Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]
Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]

Электронная книга - «Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]». Краткое содержание книги:

Kolejna książka o Świecie Dysku. Magowie z tajnego uniwersytetu w Ankh-Morpork słyną z mądrości, talentów magicznych i zamiłowania do popołudniowej herbatki. Z całą pewnością jednak nie ceni się ich jako sportowców. Lord Vetinari, lokalny tyran, sugeruje rektorowi, że uniwersytet powinien przywrócić popularną niegdyś tradycję footballową i skomponować drużynę składającą się z kadry akademickiej i studentów. Profesorowie mają twardy orzech do zgryzienia. Muszą ustalić, dlaczego ich rodacy — niezależnie od wieku i statusu społecznego — przepadają za footballem. Muszą nauczyć się w niego grać. A następnie muszą wygrać mecz, nie korzystając z magii…
1 ... 56 57 58 59 60 61 62 63 64 ... 106
Перейти на страницу:

— Zabrałem ich do gmachu Królewskiej Opery, żeby się przyjrzeli ćwiczeniom tancerek — wyjaśnił zdenerwowany Nutt. — To bardzo ważne, żeby opanowali tajniki ruchu i postawy.

— A kiedy wrócili — mówił Ridcully z tą samą, nieco przerażającą jowialnością — kazał im grać tutaj, w holu, z zawiązanymi oczami.

Nutt zakaszlał nerwowo.

— Muszą pamiętać pozycje wszystkich innych graczy — powiedział. — Wiedzieć, że tworzą zespół.

— A potem zabrał ich, żeby obejrzeli psy myśliwskie lorda Rusta.

Nutt zakaszlał znowu, jeszcze bardziej zakłopotany.

— Kiedy polują, każdy pies wie, gdzie się znajduje każdy z pozostałych psów. Chciałem, żeby zrozumieli dualizm drużyny i gracza. Siłą gracza jest drużyna, a siłą drużyny jest gracz.

— Słyszały to panie?! — zawołał Ridcully. — Znakomite! Oczywiście, przez cały dzień kazał im biegać tam i z powrotem albo utrzymywać piłki na głowie. Rysował takie wielkie wykresy na tablicy. Można by pomyśleć, że planuje jakąś bitwę.

— Bo to jest bitwa — oświadczył Nutt. — To znaczy: nie bitwa z przeciwną drużyną jako taką, ale bitwa każdego z grających ze sobą.

— Bardzo überwaldzko to zabrzmiało — uznał nadrektor. — Jednakże są chyba pełni energii i wigoru, i gotowi na wieczór. Jak się zdaje, pan Nutt zaplanował coś światłodźwięcznego.

— Taki drobiazg, żeby zwrócić uwagę gości.

— Czy coś zrobi „bang”?

— Nie, proszę pana.

— Obiecujesz? Osobiście lubię czasem trochę Sturm und Drang, ale lord Vetinari jest dość wyczulony na takie rzeczy.

— Żadnych gromów ani błyskawic, proszę pana. Może lekka mgiełka pod sufitem.

Glenda miała wrażenie, że nadrektor przygląda się Nuttowi w skupieniu.

— Ile zna pan języków, panie Nutt?

— Trzy martwe i dwanaście żywych, proszę pana.

— No, no… — mruknął Ridcully, jakby notował tę informację i starał się nie myśleć „A ile z nich było żywych, zanim je zamordowałeś?”. — Brawo. Dziękuję, panie Nutt. I paniom także. Zaraz ich wprowadzimy.

Glenda skorzystała z okazji, by zejść pani Whitlow z oczu. Nie była zachwycona odkryciem, że Juliet i Trev wykorzystali nieco wcześniejszą okazję, by zejść z oczu jej.

— Proszę się nie martwić o Juliet — odezwał się Nutt, który szedł za nią.

— Kto powiedział, że się martwię? — burknęła Glenda.

— Panienka to mówi. Wyraz twarzy panienki, postawa, ułożenie ciała, panienki… reakcje, ton głosu… wszystko.

— Nic ci do patrzenia na moje wszystko… to znaczy na ułożenie ciała.

— To sposób, w jaki pani stoi, panno Glendo.

— Umiesz czytać mi w myślach?

— Może się tak wydawać. Przepraszam.

— O czym myślała Juliet?

— Nie jestem pewien, ale lubi pana Treva. Uważa, że jest zabawny.

— Więc przeczytałeś Trevowe wszystko? Założę się, że to świńska książka.

— Nie, panienko. Jest zagubiony i niespokojny. Powiedziałbym, że usiłuje zrozumieć, jakim człowiekiem się stanie.

— Naprawdę? Zawsze był nicponiem.

— Myśli o przyszłości.

Gdy tylko ostatni służący pospiesznie zajęli swoje miejsca, po przeciwnej stronie holu otworzyły się wielkie drzwi.

Nie zrobiło to wrażenia na zamyślonej Glendzie. Trudno jej było przyznać, że jednak lampart może zmienić swoje cętki.

Muszę przyznać, że ostatnio faktycznie był jakiś spokojny, myślała. I napisał dla niej śliczny wiersz… Taki wiersz ma wielkie znaczenie. Kto by pomyślał? To zupełnie do niego niepodobne…

Z atomową prędkością Nutt zniknął nagle, a drzwi zostały otwarte na oścież i wchodzili przez nie kapitanowie z orszakami, wszyscy nerwowi; niektórzy nosili niezwyczajne garnitury, niektórzy już teraz szli trochę niepewnie, bo u magów koncepcja aperitifu bywa niebezpieczna. Półmiski zapewne właśnie się napełniały, kucharze przeklinali, dźwięczały piece, kiedy… kiedy… A właściwie co jest w menu?

Zycie w niewidocznej części Niewidocznego Uniwersytetu było kwestią przymierzy i wrogości, zobowiązań i przyjaźni, wymieszanych razem, skręconych i splątanych.

Glenda potrafiła to robić. Nocna kuchnia zawsze gościnnie przyjmowała innych ciężko pracujących i w tej chwili cały główny hol był jej winien przysługi, choćby za to, że trzymała buzię na kłódkę. Ruszyła więc do Lśniącego Roberta, jednego z głównych kelnerów. Powitał ją ostrożnym skinieniem, należnym komuś, kto wie o sprawach, o których nie powinna się dowiedzieć matka.

— Masz menu?

Wyjął kartę spod serwetki. Glenda przeczytała ze zgrozą.

— To nie są potrawy, jakie lubią.

— Ojej, Glendo… — Robert uśmiechnął się drwiąco. — Chcesz powiedzieć, że są dla nich za dobre?

— Dajecie im avec. Prawie każde danie ma w środku avec, a jedzenie z avec w nazwie nadaje się tylko dla wyrobionego podniebienia. A czy oni tam wyglądają na takich, co jedzą w obcym języku? No nie, jeszcze dajecie im piwo! Piwo i Alec!

— Dostępny jest bogaty wybór win. Oni wybierają piwo — wyjaśnił chłodno Robert.

Glenda popatrzyła na kapitanów. Czuli się już o wiele swobodniej. Mieli tu darmowe jedzenie i picie, a choć jedzenie smakowało dziwnie, było go dużo, za to piwo smakowało przyjemnie znajomo i też go nie brakowało.

Nie podobało jej się to. Niebiosa świadkiem, że piłka nożna zrobiła się ostatnio dość obrzydliwa, ale… No, nie całkiem zrozumiała, co ją tak niepokoi, jednak…

— ‘szepraszam, panienko… — Młody piłkarz postanowił zwrócić się do jedynej kobiety w uniformie, która nie niosła przynajmniej dwóch talerzy równocześnie.

— W czym mogę pomóc?

Zniżył głos.

— Ten sos smakuje rybą, panienko.

Rozejrzała się po uśmiechniętych twarzach przy stole.

— To jest kawior, proszę pana. Napełni ołowiem pański ołówek.

Stół, jak jeden dobrze nasączony pijak, ryknął śmiechem, ale młodzik tylko się zdziwił.

— Nie mam ołówka, panienko…

Znowu śmiech.

— Nie ma ich tutaj wiele — oświadczyła Glenda i zostawiła ich rozbawionych.

* * *

— Jak miło, że mnie pan zaprosił, Mustrumie — rzekł lord Vetinari i gestem ręki oddalił hors d’oeuvres. Zwrócił się do maga po prawej stronie. — Widzę też, że znowu jest tu nadrektor znany dawniej jako dziekan. To kapitalnie.

— Zapewne pan pamięta, że Henry przeniósł się do Miedziczoła w Pseudopolis. Jest, eee… — Ridcully zamilkł.

— Nowym nadrektorem — dokończył Vetinari. Wziął łyżkę i zaczął oglądać ją z uwagą, jakby była obiektem rzadkim i niezwykłym. — Coś podobnego… Sądziłem, że może istnieć tylko jeden nadrektor. Czyż nie tak? Jeden ponad wszystkimi, i jeden kapelusz, oczywiście. Ale to sprawy magów, o których nie wiem wiele. Dlatego proszę o wybaczenie, jeśli coś źle zrozumiałem. — W obracającym się wolno zagłębieniu łyżki jego nos zmieniał się z długiego w krótki. — Jednakże przychodzi mi do głowy, jako obserwatorowi z zewnątrz, że może to doprowadzić do pewnych tarć, być może. Łyżka znieruchomiała w pół obrotu.

— Odrobinkę, być może — przyznał Ridcully, nie patrząc w stronę Henry’ego.

1 ... 56 57 58 59 60 61 62 63 64 ... 106
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)