Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648-377-1
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]». Краткое содержание книги:
Obaj magowie porozumieli się wzrokiem. Vetinari wpatrywał się w głębiny swego kufla i cieszyli się, że nie wiedzą, co tam widzi.
— Czy mi się zdaje, czy jest dość ciemno? — zapytał Henry.
— Na niebiosa, tak! Zapomniałem o kandelabrze! — wykrzyknął Ridcully. — Gdzie jest pan Nutt?
— Tutaj — odpowiedział Nutt stojący bliżej, niż nadrektor by chciał.
— Dlaczego?
— Powiedziałem, że będę gotów, kiedy będzie mnie pan potrzebował, proszę pana.
— Co? A tak, istotnie pan mówił. — Jest nieduży, grzeczny i bardzo pracowity, tłumaczył sobie Ridcully. Naprawdę nie ma powodów do niepokoju… — Więc niech nam pan pokaże, jak zapalić świece, panie Nutt.
— Czy mógłbym prosić o fanfary, proszę pana?
— Wątpię, młody człowieku, ale zwrócę uwagę gości.
Ridcully wziął łyżeczkę i uderzył nią o ściankę kieliszka, w uświęconej tradycją procedurze „Słuchajcie, ludzie, próbuję bardzo cicho wydać głośny dźwięk”, która skutecznie wymykała się bankietowym mówcom od czasu wynalezienia kieliszków, łyżeczek i bankietów.
— Panowie, proszę o pełną napięcia ciszę, a następnie pełne uznania oklaski dla zapalenia kandelabru!
Zapadła cisza.
Kiedy po krótkich oklaskach wróciła, ludzie odwracali się na krzesłach, by lepiej widzieć, że nie ma nic do oglądania.
— Zechce pan pyknąć z fajki i podać mi ją? — poprosił Nutt.
Ridcully wzruszył ramionami, ale spełnił prośbę. Nutt wziął fajkę, uniósł ją do góry i…
Co się stało? Przez wiele dni było to tematem rozmów. Czy czerwony płomień wzniósł się od fajki, opadł z sufitu, czy trysnął ze ścian? Wiadomo tylko, że mrok nagle rozcięły ogniste zygzaki, zniknęły w mgnieniu oka, pozostawiając ciemność, która natychmiast rozjaśniła się jak niebo o świcie, gdy w perfekcyjnym unisono wszystkie świece rozjarzyły się równocześnie.
Oklaski grzmiały coraz głośniej. Ridcully spojrzał wzdłuż stołu na Myślaka, który pomachał thaumometrem, pokręcił głową i wzruszył ramionami.
Nadrektor poszedł do Nutta, odprowadził go poza zasięg słuchu siedzących przy stole i — dla satysfakcji patrzących — uścisnął mu dłoń.
— Brawo, panie Nutt. Ale jedna sprawa: to nie była magia, bo byśmy o tym wiedzieli. Więc jak pan to zrobił?
— To zasadniczo krasnoludzia alchemia, proszę pana. Wie pan, ta, która działa. W ten sposób zapalają świece w wielkich kandelabrach pod Bzykiem. Rozpracowałem to metodą prób i analiz. Wszystkie knoty świec połączone są siecią czarnych bawełnianych włókien prowadzących do pojedynczej nici, w tej sali prawie niewidocznej. Otóż włókna te nasączone są mieszaniną, która po wyschnięciu rozpala się gwałtownie silnym, ale krótkotrwałym żarem. Mój nieco zmieniony roztwór pali się jeszcze szybciej, pochłaniając włókna tak, że nie pozostaje nic oprócz gazu. To całkiem bezpieczne. Tylko czubki knotów świec są nasączone, więc widzi pan, palą się całkiem normalnie. Zainteresuje może pana fakt, że płomień przemieszcza się z taką szybkością, by według dowolnych ludzkich pomiarów wydawał się natychmiastowy. Moje obliczenia wykazują, że prędkość z pewnością przekracza dwadzieścia mil na sekundę.
Ridcully potrafił robić tępą minę. Nie można utrzymywać regularnych kontaktów z Vetinarim, nie umiejąc w miarę potrzeby unieruchomić swej twarzy. Ale w tej chwili nie musiał się nawet starać.
Nutt wyraźnie się zmartwił.
— Czy nie zdołałem uzyskać wartości, proszę pana?
— Co? A tak. Świetnie. — Twarz Ridcully’ego odtajała. — Znakomity wyczyn, Nutt. Brawo. Eee… A skąd pan wziął składniki?
— W piwnicach jest stare laboratorium alchemiczne.
— Hmm… W każdym razie bardzo dziękuję — rzekł nadrektor. — Ale jako kierujący tym uniwersytetem muszę prosić, aby nikomu pan nie wspominał o swym wynalazku, dopóki znowu o nim nie porozmawiamy. A teraz muszę wracać do toczących się wydarzeń.
— Proszę się nie martwić, proszę pana. Dopilnuję, żeby nie wpadł w niepowołane ręce — zapewnił Nutt i odszedł.
Tyle że, oczywiście, twoje są niepowołane, pomyślał Ridcully.
— Wspaniały pokaz — pochwalił Vetinari, gdy nadrektor znów zajął swoje miejsce. — Czy słusznie się domyślam, Mustrumie, że pan Nutt, o którym pan wspomniał, jest w rzeczywistości, tak to ujmę… panem Nuttem?
— Zgadza się, owszem. Porządny chłopak.
— I pozwala mu pan bawić się w alchemię?
— Obawiam się, że to jego własny pomysł.
— I stał tu za nami przez cały czas?
— Niezwykle jest bystry. To jakiś problem, Havelocku?
— Ależ nie, żaden problem — zapewnił Vetinari.
Rzeczywiście pokaz był wspaniały, Glenda musiała to przyznać. Ale podziwiając, cały czas czuła na sobie spojrzenie pani Whitlow. W teorii zachowanie Glendy powinno doprowadzić do innego pokazu fajerwerków, w późniejszym terminie, ale tak się przecież nie stanie, prawda? Wytrąciła ten niewidzialny młotek.
Nękały ją jednak inne, mniej osobiste sprawy.
Choć niektórzy jej sąsiedzi bywali głupi, nierozsądni i bezmyślni, jak zawsze do niej należało dbanie o ich interesy. Zostali wrzuceni do świata, którego nie rozumieli, więc ona musiała zrozumieć go za nich. Przyszło jej to do głowy, ponieważ krążąc między ucztującymi, dosłyszała pewne szczególne brzdękanie — i rzeczywiście, liczba sztućców na stołach wydawała się zmniejszać. Obserwowała uważnie przez chwilę, po czym podeszła od tyłu do pana Stollopa i bezceremonialnie wyjęła mu z kieszeni marynarki trzy srebrne łyżki oraz srebrny widelec.
Odwrócił się gwałtownie i miał dość przyzwoitości, by na jej widok zrobić zawstydzoną minę.
Glenda nie musiała nawet otwierać ust.
— Mnóstwo ich mają — zaprotestował. — Komu potrzebne tyle noży i widelców?
Sięgnęła do jego drugiej kieszeni i wydobyła trzy srebrne noże oraz srebrną solniczkę.
— Dużo ich — stwierdził Stollop. — Nie zauważą nawet, że jednego czy dwóch brakuje.
Glenda patrzyła na niego bez słowa. Brzdęk znikających ze stołu sztućców już od pewnego czasu stanowił niewielki, ale zauważalny element ogólnego gwaru.
Pochyliła się i przysunęła twarz na cal od jego nosa.
— Panie Stollop, zastanawiam się, czy tego właśnie oczekuje od was lord Vetinari. — Pobladł gwałtownie, a ona kiwnęła głową. — To taki głos rozsądku.
Głos szybko docierał do wszystkich. Idąc, Glenda z satysfakcją słyszała za sobą głośniejsze brzęki, gdy fala sztućców przepływała z powrotem z kieszeni na obrusy. Ciche dzwonienie płynęło wzdłuż stołów, jakby frunęły tam maleńkie wróżki.
Glenda uśmiechnęła się do siebie i pospieszyła dalej, by rzucać wyzwanie całemu światu. A przynajmniej tej jego części, której ośmielała się rzucać wyzwania.
Patrycjusz wstał. Z jakiegoś niezrozumiałego powodu nie potrzebował żadnych fanfar. Żadnego „Odłóżcie widelce, panowie, gdyż… „ ani „Zajmę wasze uszy… „ czy „Chcę zwrócić uwagę panów na… „. Po prostu wstał i gwar ucichł.