Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Arivald z Wybrzeża
Arivald z Wybrzeża - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Arivald z Wybrzeża

Электронная книга - «Arivald z Wybrzeża». Краткое содержание книги:

Mimo podeszłego wieku, obdarzony nadzwyczajną siłą fizyczną i niemałymi (chociaż nie popartymi gruntownymi studiami) zdolnościami czarodziejskimi Arivald wiedzie żywot, jakiego nie powstydziłby się znacznie młodszy miłośnik kobiet i mocnych trunków. Ochoczo stawia czoło danskarskim piratom, rozprawia się z wampirami, spieszy z odsieczą księżniczkom uwięzionym w innym wymiarze, wyjaśnia zagadkę złowieszczych kopalń Ghorlagru. Z pewnością trudno by go nazwać ozdobą salonów, ale i jemu niezbyt tam było spieszno: po dniu pełnym przygód najchętniej zasiada w gospodzie przy suto zastawionym stole, z wiernymi kompanami u boku, i snuje opowieści o swych nadzwyczajnych dokonaniach, zerkając z ukontentowaniem na urodziwą karczmarkę…
1 ... 56 57 58 59 60 61 62 63 64 ... 79
Перейти на страницу:

– Co tam jest? – zapytał Arivald.

– Miejsce wiecznego szczęścia – odparł Parharas. – Po prostu wejście do raju.

– Widzisz to?

– Tylko krasnoludy widzą. A ja zawsze chciałem tu trafić. I wreszcie jestem. – Razelmont zatarł dłonie. Oczy mu błyszczały, jakby miał silną gorączkę.

– Jak tu się dostałeś?

– Zabraliście mi magię, ale nie mogliście zabrać moich umiejętności. Zawsze potrafiłem zapamiętać każdą mapę, każdy tekst i odtworzyć je bezbłędnie nawet po latach. Odgadłem prawdziwe znaczenie mapy i zapamiętałem ją. Ale gratuluję, wyprzedziliście mnie mimo wszystko.

– Robię się bardzo, ale to bardzo głodny – rzekł demon. – Czas na drugą część naszej umowy.

– Umowy z demonami! – parsknął Razelmont. – Nieźle jak na członka Bractwa.

Arivald nie zamierzał się przed nim tłumaczyć, więc tylko wzruszył ramionami.

– Czas kończyć – stwierdził demon i Arivald znowu poczuł tę dziwną słabość.

Odzyskał wzrok tuż przy szybie prowadzącym na pierwszy poziom kopalni. Z szybu zwisała jeszcze lina, której użyli z Hremargiem do zejścia w dół.

– Zgodnie z umową – rzekła Paszcza.

– Co zrobiłeś, ty przeklęta góro miecha?! – wrzasnął Parharas Razelmont rozdzierająco. – Zabieraj mnie natychmiast z powrotem!

– Miało być dwóch, jest dwóch. A jakich dwóch, to już mnie nie obchodzi – burknął demon.

Arivald doskonale wiedział, że nie o to chodziło. Paszcza nie musiała trzymać się tak ściśle umowy. W końcu nie z jej winy Hremarg zrezygnował z powrotu.

– Domyślny czarodzieju, czy wiesz, co cię czeka? – spytał demon, przypatrując się Arivaldowi uważnie.

– Mamy umowę.

– Już nie. – Inghrilgir uśmiechnął się i wyglądało to jeszcze bardziej przerażająco. – Nasza umowa właśnie się skończyła. Jesteś przy wyjściu. Teraz czas na śniadanie.

Demon nachylił się nad Arivaldem, sycąc oczy jego nagłym zdumieniem i strachem. Czarodziej wiedział, że nie zdąży wypowiedzieć nawet najprostszego zaklęcia. Zęby demona będą na pewno szybsze.

– Zeżryj go, głupcze, i zabierz mnie z powrotem! – warknął Parharas.

– Na śniadanie planuję dwa dania – wyjaśnił demon, nie spuszczając oczu z Arivalda. – Ty, krzykaczu, będziesz miał zaszczyt być drugim.

Wtedy Parharas Razelmont wydał z siebie dziwny, przeciągły odgłos, od którego Arivaldowi wszystkie włosy na głowie i brodzie stanęły sztorcem, a bolesny prąd przebiegł całe ciało. Czarodziej zwinął się na ziemi jak uderzony potężnym ciosem i zobaczył tylko, że Paszcza rozwiewa się w powietrzu z rykiem pełnym zdumienia i grozy. Arivald machinalnie, nie zastanawiając się wcale, iż nadal przecież jest w Ghorlargu, gdzie nie powinno się szastać zaklęciami, otoczył się czarem ochronnym. Teraz Parharas nie mógł mu nic zrobić.

Razelmont z szyderczym uśmiechem spojrzał na Arivalda i skrzywił się, czując siłę ochronnego czaru.

– Wyszło na to, że uratowałem twój tyłek – powiedział.

– Uratowałeś swój tyłek – odrzekł Arivald. – Więc za to odebrano ci moc? – dodał po chwili.

– Odebrano moc? – Parharas roześmiał się śmiechem, który brzmiał jak zgrzyt metalu po szkle. – Czyżbyś nie widział mojej mocy?

– Słyszałem wiedźmie zaklęcie – rzekł z pogardą Arivald – i to nie ma nic wspólnego z prawdziwą mocą. Jesteś nikim, choć twoje czary potrafią odesłać demona. I już na zawsze pozostaniesz nie lepszy od brudnej, zawszonej wiedźmy rzucającej uroki na bydło sąsiadów.

Razelmont syknął gniewnie, ale nie odważył się zaatakować czarodzieja. Wiedział, że próba przedarcia się przez zasłonę prawdziwej mocy mogła go kosztować nawet życie.

– Przez tego idiotę demona straciłem następnych parę dni. – Zgrzytnął zębami. – Pomyśl sobie, że kiedy wy, tam w Silmanionie, będziecie ślęczeć nad nudnymi księgami, ja wtedy będę w raju. Rozumiesz, Arivaldzie? W raju! Na wieczność w raju!

– Czeka cię długa droga i może umrzesz, zanim tam dojdziesz. Życzę ci tego z całego serca.

– Bez obaw, znam drogę na pamięć. – Odstępca skinął dłonią. – Myśl o mnie, myśl o Parharasie, który choć sprzeciwił się Bractwu i choć odebrano mu moc, zazna tego, czego wy nigdy nie zaznacie. Zegnaj i nie powiem: bądź zdrów, bo życzę wam wszystkiego najgorszego.

Odwrócił się i poszedł w głąb korytarza. Arivald przez moment miał ochotę go zawołać, ale wtedy przypomniał sobie słowa Parharasa: „zeżryj go i zabierz mnie z powrotem”.

Nawet litość i miłosierdzie mają swoje granice, pomyślał i milczał, póki Parharas nie zniknął w ciemnościach.

Wiedział, że nie będzie w stanie zapomnieć o Razelmoncie i nieraz będzie robił sobie wyrzuty, że go nie uratował. Ale wiedział też, iż zawsze zgodzi się z własnym tłumaczeniem. Z tym, że Parharas nie był człowiekiem, którego warto ratować. Nieszczęsny Razelmont nie zdawał sobie sprawy z tego, gdzie zmierza. Słowo „raj” i zachwyt krasnoludów pomieszały mu w głowie i zakłóciły myśli. Zmierzał do raju. I owszem. Do raju krasnoludów. Do dni spędzanych w ciemnych sztolniach, do codziennego znoju i ciężkiej harówki. Do radości z odkrycia nowych żył złota, bajecznych opali, ametystów błękitnych jak jeziora, błyszczących szmaragdów. Zmierzał do nocy, w czasie których przesypuje się w dłoniach nagromadzone bogactwa, szuka i wykuwa następne komnaty by je pomieścić. Zmierzał do życia, gdzie nigdy nie korzysta się z zebranych skarbów, tylko je zdobywa. Z kilofem i oskardem w dłoni, wśród ciemności rozświetlanej górniczymi lampkami. I tak przez całą wieczność.

Arivald chwycił zwisającą z szybu linę. Westchnął ciężko. Musiał wymyślić dla reszty krasnoludów historię swej niebezpiecznej podróży. I musiała to być historia przekonująca, wzruszająca oraz piękna. Taka, o której powstaną pieśni. Tylko nie mogło w niej być nawet słowa prawdy.

Nie wszystko złoto, co się świeci

(i na odwrót)

Arivald usłyszał skrzypnięcie drzwi i potem kroki. Od razu poznał młodego Sangwaniasza, może po tym charakterystycznym szuraniu podeszwami, a może po cichutkim sapaniu, gdyż Sangwaniasz cierpiał, jak każdego lata, na alergiczny katar. Ale czarodziej nie uniósł głowy znad książki. Coraz bardziej znudzony i zniecierpliwiony pozwolił, aby młodzieniec stał za jego plecami.

– Hm, hm – chrząknął Sangwaniasz.

Arivald bardzo powoli zaznaczył stronę zakładką i zamknął księgę. Potem odwrócił się w stronę gościa.

– Dawno cię nie widziałem – rzekł chłodnym tonem.

– Wczoraj – zdziwił się Sangwaniasz. Arivald spojrzał na niego spod ciężkich powiek. Sangwaniasz miał często kłopoty i często przychodził po radę do czarodzieja. Częściej niż często. Zawsze.

– Tyle rzeczy się wydarzyło! – zakrzyknął młodzieniec. – Gdybyś tylko wiedział!

Arivald z żalem spojrzał na księgę. Zapowiadało się rozstanie z nią na dłużej. Sięgnął po karafkę i nalał sobie kieliszek wina. Wino było pyszne, aromatyczne, z zeszłorocznych zbiorów, które udały się nad wyraz dobrze. Arivald miał własną recepturę. Do winogron dodawał troszkę pomarańcz, cytryn i soku z pigwy. Dzięki temu wino nabierało wyjątkowego smaku. Chociaż Wielki Mistrz Harbularer (niepijający nic, co nie miało co najmniej stu lat i certyfikatu) nazywał je, ku oburzeniu Arivalda, paskudnym sikaczem.

– Sądzę, że nie omieszkasz mi wszystkiego opowiedzieć – westchnął Arivald.

– Zostałem pokąsany przez wampira – obwieścił uroczystym tonem Sangwaniasz.

1 ... 56 57 58 59 60 61 62 63 64 ... 79
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)