Arivald z Wybrzeża
- Автор: Пекара Яцек
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Arivald z Wybrzeża». Краткое содержание книги:
Paszcza oblizywała się przez chwilę, po czym zaczęła:
Dotknięciem rzeki wstrzymuje, ludzi zabija i kłuje. Dzikie morza potrafi wygładzić, fale w zębate skały ustawić. Co to jest?
– Mróz – bez chwili wahania odparł Arivald, który spodziewał się czegoś podobnego. – Teraz moja kolej.
Zastanawiał się, którą z zagadek powiedzieć. Najlepsza by była związana z czymś, czego demon dawno już nie widział, no i za czym nie tęsknił. Ze słońcem? Z trawą? Z drzewami? Arivald kiedyś zabawiał się z przyjaciółmi wymyślaniem przeróżnych rymowanych zagadek, ale jak na złość nie przychodziła mu teraz do głowy żadna związana ze słońcem czy roślinami. Pałętało mu się po głowie coś ze słońcem i stokrotką, lecz nie mógł przypomnieć sobie dokładnie słów. Trudno, trzeba było spróbować czegoś innego.
Dla mnie może pędzić, dla ciebie toczyć się ospale. Niektórzy go szanują, inni trwonią wytrwale. Co to jest?
– To czas, czarodzieju – odparł demon rozwiązując zagadkę tak szybko, jak Arivald rozwiązał swoją. – Mam go tu pod dostatkiem. Niestety. No dobrze, teraz staniecie się moją przekąską. Co powiesz na to:
Jestem długi lub krótki. Pojawiam się w nocy lub w dzień. Mogę być zły lub dobry, a imię moje brzmi…
– Sen – dokończył Arivald. – To było zbyt proste, choć zapewne ktoś mniej rozumny i zbyt popędliwy mógłby powiedzieć: cień. Spróbujmy czegoś ambitniejszego…
Gdy bawisz się mną w nocy, rankiem muszą cię cucić. Zawsze cię bólem obdarzam, a ty zawsze chcesz do mnie wrócić. Kim ja jestem?
Demon zmrużył złotoczerwone ślepia.
– Nie znam się na waszych człowieczych zabawach – mruknął. – Bólem obdarzam, a ty chcesz wrócić – powtórzył sobie – w nocy się ze mną bawisz. Co to jest?
Hremarg spojrzał w stronę Arivalda i czarodziej wiedział, że krasnolud zna rozwiązanie zagadki. Nie była specjalnie trudna, ale dla człowieka lub krasnoluda. Czy demon będzie potrafił znaleźć właściwą odpowiedź? Zwłaszcza iż pytanie dotyczyło tego, czego nigdy nie robił. Piasek powolutku przesypywał się z górnej części klepsydry do dolnej. Jak na gust Arivalda przesypywał się zdecydowanie zbyt wolno. Czarodziej wstrzymał oddech. Jeszcze kilka chwil i zwyciężą. Kilkadziesiąt ziarenek piasku i demon będzie zmuszony spełnić ich życzenia. A więc?
– Jak brzmi odpowiedź? – spytał czarodziej najspokojniejszym tonem, na jaki mógł się zdobyć.
– Mam jeszcze czas. Nie staraj się mnie zdenerwować, czarodzieju. Mam jeszcze czas! Czyżby to była jakaś kobieta? – myślał na głos. – A może koszmar nocny? Nie, ale dlaczego chcesz do mnie wrócić? Bez sensu.
Ostatnie ziarenka piasku powolutku i opieszale prześlizgiwały się na dół. Arivald przygryzał wargi. Czyżby?
– Wiem! – wrzasnął demon w tym samym momencie, kiedy ostatnie ziarenko wpadło do dolnej połówki klepsydry. – To jest… ten, no – obok jego głowy zmaterializowała się wielka pazurzasta łapa i pstryknęła tak mocno, że po jaskiniach poszedł głuchy pogłos. – To jest spirytus!
– Wino, piwo, gorzałka, spirytus – zgodził się Arivald – czy też w ogóle alkohol. Każda z tych odpowiedzi jest dobra. Szkoda, że się spóźniłeś.
– Nie spóźniłem się! – ryknął demon. – Odgadłem zagadkę w chwili, kiedy przesypywało się ostatnie ziarno piasku!
– Być może, ale liczy się, kiedy powiedziałeś to na głos. A powiedziałeś dawno po czasie.
– Nie! – pazurzasta łapa przejechała po skale, zostawiając w kamieniu bruzdy szerokości męskiego ramienia.
– Ależ tak. Nie chcesz chyba złamać umowy? Złotoczerwone oczy łypnęły na Arivalda z wściekłością i nienawiścią.
– Co byś powiedział na dodatkową serię pytań?
– Powiedziałbym: nie.
– Poradzę sobie z tym twoim nędznym kręgiem, a wtedy będziesz całymi latami błagał o szybką śmierć – spiczaste zęby demona zgrzytnęły straszliwie.
– Kto z przysiąg przed turniejem danych jak tchórz ucieka, niech nie zazna chwili spokoju. Wolałbyś nie wiedzieć, co go czeka – wyrecytował Arivald starą rymowankę. Jednocześnie zastanawiał się, czy demon jest rzeczywiście na tyle wściekły i na tyle zdesperowany, by nie dotrzymać umowy. Spojrzał na jego zęby i wzdrygnął się. Zauważył, że Hremarg delikatnie uchwycił stylisko toporka. Topór byłby z pewnością doskonałą obroną przed demonem, pomyślał czarodziej zgryźliwie. Mniej więcej tak dobrą jak scyzoryk przeciwko słoniowi.
Demon milczał długą chwilę i w jaskiniach było słychać tylko jego przeciągłe sapanie.
– Dobrze – rzekł w końcu – dotrzymam słowa. Zniszcz krąg. Teraz nadeszła najgorsza chwila. Arivald dobrowolnie musiał pozbyć się jedynej ochrony. Jeśli demon zaatakuje, będą mieli szansę nie większe niż mrówka przeciw mrówkojadowi. Pozostanie ucieczka. Arivald nachylił się nad kręgiem, a jednocześnie przygotował się do rzucenia jednego z teleportacyjnych czarów Gaussa, który mógłby przenieść jego i Hremarga w bezpieczniejsze miejsce. Wypowiedział inkantację likwidującą krąg i przeciągnął nad nim dłonią. Krąg zniknął.
– Czas na nas – rzekł czarodziej spokojnie.
Demon przez chwilę wpatrywał się w niego swoimi niesamowitymi i przerażającymi ślepiami.
– Czas – powtórzył w końcu i czarodziej poczuł zawrót głowy, a oczy przesłoniła mu sina, gęsta mgła.
Kiedy odzyskał wzrok, zauważył, że stoi pośrodku sporej, wykutej w skale komnaty. Na ciemnoszarej ścianie lśnił fosforyzujący, różowawy łuk. Arivald spojrzał na ten łuk, ale nie miał pojęcia, cóż to takiego mogło być. Zdumiał się widząc, że krasnolud wpatruje się w łuk oszołomionym i pełnym zachwytu spojrzeniem. Nigdy nie widział we wzroku jakiegokolwiek krasnoluda czegoś podobnego. Może to spojrzenie dałoby się porównać do spojrzenia, jakim śmiertelnie zakochany mężczyzna patrzy na wybraną kobietę, może do spojrzenia matki na dziecko, za które oddałaby życie. Ale w oczach Hremarga było jeszcze coś więcej. Jakieś nieludzkie pożądanie i zawrotna, przytłaczająca tęsknota. Kiedy Arivald zobaczył jego oczy, zrozumiał, że krasnolud nigdy nie opuści już Ghorlargu. Gdyż jeśliby to zrobił, musiałby umrzeć. Najgorsze było to, iż czarodziej nic nie widział. Nic poza różowym łukiem na ciemnoszarej ścianie.
Hremarg jak w transie zaczął wolnym krokiem iść w stronę łuku.
– Hremargu! – krzyknął Arivald.
Krasnolud odwrócił się wolno i jakby niechętnie. Spojrzał na Arivalda, tak jakby widział go po raz pierwszy w życiu. Dopiero po chwili zorientował się, kto do niego mówi.
– Żegnaj, czarodzieju – rzekł z niesamowitym uśmiechem, który uczynił jego z gruba ciosaną twarz prawie piękną. – Tu rozchodzą się nasze drogi.
– Co tam widzisz? – prawie krzyknął Arivald.
– To, czego zawsze szukałem – powiedział cicho Hremarg, a z kącików jego oczu spłynęły łzy szczęścia. – Bądź zdrów i dziękuję ci za wszystko.
Arivald bezradnie patrzył, jak krasnolud zbliża się do łuku, dotyka go dłońmi, po czym jakby zapada się w ścianę, zlewa z nią i znika. Po chwili nie było go już widać. Czarodziej odetchnął głęboko.
– Wzruszające, nieprawdaż? – usłyszał jakiś głos i obrócił się gwałtownie.
Kilka kroków dalej stał Parharas Razelmont i uśmiechał się wrednie. Z całą pewnością zobaczył demona, gdyż trudno było nie dostrzec tej ogromnej głowy i łap niczym pnie drzewa. Najwyraźniej jednak ten widok nie zrobił na nim wrażenia.