Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Bursztynowa Luneta
Bursztynowa Luneta - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Bursztynowa Luneta

Электронная книга - «Bursztynowa Luneta». Краткое содержание книги:

Аннотация

Bursztynowa Luneta
1 ... 56 57 58 59 60 61 62 63 64 ... 112
Перейти на страницу:

21. Harpie

Zresztą Muza ma fikcją się nie wspiera... Jedynie faktów repertuar zbiera...
George Byron. Don Juan

Lyra i Will zbudzili się, każde z ciężkim sercem, zupełnie jak skazańcy w poranek wyznaczony na egzekucję. Tialys i Salmakia karmili swoje ważki, przynosili im ćmy złapane na lasso przy anbarycznej lampie nad beczką po oleju, muchy wycięte z pajęczyn i wodę w blaszanej misce. Kiedy lady Salmakia zobaczyła minę Lyry i sposób, w jaki Pantalaimon pod postacią myszy przywierał do jej piersi, przerwała swoje zajęcia i przyszła z nią porozmawiać. Will tymczasem wyszedł z chaty na spacer.

– Możecie jeszcze zmienić decyzję – powiedziała Salmakia.

– Nie, nie możemy. Już postanowiliśmy – odparła Lyra, uparta i jednocześnie przestraszona.

– A jeśli nie wrócimy?

– Wy nie musicie iść – przypomniała Lyra.

– Nie opuścimy was.

– A jeśli nie wrócicie?

– Zginiemy, robiąc coś ważnego.

Lyra zamilkła. Wcześniej nie przyjrzała się dobrze Salmakii, teraz jednak widziała ją bardzo wyraźnie w świetle kopcącej lampy naftowej, stojącej na stole w zasięgu ręki. Lady miała twarz łagodną i spokojną, nie piękną, nawet nie ładną, ale tego rodzaju, jaką chciałby obok siebie widzieć każdy chory, nieszczęśliwy lub wystraszony człowiek. Głos miała czysty, niski i wyrazisty, podszyty śmiechem i radością. Przez całe życie Lyra nie miała nikogo, kto by jej czytał na dobranoc, nikt nie opowiadał jej bajek ani nie śpiewał kołysanek, nikt jej nie całował przed zgaszeniem światła. Nagle jednak pomyślała, że gdyby istniał głos, który kojarzyłby się z bezpieczeństwem i miłością, byłby to głos lady Salmakii; i poczuła w sercu pragnienie, żeby pewnego dnia kołysać własne dziecko, śpiewać mu i opowiadać bajki takim głosem.

– No... – zaczęła, ale ścisnęło ją w gardle, więc tylko przełknęła ślinę i wzruszyła ramionami.

– Zobaczymy – powiedziała lady.

Zjadłszy cienki, suchy chleb i wypiwszy gorzką herbatę, bo tylko tyle mieli do zaofiarowania gospodarze, podróżni podziękowali, zarzucili plecaki na ramiona i wyruszyli przez miasto ruder w stronę jeziora. Lyra rozejrzała się za swoją śmiercią i oczywiście zobaczyła, jak szła uprzejmie z przodu; ale nie chciała się zbliżyć, chociaż ciągle się oglądała, sprawdzając, czy idą za nią.

Dzień był posępny i mglisty, przypominał bardziej zmierzch niż poranek. Opary mgły okrywały smętnym całunem kałuże na drodze lub czepiały się anbarycznych kabli niczym upiorne palce. Nie widzieli żadnych ludzi i niewiele śmierci. Ważki śmigały w wilgotnym powietrzu, jakby zszywały wszystko niewidoczną nicią, jaskrawe błyski ich barw stanowiły rozkosz dla oczu.

Wkrótce dotarli na skraj osiedla i ruszyli wzdłuż strumienia, leniwie płynącego wśród karłowatych bezlistnych krzewów. Od czasu do czasu słyszeli ostry trzask albo plusk, jakby spłoszyli jakiegoś płaza, ale nie widzieli żadnych żywych stworzeń poza jedną ropuchą, wielką jak stopa Willa, która tylko zataczała się ciężko z boku na bok jakby z bólu. Niezdarnie próbowała usunąć im się z drogi i patrzyła na nich tak, jakby wiedziała, że zrobią jej krzywdę.

– Miłosiernie będzie ją zabić – oświadczył Tialys.

– Skąd wiesz? – sprzeciwiła się Lyra. – Może ona wciąż chce żyć, pomimo wszystko.

– Jeśli ją zabijemy, zabierzemy ją ze sobą – zauważył Will. – Ona chce zostać tutaj. Zabiłem już dosyć żywych istot. Nawet brudna cuchnąca kałuża jest lepsza niż śmierć.

– Ale jeśli ona cierpi? – nie ustępował Tialys.

– Gdyby nam powiedziała, wiedzielibyśmy. Ale skoro nie może, nie zamierzam jej zabijać. Zrobiłbym to dla siebie, nie dla niej.

Poszli dalej. Wkrótce zmiana w odgłosie ich kroków zasygnalizowała bliskość otwartej przestrzeni, chociaż mgła jeszcze bardziej zgęstniała. Pantalaimon pod postacią lemura z największymi oczami, jakie potrafił wytworzyć, przywierał do ramienia Lyry, wciskał się w jej wilgotne od mgły włosy i rozglądał się dookoła, ale widział nie więcej niż ona. Wciąż dygotał.

Nagle wszyscy usłyszeli plusk wody, cichy, ale bardzo bliski. Ważki z jeźdźcami na grzbietach wróciły do dzieci. Pantalaimon ukrył się na piersi Lyry, która przysunęła się bliżej do Willa, i oboje ostrożnie stąpali po śliskiej ścieżce.

A potem znaleźli się na brzegu. Oleista, pokryta szumowinami tafla wody rozciągała się przed nimi, drobne fale leniwie lizały kamienisty brzeg.

Ścieżka skręciła w lewo. Trochę dalej wystawały z wody, podobne raczej do zgęstka mgły niż materialnego przedmiotu, drewniane deski przystani, przegniłe, pokryte zielonym śluzem. Nie widzieli nic więcej; ścieżka kończyła się tam, gdzie zaczynał pomost, a na końcu pomostu wisiała mgła. Śmierć Lyry, przyprowadziwszy ich tutaj, skłoniła się przed nią, weszła we mgłę i zniknęła, zanim Lyra zdążyła zapytać, co dalej.

– Słuchaj – szepnął Will.

Znad niewidocznej wody dobiegł powolny dźwięk: skrzypienie drewna i ciche, regularne pluskanie. Will oparł dłoń na rękojeści noża i ostrożnie wszedł na zbutwiałe deski przystani. Lyra trzymała się tuż za nim. Ważki przysiadły na dwóch obrośniętych wodorostami pachołkach do cumowania niczym heraldyczni strażnicy, a dzieci stanęły na końcu pomostu i wytężyły wzrok. Wciąż musiały ocierać rzęsy, na których osiadały kropelki wilgoci. Jedynym dźwiękiem było miarowe skrzypienie i pluskanie, które zbliżało się coraz bardziej.

– Nie płyńmy tam! – szepnął Pantalaimon.

– Musimy – odszepnęła Lyra.

Spojrzała na Willa. Twarz miał zaciętą, ponurą i zdecydowaną; on się nie cofnie. Gallivespianie, Tialys na ramieniu Willa i Salmakia na ramieniu Lyry, zachowywali czujny spokój. Mgła perliła się na skrzydłach ważek jak na pajęczynach; od czasu do czasu owady szybkim trzepotaniem otrząsały skrzydła, ponieważ ciążyły im kropelki wilgoci. Lyra miała nadzieję, że znajdzie się dla nich pożywienie w krainie zmarłych.

Nagle pojawiła się łódź.

Była to stara łódź wiosłowa, poobijana, połatana, spróchniała; kierował nią przewoźnik wiekowy ponad wszelkie wyobrażenie, zgarbiony i skulony, odziany w worki związane sznurkiem, z kościstymi dłońmi zaciśniętymi na uchwytach wioseł, z wodnistymi bladymi oczami głęboko zapadniętymi wśród fałd i zmarszczek szarej skóry, puścił wiosło i sięgnął szponiastą dłonią do żelaznego kółka, umocowanego w słupie na rogu przystani. Drugą ręką pociągnął wiosłem, żeby ustawić łódź dokładnie obok pomostu.

Nie musieli nic mówić. Will wsiadł pierwszy, potem podeszła Lyra.

Lecz przewoźnik podniósł rękę.

– Nie on – oświadczył chrapliwym szeptem.

– Kto?

– Nie on.

Wyciągnął szarożółty palec i wskazał Pantalaimona, którego rudobrązowe gronostajowe futerko natychmiast przybrało śnieżną biel.

– Ale on jest mną! – zaprotestowała Lyra.

– Jeśli popłyniesz, on musi zostać.

– Ale nie możemy! Umrzemy!

– Czy nie tego chcesz?

I wtedy po raz pierwszy Lyra w pełni zrozumiała, co robi. Zrozumiała prawdziwe konsekwencje. Stała drżąca, przejęta grozą, i przyciskała do siebie ukochanego dajmona tak mocno, że skomlał z bólu.

– Oni... – zaczęła bezradnie i zamilkła: to niesprawiedliwy zarzut, że pozostałych troje nie musiało nic oddać.

Will obserwował ją z niepokojem. Rozglądała się dookoła, patrzyła na jezioro, pomost, wyboistą ścieżkę, cuchnące kałuże, martwe i nasiąknięte wilgocią krzaki... Jej Pan zostanie tutaj samotny? Jak on bez niej przeżyje? Trząsł się pod jej koszulą, przytulony do nagiego ciała, chłonąc futerkiem jej ciepło. Niemożliwe! Nigdy!

1 ... 56 57 58 59 60 61 62 63 64 ... 112
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)