Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]
Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]

Электронная книга - «Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]». Краткое содержание книги:

Kolejna książka o Świecie Dysku. Magowie z tajnego uniwersytetu w Ankh-Morpork słyną z mądrości, talentów magicznych i zamiłowania do popołudniowej herbatki. Z całą pewnością jednak nie ceni się ich jako sportowców. Lord Vetinari, lokalny tyran, sugeruje rektorowi, że uniwersytet powinien przywrócić popularną niegdyś tradycję footballową i skomponować drużynę składającą się z kadry akademickiej i studentów. Profesorowie mają twardy orzech do zgryzienia. Muszą ustalić, dlaczego ich rodacy — niezależnie od wieku i statusu społecznego — przepadają za footballem. Muszą nauczyć się w niego grać. A następnie muszą wygrać mecz, nie korzystając z magii…
1 ... 54 55 56 57 58 59 60 61 62 ... 106
Перейти на страницу:

— Próbowałem im wytłumaczyć — odezwał się były dziekan stojący na obrzeżach grupy. — Dzień dobry, Mustrumie. Niezłą macie drużynę.

— Te jego stopy tylko wchodzą sobie w drogę — wyjaśnił Bengo Macarona. — A kiedy znajdzie się na piłce, zaczyna się kręcić bez żadnej kontroli i niestety, w efekcie uderzył w pana Sopworthy’ego.

— No cóż, uczymy się na błędach — stwierdził Ridcully. — A macie może coś lepszego do pokazania?

— Myślę, że mam właśnie coś takiego — odezwał się miły, ale cienki głosik.

Ridcully obejrzał się i spostrzegł człowieka o posturze i postawie fletu piccolo. Zdawało się, że stojąc, wibruje.

— Profesor Ritornello, mistrz muzyki — szepnął Myślak do ucha nadrektora.

— Witam, profesorze — rzekł gładko Ridcully. — Widzę, że przyprowadził pan chór.

— Tak, nadrektorze. I muszę powiedzieć, że to, co tutaj zobaczyłem, napełniło mnie radością i wewnętrznym blaskiem. Mówiąc krótko: stworzyłem pieśń, o którą pan prosił.

— Prosiłem? — szepnął dyskretnie Ridcully.

— Pamięta pan o śpiewach, o jakich wspominałem, więc uznałem, że dobrze będzie powiadomić profesora — szepnął Myślak.

— Kolejne wz, tak? No dobrze.

— … Oparta jest na tradycyjnych pieśniach liturgicznych w formie stolacyjnej. Stanowi valedictę, czyli pozdrowienie dla zwycięzcy. Można? Oczywiście a capella.

— Ależ proszę, oczywiście.

Mistrz muzyki wyjął z rękawa krótką pałeczkę.

— Chwilowo wstawiłem tam imię Benga Macarony dla zachowania rytmu, ponieważ, jak się zdaje, zdobył dwa piękne „gole”, bo tak się chyba nazywają — rzekł, podchodząc do słowa ostrożnie, jak do wielkiego pająka w wannie. Spojrzał na swoje stadko, skinął głową i…

Chwalmy wybitne zdolności magistra Benga Macarony! Macarony wybitne zdolności chwalmy! Chwalmy! Chwalmy je! Niezwykły talent niedostępny innym! Chwalmy! Chwalmy go! Chwalmy łaskawe bóstwa! Które to, które… SINGULA SINGULAR SINGULA!

Po półtorej minuty śpiewu Ridcully zakaszlał głośno, a mistrz muzyki machnięciem pałeczki uciszył chór.

— Czyżby coś niefortunnego, nadrektorze?

— Nie, nie dokładnie, mistrzu, ale, no… czy pieśń nie jest odrobinę jakby… za długa?

Ridcully zdawał sobie sprawę, że były dziekan niezbyt się stara stłumić lekceważące parsknięcie.

— Ależ skąd. Co więcej, nadrektorze, kiedy skończę, pieśń będzie rozpisana na czterdzieści głosów i ośmielam się stwierdzić, że stanie się moim arcydziełem.

— Ale to powinno być coś, co mogą śpiewać kibice piłki.

— Jednakże — mistrz muzyki groźnie uniósł pałeczkę — czyż klasy wykształcone nie mają obowiązku podnosić standardy stanów niższych?

— Ma trochę racji, Mustrumie — wtrącił kierownik studiów nieokreślonych.

Ridcully poczuł się, jakby własny dziadek kopnął go w rodzinne dziedzictwo. Był zadowolony, że nie ma tutaj tej służącej… jak jej było? A tak, Glenda, rozsądna panna. Ale mimo nieobecności Glendy odbicie jej miny zauważył na twarzy Treva Likely’ego.

— Może w ciągu tygodnia — burknął. — Ale raczej nie w soboty. Ale to piękne dzieło i chętnie usłyszę inne owoce pańskiej pracy.

Mistrz muzyki wyszedł wzburzony, a chór wymaszerował za nim w perfekcyjnym unisono. Ridcully zatarł ręce.

— A zatem, panowie, pokażcie mi trochę gry.

Gracze rozbiegli się po sali.

— Muszę zauważyć — odezwał się Nutt — że profesor Macarona spisuje się fenomenalnie. Wyraźnie doskonale sobie radzi z piłką, a zapewne i podobnymi obiektami.

— Nie dziwi mnie to — odparł energicznie Ridcully.

— Bibliotekarz jest, oczywiście, znakomitym strażnikiem gola, to znaczy bramki, bo tak teraz wygląda. Zwłaszcza że może stanąć pośrodku i sięgnąć rękami do obu brzegów. Uważam, że komukolwiek z naszych przeciwników trudno będzie go pokonać. Oczywiście, pan również weźmie udział, nadrektorze…

— Och, nie zostaje się nadrektorem, jeśli nie potrafi się szybko łapać nowych rzeczy. Ale na razie będę się tylko przyglądał.

I przyglądał się. Kiedy Macarona po raz drugi niczym srebrzysta smuga przemknął wzdłuż sali i trafił piłką do bramki przeciwników, zwrócił się do Myślaka.

— Wygramy, prawda?

— Jeśli on nadal będzie grał dla was — wtrącił były dziekan.

— Daj spokój, Henry. Czy możemy zgodzić się przynajmniej na to, żeby rozgrywać tylko jeden mecz naraz?

— Uważam, że dzisiejsza sesja powinna się niedługo skończyć — oświadczył Myślak. — W końcu mamy bankiet, a przygotowanie sali wymaga czasu.

— Proszę o wybaczenie, szefuniu, ale to racja — odezwał się Trev za jego plecami. — Musimy jeszcze opuścić kandelabr i wstawić nowe świece.

— Opracowaliśmy niewielki pokaz na dzisiejszy wieczór — wtrącił Nutt. — Może nadrektor chciałby to zobaczyć.

Ridcully zerknął na zegarek.

— Owszem, panie Nutt, ale czas nagli. Dlatego z radością obejrzę wszystko później. Świetna robota, wszyscy! — zahuczał.

* * *

Kiedy Glenda i Juliet szły do pracy, na placu Sator rozkładał się już nocny targ. Ankh-Morpork żyło na ulicach, gdzie znajdowało jedzenie, rozrywkę oraz — w mieście z dramatycznym problemem mieszkaniowym — także szansę, żeby kręcić się w pobliżu, dopóki nie zwolni się miejsce na podłodze. Teraz wszędzie rozstawiano stragany, a pochodnie wypełniały powietrze cuchnącym dymem oraz — niemal jako produktem ubocznym — pewną ilością światła.

Glenda nie mogła się powstrzymać, by nie zaglądać na plac, zwłaszcza o tej porze. Znakomicie sobie radziła we wszelkich odmianach sztuki kucharskiej, naprawdę. Wiedzę o tym powinna zachowywać w spokojnym centrum wirujących szaleńczo myśli. A tam stała Verity Pushpram, królowa morza.

Glenda miała wiele czasu dla panny Pushpram, która sama do wszystkiego doszła, choć może z oczami przydałaby się jej jakaś pomoc. Były tak szeroko rozstawione, że przypominała raczej turbota.

Jednak Verity — podobnie jak ocean, z którego brała się jej fortuna — skrywała w sobie niezmierzone głębie. Odłożyła dość, żeby kupić łódź rybacką, potem drugą, a w końcu całą alejkę na targu rybnym. Nadal jednak, praktycznie co wieczór, sama pchała swój wózek na plac, gdzie sprzedawała mięczaki, krewetki, kraby, langusty, małże i swoje słynne gorące rybne paluszki.

Glenda często od niej kupowała. Żywiła dla niej pewien szacunek, jakim obdarza się równych sobie, którzy — to ważne — nie stanowią zagrożenia dla własnej pozycji.

— Idziecie na tę imprezę, dziewczęta? — spytała wesoło Verity, machając do nich halibutem.

— Tak — odpowiedziała z dumą Juliet.

— Jak to? Obie?

Verity zerknęła na Glendę, która odpowiedziała stanowczo:

— Nocna kuchnia się rozwija.

— No, jeśli was to bawi… — Verity spoglądała w teorii to na jedną, to na drugą. — Macie, weźcie jednego, piękne są. Moje ulubione.

Schyliła się i wyjęła z wiadra kraba. Kiedy się wynurzył, okazało się, że wiszą na nim trzy inne.

— Naszyjnik z krabów? — zachichotała Juliet.

— Takie już są kraby — stwierdziła Verity, odczepiając te, które zabrały się na gapę. — Tępe jak deski, co do sztuki. Dlatego można je trzymać w wiadrach bez pokrywki. Jak który próbuje wyleźć, reszta ściąga go z powrotem. No mówię, tępe jak deski. — Verity uniosła kraba nad bulgoczącym groźnie kociołkiem. — Ugotować go wam?

1 ... 54 55 56 57 58 59 60 61 62 ... 106
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)