Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Arivald z Wybrzeża
Arivald z Wybrzeża - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Arivald z Wybrzeża

Электронная книга - «Arivald z Wybrzeża». Краткое содержание книги:

Mimo podeszłego wieku, obdarzony nadzwyczajną siłą fizyczną i niemałymi (chociaż nie popartymi gruntownymi studiami) zdolnościami czarodziejskimi Arivald wiedzie żywot, jakiego nie powstydziłby się znacznie młodszy miłośnik kobiet i mocnych trunków. Ochoczo stawia czoło danskarskim piratom, rozprawia się z wampirami, spieszy z odsieczą księżniczkom uwięzionym w innym wymiarze, wyjaśnia zagadkę złowieszczych kopalń Ghorlagru. Z pewnością trudno by go nazwać ozdobą salonów, ale i jemu niezbyt tam było spieszno: po dniu pełnym przygód najchętniej zasiada w gospodzie przy suto zastawionym stole, z wiernymi kompanami u boku, i snuje opowieści o swych nadzwyczajnych dokonaniach, zerkając z ukontentowaniem na urodziwą karczmarkę…
1 ... 60 61 62 63 64 65 66 67 68 ... 79
Перейти на страницу:

– No dobrze. – Arivald spojrzał z zadowoleniem na zgnębionego komesa. – Widzę, że teraz możemy rozsądnie pogadać.

– Więc co mam robić? – zapytał Alveryk.

– Przede wszystkim nie siać paniki – poradził czarodziej – a resztą już ja się zajmę.

– Jak?

– No cóż – westchnął Arivald – wampiry nadal są pod ochroną. A poza tym zbadanie takiego okazu byłoby wielkim osiągnięciem naukowym. Postaram się więc nie zrobić mu krzywdy, tylko uwięzić i następnie bezpiecznie przewieźć do Silmaniony.

– Nie zrobić mu krzywdy – powtórzył komes w osłupieniu. – Na Boga, ty się lepiej martw, żeby on nie zrobił krzywdy nam! Przecież to wampir!

– Nie sądzisz, komesie, że skoro wampiry zostały wybite do nogi… no, prawie do nogi, to znaczy, że ich zdolności samozachowawcze nie mogły wcale być wysokie?

– Ni cholery nie rozumiem – wybuchnął Alveryk. – Wiem tylko, że to coś dobiera się do mojego syna!

– Od tej pory będę nocował razem z nim. A jeśli nasz gość się pojawi, to koniec. Wpadnie jak śliwka w kompot. – Arivald naprawdę chciał wierzyć w to, co mówi.

Alveryk bez przekonania pokiwał głową.

– A więc nikogo nie zawiadamiać? – zapytał.

– Nikogo. Załatwimy to we własnym zakresie. Niepotrzebne byłoby całe to zamieszanie. A powiem ci też, że wcale nie byłbym zachwycony, gdyby królowi wpadło do głowy zatrzymać sobie wampira jako dworską ciekawostkę.

Arivald dostrzegł nagłe zainteresowanie na twarzy komesa.

– Nawet o tym nie myśl – ostrzegł – wampir pojedzie do Silmaniony.

– Już podzieliłeś skórę, a niedźwiedź jeszcze żyje – wzruszył ramionami Alveryk – ale dobrze. Obiecuję: złapiesz go, to jest twój.

Ktoś jednak puścił plotkę o wampirze. Arivald spodziewał się tego, bo w końcu zbyt wiele osób szeptało po kątach o podejrzeniach Sangwaniasza, zbyt często też spotykało się osobników obwieszonych sznurami z główek czosnku. Ale Arivald nie sądził, iż skutki rozpowszechnienia tej wieści będą aż takie. Na zamek w Berbezzie przybył bowiem wiedźmin. Alveryk postanowił go przywitać godnie, w sali tronowej, w otoczeniu sług i doradców, gdyż od wielu lat nikt nie widział na oczy żywego wiedźmina (jeden wypchany egzemplarz stał w silmaniońskiej bibliotece) i podejrzewano, że wszyscy przedstawiciele tego fachu zeszli już ze świata na skutek opilstwa i poróbstwa.

Wiedźmin był mały, szpakowaty i pijany w siwy dym. Na plecach taszczył skórzaną pochwę po mieczu, ale samego miecza nie było widać. Ukłonił się, z trudem zachowując równowagę.

– Jestem… – zaczął butnym tonem i urwał zastanawiając się, co też miał powiedzieć dalej.

– Wiedźminem – życzliwie podpowiedział Arivald, przyglądając mu się z zainteresowaniem.

– A tak, wiedźminem jestem. A imię me słynny Puffer z Lyzienny.

– Czy słynny to część imienia? – zapytał Borhorgast, jeden z doradców Alveryka, i coś sobie zanotował w kajecie.

Wiedźminowi to pytanie sprawiło spore trudności.

– Jaki jest powód twej wizyty, szanowny wiedźminie? – wybawił go z kłopotu Arivald.

– Doszły mnie słuchy, że zalągł się w tym zamku straszliwy wampir i jedynie srebrne ostrze słynnego wiedźmińskiego miecza może przerwać wasze udręki. A więc jestem i jeśli nagroda za głowę wampira będzie dość hojna, to – wiedźmin pstryknął palcami – oswobodzę was od maszkary.

Ktoś za plecami komesa zaczął głośno bić brawo, lecz zaraz przestał pod karcącym spojrzeniem Alveryka.

– Tak, czemu nie – rzekł z wahaniem komes – ale jeśli mogę spytać: jakie są twe kompetencje, mości wiedźminie?

– Kom… co? – spytał z głupim wyrazem twarzy Puffer z Lyzienny.

– No, co potrafisz? – wyjaśnił komes nieco bardziej oschłym tonem.

– Wszystko – odparł z rozbrajającą szczerością wiedźmin. – Służyłem w tajnej policji króla Mrzeczysława z Podgłowia Dolnego, byłem pułkownikiem komandosów samego Qulawicjusza, brałem udział w walkach w Matandze i Paffanistanie. Potwory, które zabiłem, nie zmieściłyby się na dziedzińcu tego zamku. Co ja mówię na dziedzińcu! Nie pomieściłyby się w całym tym kraju!

Puffer z Lyzienny przerwał na moment i oblizał wargi. Wyraźnie zaschło mu w ustach. Nagle jego wzrok, prześlizgujący się do tej pory po dworzanach otaczających komesa, zatrzymał się na Sangwaniaszu.

– Ach – rzekł zauroczony wiedźmin – czy pani wie, że ma pani piękne oczy? – zatoczył się w stronę Sangwaniasza. – Chciałbym stanąć do śmiertelnego boju przewiązany twą szarfą, o piękna.

– Zabierzcie go stąd – warknął zniesmaczony Alveryk. Arivald zręcznie odholował wiedźmina na bok. Sangwaniasz stał czerwony jak burak. Ktoś w kącie zaczął już się z niego podśmiewać.

– Chodź, napijemy się piwa – zaproponował Arivald wiedźminowi.

– O, nie odmówię – wiedźmin zatrzymał się na moment i balansując, aby utrzymać równowagę, wpatrzył się maślanymi oczami w Arivalda. – A czy pani wie…

– Wiem, wiem – mruknął czarodziej i pociągnął go za sobą w stronę drzwi.

Poszli do komnaty, którą komes Alveryk kazał przygotować gościowi. Stał tam już antałek przedniego marcowego piwa. Arivald zakonotował w pamięci, iż ma spytać, który ze służących był na tyle domyślny. Wiedźmin zatoczył się na zydel i siadł na nim w dość niebezpiecznej pozycji.

– A gdzie twój miecz, mości wiedźminie? – zapytał uprzejmie Arivald.

– Miecz – powtórzył Puffer z Lyzienny, jakby pierwszy raz w życiu usłyszał to słowo, po czym pomacał pochwę przewieszoną przez plecy. – A tak, miecz. Zastawiłem. – Podrapał się lekko po czole. – Jaka będzie zaliczka? – spytał z chytrym wyrazem twarzy.

Arivald westchnął.

– Gdzie go zastawiłeś?

– W lombardzie – odparł wiedźmin z godnością.

– W którym lombardzie? – Arivald był bardzo cierpliwy.

– A w takim na rogu. Obok karczmy.

– U Zbrybaxa – czarodziej pokręcił głową – trudno trafić gorzej. Chodźmy po ten twój miecz.

Wiedźmin tęsknym wzrokiem obrzucił antałek piwa.

– Możesz sobie nalać jeden kufel – zezwolił wielkodusznie Arivald – i ruszajmy.

Puffer z Lyzienny wypił kufel piwa duszkiem, po czym otarł wąsy z piany. Uśmiechnął się szeroko.

– No, macie tu dukata, dobry człowieku – rzekł, gmerając w kabzie i najwyraźniej tym razem biorąc Arivalda za służącego. – A zresztą – machnął dłonią, omal nie przetrącając sobie nosa – dacie mi go później, tylko nie zapomnijcie.

Ziewnął, zachybotał się, rozsądnie postąpił dwa kroki w stronę łóżka i zwalił się na nie z westchnieniem rozkoszy. Potem głośno zachrapał. Arivald postanowił sam się przejść do lombardu. Głównie dlatego, że chciał zobaczyć słynny srebrny wiedźmiński miecz (bo do tej pory widział takowy tylko raz, w dłoni wypchanego eksponatu). Poza tym zastanawiał się, czy jeżeli wykupi miecz od Zbrybaxa, to uczciwie będzie go zatrzymać, czy jednak należy oddać Pufferowi z Lyzienny. Ale tak w ogóle to raczej przypuszczał, że znajdzie jakąś nędzną podróbkę wiedźmińskiego miecza, a nie miecz autentyczny.

Nim dotarł do lombardu, musiał co chwila się zatrzymywać i udzielać dobrych rad typu: jak chronić się przed wampirem, czy osikowy kołek działa, gdzie można kupić czosnek i takie tam podobne głupstwa. Starał się sprawiać wrażenie znudzonego i obojętnego.

– Ach, to wszystko bajki – mówił ludziom wokół i czuł wręcz namacalnie, jak jego autorytet spada.

Tak więc z ulgą przekroczył próg lombardu. Za kontuarem stał sam właściciel, czyli Zbrybax. Zbrybax był mieszańcem. Półczłowiekiem, półkrasnoludem. Podobne dziwy natury zdarzały się niezmiernie rzadko i sądząc po Zbrybaxie, całe szczęście, że tak rzadko. Jego ojciec musiał być nie lada odszczepieńcem, skoro wziął sobie ludzką kobietę. Albo był wtedy bardzo pijany.

1 ... 60 61 62 63 64 65 66 67 68 ... 79
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)