Arivald z Wybrzeża
- Автор: Пекара Яцек
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Arivald z Wybrzeża». Краткое содержание книги:
– No dobrze. – Arivald spojrzał z zadowoleniem na zgnębionego komesa. – Widzę, że teraz możemy rozsądnie pogadać.
– Więc co mam robić? – zapytał Alveryk.
– Przede wszystkim nie siać paniki – poradził czarodziej – a resztą już ja się zajmę.
– Jak?
– No cóż – westchnął Arivald – wampiry nadal są pod ochroną. A poza tym zbadanie takiego okazu byłoby wielkim osiągnięciem naukowym. Postaram się więc nie zrobić mu krzywdy, tylko uwięzić i następnie bezpiecznie przewieźć do Silmaniony.
– Nie zrobić mu krzywdy – powtórzył komes w osłupieniu. – Na Boga, ty się lepiej martw, żeby on nie zrobił krzywdy nam! Przecież to wampir!
– Nie sądzisz, komesie, że skoro wampiry zostały wybite do nogi… no, prawie do nogi, to znaczy, że ich zdolności samozachowawcze nie mogły wcale być wysokie?
– Ni cholery nie rozumiem – wybuchnął Alveryk. – Wiem tylko, że to coś dobiera się do mojego syna!
– Od tej pory będę nocował razem z nim. A jeśli nasz gość się pojawi, to koniec. Wpadnie jak śliwka w kompot. – Arivald naprawdę chciał wierzyć w to, co mówi.
Alveryk bez przekonania pokiwał głową.
– A więc nikogo nie zawiadamiać? – zapytał.
– Nikogo. Załatwimy to we własnym zakresie. Niepotrzebne byłoby całe to zamieszanie. A powiem ci też, że wcale nie byłbym zachwycony, gdyby królowi wpadło do głowy zatrzymać sobie wampira jako dworską ciekawostkę.
Arivald dostrzegł nagłe zainteresowanie na twarzy komesa.
– Nawet o tym nie myśl – ostrzegł – wampir pojedzie do Silmaniony.
– Już podzieliłeś skórę, a niedźwiedź jeszcze żyje – wzruszył ramionami Alveryk – ale dobrze. Obiecuję: złapiesz go, to jest twój.
Ktoś jednak puścił plotkę o wampirze. Arivald spodziewał się tego, bo w końcu zbyt wiele osób szeptało po kątach o podejrzeniach Sangwaniasza, zbyt często też spotykało się osobników obwieszonych sznurami z główek czosnku. Ale Arivald nie sądził, iż skutki rozpowszechnienia tej wieści będą aż takie. Na zamek w Berbezzie przybył bowiem wiedźmin. Alveryk postanowił go przywitać godnie, w sali tronowej, w otoczeniu sług i doradców, gdyż od wielu lat nikt nie widział na oczy żywego wiedźmina (jeden wypchany egzemplarz stał w silmaniońskiej bibliotece) i podejrzewano, że wszyscy przedstawiciele tego fachu zeszli już ze świata na skutek opilstwa i poróbstwa.
Wiedźmin był mały, szpakowaty i pijany w siwy dym. Na plecach taszczył skórzaną pochwę po mieczu, ale samego miecza nie było widać. Ukłonił się, z trudem zachowując równowagę.
– Jestem… – zaczął butnym tonem i urwał zastanawiając się, co też miał powiedzieć dalej.
– Wiedźminem – życzliwie podpowiedział Arivald, przyglądając mu się z zainteresowaniem.
– A tak, wiedźminem jestem. A imię me słynny Puffer z Lyzienny.
– Czy słynny to część imienia? – zapytał Borhorgast, jeden z doradców Alveryka, i coś sobie zanotował w kajecie.
Wiedźminowi to pytanie sprawiło spore trudności.
– Jaki jest powód twej wizyty, szanowny wiedźminie? – wybawił go z kłopotu Arivald.
– Doszły mnie słuchy, że zalągł się w tym zamku straszliwy wampir i jedynie srebrne ostrze słynnego wiedźmińskiego miecza może przerwać wasze udręki. A więc jestem i jeśli nagroda za głowę wampira będzie dość hojna, to – wiedźmin pstryknął palcami – oswobodzę was od maszkary.
Ktoś za plecami komesa zaczął głośno bić brawo, lecz zaraz przestał pod karcącym spojrzeniem Alveryka.
– Tak, czemu nie – rzekł z wahaniem komes – ale jeśli mogę spytać: jakie są twe kompetencje, mości wiedźminie?
– Kom… co? – spytał z głupim wyrazem twarzy Puffer z Lyzienny.
– No, co potrafisz? – wyjaśnił komes nieco bardziej oschłym tonem.
– Wszystko – odparł z rozbrajającą szczerością wiedźmin. – Służyłem w tajnej policji króla Mrzeczysława z Podgłowia Dolnego, byłem pułkownikiem komandosów samego Qulawicjusza, brałem udział w walkach w Matandze i Paffanistanie. Potwory, które zabiłem, nie zmieściłyby się na dziedzińcu tego zamku. Co ja mówię na dziedzińcu! Nie pomieściłyby się w całym tym kraju!
Puffer z Lyzienny przerwał na moment i oblizał wargi. Wyraźnie zaschło mu w ustach. Nagle jego wzrok, prześlizgujący się do tej pory po dworzanach otaczających komesa, zatrzymał się na Sangwaniaszu.
– Ach – rzekł zauroczony wiedźmin – czy pani wie, że ma pani piękne oczy? – zatoczył się w stronę Sangwaniasza. – Chciałbym stanąć do śmiertelnego boju przewiązany twą szarfą, o piękna.
– Zabierzcie go stąd – warknął zniesmaczony Alveryk. Arivald zręcznie odholował wiedźmina na bok. Sangwaniasz stał czerwony jak burak. Ktoś w kącie zaczął już się z niego podśmiewać.
– Chodź, napijemy się piwa – zaproponował Arivald wiedźminowi.
– O, nie odmówię – wiedźmin zatrzymał się na moment i balansując, aby utrzymać równowagę, wpatrzył się maślanymi oczami w Arivalda. – A czy pani wie…
– Wiem, wiem – mruknął czarodziej i pociągnął go za sobą w stronę drzwi.
Poszli do komnaty, którą komes Alveryk kazał przygotować gościowi. Stał tam już antałek przedniego marcowego piwa. Arivald zakonotował w pamięci, iż ma spytać, który ze służących był na tyle domyślny. Wiedźmin zatoczył się na zydel i siadł na nim w dość niebezpiecznej pozycji.
– A gdzie twój miecz, mości wiedźminie? – zapytał uprzejmie Arivald.
– Miecz – powtórzył Puffer z Lyzienny, jakby pierwszy raz w życiu usłyszał to słowo, po czym pomacał pochwę przewieszoną przez plecy. – A tak, miecz. Zastawiłem. – Podrapał się lekko po czole. – Jaka będzie zaliczka? – spytał z chytrym wyrazem twarzy.
Arivald westchnął.
– Gdzie go zastawiłeś?
– W lombardzie – odparł wiedźmin z godnością.
– W którym lombardzie? – Arivald był bardzo cierpliwy.
– A w takim na rogu. Obok karczmy.
– U Zbrybaxa – czarodziej pokręcił głową – trudno trafić gorzej. Chodźmy po ten twój miecz.
Wiedźmin tęsknym wzrokiem obrzucił antałek piwa.
– Możesz sobie nalać jeden kufel – zezwolił wielkodusznie Arivald – i ruszajmy.
Puffer z Lyzienny wypił kufel piwa duszkiem, po czym otarł wąsy z piany. Uśmiechnął się szeroko.
– No, macie tu dukata, dobry człowieku – rzekł, gmerając w kabzie i najwyraźniej tym razem biorąc Arivalda za służącego. – A zresztą – machnął dłonią, omal nie przetrącając sobie nosa – dacie mi go później, tylko nie zapomnijcie.
Ziewnął, zachybotał się, rozsądnie postąpił dwa kroki w stronę łóżka i zwalił się na nie z westchnieniem rozkoszy. Potem głośno zachrapał. Arivald postanowił sam się przejść do lombardu. Głównie dlatego, że chciał zobaczyć słynny srebrny wiedźmiński miecz (bo do tej pory widział takowy tylko raz, w dłoni wypchanego eksponatu). Poza tym zastanawiał się, czy jeżeli wykupi miecz od Zbrybaxa, to uczciwie będzie go zatrzymać, czy jednak należy oddać Pufferowi z Lyzienny. Ale tak w ogóle to raczej przypuszczał, że znajdzie jakąś nędzną podróbkę wiedźmińskiego miecza, a nie miecz autentyczny.
Nim dotarł do lombardu, musiał co chwila się zatrzymywać i udzielać dobrych rad typu: jak chronić się przed wampirem, czy osikowy kołek działa, gdzie można kupić czosnek i takie tam podobne głupstwa. Starał się sprawiać wrażenie znudzonego i obojętnego.
– Ach, to wszystko bajki – mówił ludziom wokół i czuł wręcz namacalnie, jak jego autorytet spada.
Tak więc z ulgą przekroczył próg lombardu. Za kontuarem stał sam właściciel, czyli Zbrybax. Zbrybax był mieszańcem. Półczłowiekiem, półkrasnoludem. Podobne dziwy natury zdarzały się niezmiernie rzadko i sądząc po Zbrybaxie, całe szczęście, że tak rzadko. Jego ojciec musiał być nie lada odszczepieńcem, skoro wziął sobie ludzką kobietę. Albo był wtedy bardzo pijany.