Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648-377-1
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]». Краткое содержание книги:
— Nie! — zawołała Glenda o wiele głośniej, niż zamierzała.
— Dobrze się czujesz, skarbie? — zaniepokoiła się Verity. — Niewyraźnie jakoś wyglądasz.
— Nic mi nie jest. Nic. Trochę gardło mnie boli i tyle. — Wiadro krabów, myślała. A wydawało mi się, że Pepe gada bez sensu. — Możesz nam go zawiązać? To będzie długa noc.
— Już się robi. — Panna Pushpram fachowo owinęła kraba sznurkiem. Nie stawiał oporu. — Wiesz, co robić, to jasne. Piękne te kraby, naprawdę smaczne. Ale tępe jak deski.
Wiadro krabów, myślała Glenda, gdy szły pospiesznie do nocnej kuchni. Więc tak to działa. Ludzie z Sióstr z dezaprobatą patrzą na dziewczęta jadące trollibusem. To jest wiadro krabów. Praktycznie wszystko, co mówiła mi mama, to wiadro krabów. Praktycznie wszystko, co sama mówiłam Juliet, to też wiadro krabów. Może to po prostu inne określenie dla Ścisku. Jest miło, ciepło i będąc w środku, zapomina się, że istnieje świat na zewnątrz. Najgorsze, że tym krabem, który najmocniej ściąga człowieka w dół, jest on sam…
W tym momencie Glenda poczuła, że ma głowę w ogniu.
Wiele zjawisk opiera się na fakcie, że w większości przypadków ludziom nie wolno bić innych ludzi drewnianym młotkiem. Stawiają mnóstwo widocznych i niewidocznych znaków mówiących „Tego nie rób”, w nadziei że to zadziała, ale jeśli nie, tylko wzruszają ramionami, bo tak naprawdę nie mają przecież prawdziwego młotka. Juliet rozmawiająca z damami… Nie wiedziała, że nie powinna się do nich tak zwracać. I jej się udało. Nikt nie dał jej młotkiem po głowie.
Praktyka i obyczaj, ucieleśnione w pani Whitlow, nakazywały, by pracownicy nocnej kuchni nie wychodzili ponad schody, gdzie światło było jeszcze stosunkowo czyste i nie przeszło już przez mnóstwo innych oczu. Ale przecież Glenda już to robiła i nie stało się nic złego, prawda? Dlatego teraz pomaszerowała w stronę głównego holu, a jej praktyczne buty uderzały o posadzkę tak mocno, że aż boleśnie. Dziewczyny z dziennej się nie odezwały, gdy weszła za nimi. Co miały powiedzieć? Prawdziwa i niepisana reguła mówiła, że pulchne nie usługiwały do stołu, kiedy obecni byli goście. Dziś jednak Glenda postanowiła, że nie umie czytać niepisanych reguł. Poza tym trwało już zamieszanie. Służący, którzy rozkładali sztućce, próbowali cały czas mieć je na oku, co w konsekwencji oznaczało, że niejeden gość będzie musiał jeść dwoma łyżkami.
Ze zdziwieniem zauważyła Świecowego Waleta, który machał rękami na Treva i Nutta. Ruszyła w ich stronę. Nie bardzo lubiła Smeemsa. Człowiek może być dogmatykiem, w porządku; może być głupi i nie ma sprawy; ale głupi dogmatyk to już za wiele, zwłaszcza z dodatkiem nieprzyjemnego zapachu ciała.
— Co się tu dzieje?
Podziałało. Właściwy ton głosu u kobiety z rękami zaplecionymi na piersi zwykle wymusza odpowiedź na nieprzygotowanym mężczyźnie, i to nawet szybciej, niż jest w stanie wymyślić jakieś kłamstwo.
— Podnieśli kandelabr! Wciągnęli go, ale nie zapalili świec! Nie mamy już czasu, żeby go opuścić i znowu podnieść, zanim zjawią się goście.
— Panie Smeems… — zaczął Trev.
— A oni tylko odszczekują i kłamią — poskarżył się Smeems z goryczą.
— Umiem zapalić je stąd, panie Smeems. — Nutt mówił cicho; nawet jego głos się garbił.
— Nie kręć! Nawet magowie nie daliby rady, nie zachlapując całej sali woskiem, ty mały…
— Wystarczy, panie Smeems — rzekł głos, który, ku zdumieniu Glendy, okazał się jej własnym. — Zapali je pan, panie Nutt?
— Tak, panienko. We właściwym czasie.
— No właśnie — rzekła Glenda, zwracając się do Smeemsa.
— Proponuję zostawić tę sprawę panu Nuttowi.
Smeems patrzył na nią i widziała, że w jego myśleniu tkwi niewidzialny młotek: uczucie, że może wpaść w jakieś kłopoty. — Ja bym już pędziła — poradziła mu.
— Nie mogę tu czekać. Muszę dopilnować ważnych spraw.
— Smeems wydawał się trochę zakłopotany i zagubiony, ale z jego punktu widzenia nieobecność była dobrym rozwiązaniem. Glenda widziała niemal, jak jego umysł wyciąga wnioski. Bycie gdzie indziej rozmywało winę za cokolwiek, co mogło się nie udać. — Nie mogę czekać — powtórzył. — Ha! Gdyby nie ja, wszyscy byście tkwili w ciemności.
Po czym złapał swoją brudną torbę i odszedł.
Glenda spojrzała na Nutta. Przecież w żaden sposób nie mógłby się zrobić mniejszy, pomyślała. Ubranie pasowałoby na niego jeszcze gorzej niż teraz. Na pewno sobie to wyobrażam.
— Naprawdę potrafisz stąd zapalić świece? — spytała.
Nutt nadal wbijał wzrok w posadzkę.
Zwróciła się do Treva.
— Czy on rzeczywiście…
Ale Treva nie było, ponieważ stał kawałek dalej, opierał się o ścianę i rozmawiał z Juliet.
Zrozumiała wszystko od jednego rzutu oka: jego zaborczą pozę, jej skromnie spuszczony wzrok… nie migdalenie jako takie, lecz z pewnością uwertura i zapowiedź migdalenia. Och, potęga słów…
Ale kto obserwuje, ten sam jest obserwowany. Glenda spojrzała niżej, prosto w przenikliwe oczy Nutta. Czyżby marszczył czoło? Co zobaczył w jej twarzy? Więcej niżby chciała, to pewne.
Krzątanina w holu nabierała tempa. Kapitanowie drużyn piłkarskich zbierali się w którymś z przedpokojów — wyobrażała ich sobie w czystych koszulach, a przynajmniej w koszulach mniej brudnych niż zwykle, przybywających tu z rozrzuconych po całym mieście różnych wersji ulicy Botnicznej. Patrzyli na wspaniałe sklepienia i zastanawiali się, czy wyjdą stąd żywi. Hm… zatrzymała się przy tej myśli. Żywi owszem, ale pewnie tak pijani, że będą mieli kłopoty z wychodzeniem… I właśnie kiedy umysł zaczął krążyć wokół tej wizji, usłyszała oschły głos za plecami.
— Nie spodziehwaliśmy się spotkać cię w tym hwielkim holu, Glendo.
To musiała być pani Whitlow. Tylko ona wymawiała „wielki” przez h. Poza tym, nawet się nie odwracając, Glenda słyszała zgrzyt straszliwego gorsetu[16] oraz brzęk srebrnego łańcuszka, na którym podobno wisiał jedyny klucz otwierający każdy zamek na Niewidocznym Uniwersytecie.
Odwróciła się. Nie ma żadnego młotka!
— Pomyślałam, że wieczorem przyda się pani dodatkowa pomoc, pani Whitlow.
— Mimo to obyczaj i praktyka…
— Och, droga pani Whitlow, możemy już chyba ich wpuszczać. — Nadrektor podszedł do nich pospiesznie. — Kareta jego lordowskiej mości wkrótce wyjedzie z pałacu.
Pani Whitlow potrafiła wyrastać groźnie, choć głównie w poziomie. Ridcully jednak miał nad nią przewagę niemal dwóch stóp. Odwróciła się więc pospiesznie i powitała go dyskretnym półdygnięciem, które — nigdy nie ośmielił się tego powiedzieć — uważał za lekko irytujące.
— A to panna Glenda, zgadza się? — ciągnął radośnie. — Miło panią widzieć na górze. To bardzo rozsądna młoda dama, pani Whitlow. Ma inicjatywę i szybką orientację.
— Bardzo pan łaskaw. Glenda to jedna z moich najlepszych dziewcząt — zapewniła gospodyni przez zaciśnięte zęby, starannie unikając nagle anielskiego spojrzenia Glendy.
— Widzę, że wielki kandelabr się nie pali — zauważył Ridcully.
Glenda wystąpiła naprzód.
— Pan Nutt zaplanował dla nas niespodziankę, proszę pana.
— Pan Nutt jest pełen niespodzianek. Mieliśmy dzisiaj niezwykły dzień, panno Glendo. Nasz pan Nutt uczył chłopców, jak grać w piłkę jego stylem. Wie pani, co zrobił wczoraj? Nigdy pani nie zgadnie. Niech pan powie, panie Nutt.
16
Mówi się, że jeśli człowiek chce się komuś sprzeciwić, łatwiej jest, jeśli wyobrazi go sobie nago. W przypadku pani Whitlow byłoby to — jak mógłby się wyrazić Myślak Stibbons — przeciwwskazane.