Arivald z Wybrzeża
- Автор: Пекара Яцек
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Arivald z Wybrzeża». Краткое содержание книги:
– Dostojny Arivald – przemówił Zbrybax swym najbardziej uprzejmym i najbardziej uniżonym tonem. – Czym mogę służyć tak znamienitemu gościowi? Czyżby – starał się nadać głosowi wyraz smutku – jakieś finansowe kłopociki?
– Nie. Zamierzam coś od ciebie odkupić.
– A! – Zbrybax z trudem ukrył niepokój. – Cóż takiego?
– Był tu niedawno pewien wiedźmin…
– Wiedźmin.
– …i zastawił miecz…
– Miecz.
– …który ja chciałbym teraz wykupić.
– Wykupić.
– Jeżeli nie przestaniesz powtarzać po mnie – rzekł Arivald zimnym tonem – to zamienię całe twoje złoto w muszelki.
– W muszelki… – Zbrybax rozdziawił gębę, pokazując istne karczowisko sczerniałych pni. – Nie, bardzo proszę. Był wiedźmin, był. Dałem mu dwanaście denarów.
– Dwanaście denarów. – Arivald pokiwał głową. – Jak ty byś komuś dał dwanaście denarów, świat by się zawalił. Poza tym wiedźmin już by nie żył z przepicia. Ile mu dałeś? Tylko bez krętactw!
– Cztery…?
Arivald chrząknął ostrzegawczo.
– Półtora – rzekł naburmuszony Zbrybax. – Półtora denara za ten szmelc.
– Szmelc?
Zbrybax zniknął na zapleczu i po chwili wrócił, niosąc ostrożnie pięciostopowy miecz. Srebrny. Ale srebrny był tylko kolor. Miecz był wykuty ze zwykłej stali, i to nie najlepszego gatunku.
– Ile ja na tym zarobię? Pół denara? Denara? A poza tym kto to kupi?
– Dawaj – mruknął czarodziej niezadowolony, choć w zasadzie tego właśnie się spodziewał. – Odliczysz sobie denara przy płaceniu podatku.
– Dwa denary – powiedział szybko Zbrybax – przecież ja też muszę coś z tego mieć.
– Muszelki – przypomniał łagodnie Arivald. Zbrybax w końcu machnął ręką.
– Przyjdzie pójść na żebry, jeśli częściej będę robił takie interesy.
– Daj mi jakiś worek – rozkazał Arivald, któremu wcale nie podobała się perspektywa paradowania przez miasto z mieczem w dłoni. I to w dodatku srebrnym. A przynajmniej srebrnego koloru.
– Pięć miedziaków – rzucił Zbrybax, podając worek.
– Oto jak się dochodzi do majątku – rzekł z podziwem Arivald. – Też sobie odliczysz przy podatku.
Komes zaczynał powątpiewać w odwagę i lojalność swych rycerzy. Atanazar stwierdził, że jego obecność jest pilnie wymagana w rodowym majątku, i wyjechał z niewiarygodną szybkością wraz ze wszystkim służącymi. Rebnir Starodźwięk postanowił zapolować na jelenie w Lasach Durham, odległych o dobre trzy dni drogi, a Liskor Czteropalec poskarżył się na reumatyzm i udał do wód. Następnych chętnych komes powstrzymał surowym oświadczeniem, w którym aż pięciokrotnie przewijało się sformułowanie „naszą wieczną niełaską”. Trudno jednak było zatrzymać służbę, zwłaszcza tę niedawno przyjętą, która wyciekała z zamku niczym woda z dziurawego garnka. Powstała też koteria nawołująca do szybkiego powiadomienia króla i uważająca, iż to król powinien zająć się problemem wampira. „W końcu na co idą nasze podatki?!” – krzyczeli ci ludzie i komes poniekąd przyznawał im rację. Arivald czuł więc, że jego pozycja jest nadzwyczajnie osłabiona, autorytet zaś kruchy jak nigdy. Ale nie miał zamiaru ustępować. Powiadomienie króla wiązałoby się, po pierwsze, z przyjazdem całego dworu, a co za tym idzie nadwerężeniem skarbca Berbezzy, po drugie, z kompromitacją, jeżeli wampir by się nie ujawnił, a po trzecie, król niechybnie kazałby wampira odstawić na swój zamek (jeżeli udałoby się go pokonać). Po czwarte, wampir mógłby zająć się samym królem, a Arivald wcale nie życzył sobie przejść do historii jako „wiesz, ten mag, co przez niego nasz król został wampirem”. Tak więc Arivald był w podłym humorze, ale zdesperowany i gotów do walki, jeżeli takowa miałaby nastąpić. Choć zamierzał bardzo uważać, bo również nie uśmiechała mu się sława maga, który „no wiesz, został wampirem”. Czarodziej był tak pogrążony w myślach, że zapomniał o istnieniu Bargrima Żelaznej Pięści i przypomniał sobie, dopiero kiedy zobaczył go przycupniętego w kącie pokoju, zatopionego w lekturze. Gnom oderwał się od księgi i podniósł na Arivalda nieco spłoszony wzrok.
– Czytaj sobie, czytaj – mruknął do niego uspokajająco czarodziej i wyjął miecz z worka.
– A co to takiego? – zapytał Bargrim.
– Miecz wiedźmina – wyjaśnił Arivald – bezczelna i źle zrobiona fałszywka.
Gnom pokiwał współczująco głową.
– Wiedźmin pije w kuchni – obwieścił.
– No nie, przecież spał.
– Spał, a teraz pije.
Czarodziej usiadł z westchnieniem w fotelu.
– Jeszcze tego mi brakowało. Może by go kazać wsadzić do lochu? – zastanowił się. – A zresztą, niech sobie pije. Bargrim!
– Tak, panie czarodzieju?
– Opowiadaj. Wszystko, co zapamiętałeś o wampirach. Mamy czas do zmroku.
Gnom pamiętał rzeczywiście wszystko. Potrafił cytować wybrane fragmenty księgi niczym biegły prawnik przepisy kodeksów. Ale sęk w tym, że jego wiedza była nieusystematyzowana i chaotyczna. Nie wiedział, co jest ważne, a co nieważne dla sprawy, więc wyciągnięcie od niego właściwych informacji wcale nie było sprawą łatwą. Arivald starał się nie stracić cierpliwości, choć nie raz i nie dwa przychodziła mu ochota, by wrzasnąć albo pójść sobie w świat. Ale Bargrim naprawdę chciał być pomocny i patrzył na czarodzieja z takim oddaniem, że po prostu nie wypadało go strofować.
W końcu, kiedy zachód słońca był już blisko, doszli do jakichś rozsądnych wniosków.
– Niemożliwe – powiedział po raz kolejny Arivald. – To zaklęcie nie ma nic wspólnego z wampirami.
Na to Bargrim po raz kolejny, bezbłędnie, cytował wybrany fragment z księgi.
– A ta mikstura! – załamał dłonie czarodziej. – Co za bezsens. Mam wszystkie potrzebne składniki, ale z tego nic nie wyjdzie. Jesteś pewien?
Arivaldowi nie udało się jednak wydobyć od gnoma wiadomości o tym, jak zabić lub okiełznać wampira. Jedyne, do czego doszli, to jak pozbawić go zdolności przemiany. A to było już coś, gdyż wampir, straciwszy zdolności przemiany, stawał się dużo mniej groźny. O ile oczywiście te z pozoru bezsensowne zaklęcia i dziwaczne mikstury podziałają. A co do tego Arivald miał bardzo poważne wątpliwości. Nie pozostawało mu jednak nic innego jak zaryzykować. Cały czas kołatała się w nim nadzieja, że sprawa wampira okaże się bzdurą wyssaną z palca, efektem wybujałej fantazji Sangwaniasza i strachliwości Bargrima.
– Dobrze – spojrzał w okno, za którym widać było czerwony krąg zachodzącego słońca – idziemy przygotować tę truciznę. Chodź.
Wtedy do komnaty wszedł chwiejnym krokiem wiedźmin.
– Mój miecz – odgadł, widząc leżące na łożu ostrze.
– Tak, tak, możesz go sobie zabrać – stwierdził oschle czarodziej. Wiedźmin ujął rękojeść w dłoń i nadspodziewanie zgrabnym ruchem umieścił oręż w pochwie na plecach.
– No – powiedział – czułem się bez niego jak bez ręki. Ile jestem ci winien, panie… – zmrużył oczy, aby skoncentrować wzrok – czarodzieju, jeśli się nie mylę.
– Nic – burknął Arivald. – Idziemy – rzucił do Bargrima – a ty – zwrócił się do Puffera z Lyzienny – przestań się szwendać po zamku, bo każę cię wsadzić do lochu.
Wyszedł zagniewany, pozostawiając wiedźmina w dobrodusznym zdumieniu.
– A cóżeż go ugryzło? – mruknął do siebie Puffer z Lyzienny i zaczął się rozglądać po komnacie w poszukiwaniu jakiejś miło bulgoczącej buteleczki.