych rozbiorów logicznych, ździebka statystyki i nawiązania do „Filozofii przypadku” Stragarza Szpaka. Do widzenia.
Kiedy usłyszał trzask zamykanych drzwi, odetchnął z ulgą. Co za chłopak! – pomyślał. Mój Boże, za jakie grzechy zgodziłem się go edukować? Ale problem wampirów na stałe zagościł w jego myślach. Arivald nie mógł się skupić na pięknym tekście Kwizycego Ruszta tyczącym pewnych kosmologicznych aspektów Zaklęć Styfarnijskich, bo ciągle między wiersze właziły mu wampiry. Poddał się więc po krótkiej walce i przywołał z półki „Vampyrologos”, które ostatni raz czytał jakieś siedemnaście lat temu. Albo i osiemnaście. „Vampyrologos” było dziełem równie poważnym i monumentalnym, co trudnym w odbiorze. Waleriusz Lycantrop wychodził bowiem z założenia, że im bardziej książka jest niezrozumiała, tym większą przedstawia wartość (zresztą nie ma się co dziwić, zważywszy, że z wykształcenia nie był ani magiem, ani nawet filozofem, tylko inżynierem). Dlatego jego „Vampyrologos” pełne było zdań wielokrotnie złożonych, naszpikowane metaforami i kwieciście poetyckimi frazami. Czasem też ciężko było się rozeznać, co Waleriusz właśnie opisuje – dokonania wampirów, swoje własne, czy też wampirzych ofiar. A ponieważ przy okazji pisania o wampirach załatwiał również prywatne porachunki z filozofią Orelego Piurwasza i z samym Piurwaszem, jego wywody przybierały niekiedy zupełnie niespodziewany obrót. Ale zwłaszcza nieznośne były wstawki pseudopoetyckie.
– Czarna jest dusza wampira jako niebo w piekielnych otchłaniach, gdzie świt nie złoci poranka, a ożywa się jedynie zgrzytanie zębów bezlitosnych, płacz zgłodniałego serca i pokoju nie ma dla nikogo, bo nikt odnaleźć go nie może w krainie, gdzie napojem są jedynie łzy wypalane nieszczęściem – przeczytał na głos Arivald i zachwycił się.
Potem następował długi fragment porównujący duszę wampira z duszą Orelego Piurwasza (porównanie wypadało na niekorzyść tego drugiego), a następnie nawet drobna pochwała wampirzego gatunku (że wampiry nie kantują w sprawach tyczących się pieniędzy, w przeciwieństwie do co poniektórych pseudofilozofów. U dołu był przypis: „dotyczy Orelego Piurwasza”). Poza wszystkimi wadami i śmiesznostkami dzieło Waleriusza Lycantropa było jednak istną kopalnią wiedzy na temat wampirów. Spore ustępy poświęcono również historii i struktury Bractwa Osikowego Koła i Arivald nawet zaczął się zastanawiać, czy Waleriusz przypadkiem do tej organizacji nie należał. No cóż, żył co prawda w czasach, kiedy wampirów już nie było, ale przecież Bractwo Osikowego Koła mogło istnieć nadal. Nieobecność wroga bowiem nie przeszkadza w tworzeniu organizacji, które miałyby go zwalczać. Do dzisiejszego dnia istnieje przecież Zakon Smokobójców, chociaż ostatniego smoka widziano ze dwa tysiące lat temu. I też, być może, chodziło tylko o nadnaturalnie wyrośniętego warana.
– Witaj, panie Arivaldzie…
Czarodziej skinął głową nie wstając z miejsca, ale oderwał się od lektury. Alveryk, komes Berbezzy, ciężko usiadł na krześle obok.
– Co ten chłopak znowu wymyślił? – rzekł. – Ja już nie mam do niego siły. Co za wampir, mistrzu?
– Och, młodzi ludzie mają bujną fantazję – wzruszył ramionami czarodziej. – Przejdzie mu.
– Dwa lata temu było polowanie na syrenę – przypomniał Alveryk – a ja potem o mało co nie musiałem stanąć do walki z Wizgerdem, bo mój syn złapał w sieć jego córkę, kiedy kąpała się nago w rzece. Rok temu przesiadywał całymi nocami na cmentarzach, szukając trupojadów. Omal nie zabili go wtedy jako cmentarnego rabusia. A teraz ten wampir. Co będzie w przyszłym roku? Oskarżenie ojca o nekromancję? Wyprawa na smoka? Szklana wieża czy źródło wiecznej młodości?
Arivald potarł lekko skronie, bo czuł, że zaczyna go boleć głowa. W końcu „Vampyrologos” nie było łatwą lekturą. Rozmowa z komesem mogła być wcale przyjemną odmianą. Choć mogła też nią nie być.