Vaterland [Fatherland - pl]
- Автор: Харрис Роберт
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Ksi
- ISBN: 978-83-245-7646-3
- Переводчик: Adnrzej Szulc
- Жанр: Альтернативная история
Электронная книга - «Vaterland [Fatherland - pl]». Краткое содержание книги:
— Chodźmy.
Rudi wyjaśnił procedurę. Archiwum działało na podobnej zasadzie co magazyn. Zamówienia na poszczególne akta spływały do dyspozytorni na każdym piętrze. Tutaj w wysokich na metr i grubych na dwadzieścia centymetrów księgach znajdował się główny indeks. Do każdego zamówienia dołączony był numer regału. Regały mieściły się w ognioodpornych magazynach biegnących wokół dyspozytorni. Sekret polegał na tym, stwierdził Halder, że trzeba było umieć posługiwać się indeksem. Przez chwilę paradował wzdłuż oprawnych w czerwoną skórę ksiąg, dotykając palcem ich grzbietów. Znalazłszy tę, której szukał, zataszczył ją na biurko.
Xavier był kiedyś pod pokładem lotniskowca Grossadmiral Raeder. Przepastne głębie Reichsarchiv przypominały mu w jakiś sposób tamtą wizytę: niskie sufity z przyćmionymi lampami, przytłaczające poczucie olbrzymiego, wiszącego nad głową ciężaru. Obok biurka fotokopiarka: rzadki widok w Niemczech, gdzie ze względu na zwalczanie nielegalnej literatury dystrybucja takich urządzeń była ściśle kontrolowana. Przy szybie windy stało kilkanaście pustych metalowych wózków. March widział wszystko, co działo się w promieniu pięćdziesięciu metrów. Piętro było puste.
Rudi wydał okrzyk triumfu.
— Sekretarz stanu: akta urzędowe od roku 1939 do 1950. Chryste Panie! Czterysta pudeł. Na jakie lata chcesz rzucić okiem?
— Konto w Szwajcarii zostało założone w lipcu 1942. Przyjrzyjmy się pierwszym siedmiu miesiącom tego roku. Halder obrócił kolejną stronę.
— Zobaczymy, jak to uporządkowali — mruknął pod nosem. — Podzielili papiery na cztery działy: korespondencja urzędowa, notatki i memoriały, statuty i rozporządzenia, skład osobowy ministerstwa…
— Szukam czegoś, co łączy Stuckarta z Buhlerem i Lutherem.
— W takim razie zacznijmy lepiej od korespondencji. To powinno nas z grubsza zorientować, co się wtedy działo. — Rudi zanotował sygnaturę. — D/15/M/28-34. W porządku. Idziemy.
Magazyn D mieścił się dwadzieścia metrów po lewej stronie. Sekcję M regału piętnastego znaleźli w samym środku.
— Tylko sześć pudeł, dzięki Bogu. Ty przejrzyj te od stycznia do kwietnia, ja od maja do sierpnia.
Każde tekturowe pudło miało wielkość sporej szuflady biurka. W magazynie nie było żadnego stołu, siedli więc na podłodze. Oparłszy się plecami o metalowe półki, Xavier otworzył pierwsze pudło, wyjął zeń garść papierów i zaczął czytać.
W życiu potrzeba zawsze trochę szczęścia.
Pierwszym dokumentem był list z 2 stycznia od podsekretarza stanu z Ministerstwa Lotnictwa w sprawie reglamentacji masek gazowych dla Reichsluftschutzbundu, organizacji zajmującej się obroną przeciwlotniczą. Drugi, datowany na 4 stycznia, pochodził z Biura Planu Czteroletniego i dotyczył bezprawnego pobierania przydziałów na paliwo przez wyższych urzędników państwowych.
Trzeci był od Reinharda Heydricha.
March najpierw spostrzegł podpis — charakterystyczny kanciasty bazgroł. Potem jego wzrok pobiegł ku nagłówkowi — Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy, Berlin SW 11, Prinz-Albrecht Strasse 8 — i ku dacie: 6 stycznia 1942. Treść listu brzmiała następująco:
Potwierdza się mniejszym, że zaplanowane pierwotnie na 9 grudnia 1941 międzyministerialne spotkanie przełożone zostało na 20 stycznia. Dyskusja, po której nastąpi lunch, odbędzie się w siedzibie Międzynarodowej Komisji Policji Kryminalnej w Berlinie Am grossen Wannsee nr 56/58.
Xavier przekartkował znajdujące się w pudle inne listy: cienkie bibułkowe kopie i kremowe oryginały; imponujące nagłówki — Kancelaria Rzeszy, Ministerstwo Gospodarki, Organizacja Todta; zaproszenia na zebrania i lunche; prośby, dyrektywy i pisma okólne. Nie było jednak nic więcej od Heydricha.
— Co o tym sądzisz? — zapytał, podając list Halderowi. Rudi zmarszczył brwi.
— Trochę niezwykłe, żeby Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy zwoływał zebranie agencji rządowych.
— Możemy odkryć, o czym dyskutowali?
— Nie powinniśmy mieć z tym trudności. Możemy porównać w dziale notatek i memoriałów. Spójrzmy: dwudziesty stycznia.
Halder zajrzał do swoich notatek, podniósł się i ruszył wzdłuż regału. Wyciągnął kolejne pudło, wrócił z nim i usiadł ze skrzyżowanymi nogami na podłodze. March patrzył, jak kartkuje zawartość. Nagle zatrzymał się.
— Mój Boże — powiedział powoli.
— Co tam masz? — zapytał Xavier.
Rudi wręczył mu pojedynczą kartkę papieru, na której widniało napisane na maszynie zdanie: „Ze względu na interes bezpieczeństwa państwa protokół międzyministerialnej konferencji z dnia 20 stycznia został usunięty na żądanie Reichsführera SS”.
— Popatrz na datę — powiedział Halder.
March spojrzał. 6 kwietnia 1964. Heydrich kazał wycofać protokół zaledwie jedenaście dni wcześniej.
— Czy mógł to zrobić… to znaczy, czy miał do tego prawo?
— Gestapo może stąd wyciągać, co chce, powołując się na względy bezpieczeństwa. Przewożą na ogół papiery do swoich piwnic przy Prinz-Albrecht Strasse.
W korytarzu na zewnątrz rozległ się hałas. Rudi podniósł ostrzegawczo palec. Obaj mężczyźni umilkli i zastygli w bezruchu, czekając, aż strażnik, który wyszedł z kotłowni, przetoczy z powrotem pusty wózek. Po chwili stukot kół ucichł po drugiej stronie budynku.
— Co teraz zrobimy? — zapytał Xavier. Halder podrapał się w głowę,
— Międzyministerialne zebranie, w którym uczestniczą podsekretarze stanu…
March domyślał się, co chodzi mu po głowie.
— Musieli na nie zaprosić również Buhlera i Luthera?
— To wydaje się logiczne. Na tym poziomie bardzo dba się o względy protokolarne. Nie zaprasza się podsekretarza stanu z jednego ministerstwa i jakiegoś młodszego urzędnika z drugiego. Która jest godzina?
— Ósma.
— W Krakowie jest już dziewiąta. — Rudi przygryzał przez chwilę wargę, a potem podjął męską decyzję i wstał z podłogi. — Zatelefonuję do przyjaciela, który pracuje w archiwach Generalnej Guberni. Zapytam, czy Gestapo nie węszyło tam w ciągu kilku ostatnich tygodni. Jeśli nie, być może uda mi się go przekonać, żeby sprawdził, czy protokół z zebrania wciąż jest w papierach Buhlera.
— Czy nie moglibyśmy sprawdzić tutaj, w archiwum Ministerstwa Spraw Zagranicznych? W papierach Luthera?
— Nie. Są zbyt wielkie i nie posegregowane. Zajęłoby to nam całe tygodnie. To najlepszy sposób, wierz mi.
— Uważaj na to, co mu powiesz, Rudi.
— Nie przejmuj się. Zdaję sobie sprawę z niebezpieczeństwa. — Halder przystanął na chwilę w drzwiach. — I, na miłość boską, nie pal, kiedy mnie tu nie będzie. To najbardziej łatwopalny budynek w całej Rzeszy.
To prawda, pomyślał Xavier. Poczekał, aż Halder zniknie za drzwiami i zaczął przechadzać się w tę i z powrotem wzdłuż regałów. Strasznie chciało mu się zapalić. Trzęsły mu się ręce. Wsadził je do kieszeni.
Jakim pomnikiem niemieckiej biurokracji było to miejsce. Pan A, chcąc coś zrobić, pytał o pozwolenie doktora B. Doktor B zabezpieczał się, przekazując sprawę wyżej do dyrektora departamentu C. Dyrektor departamentu podrzucał ją ministrowi D, który oświadczał, że pozostawia całą rzecz decyzji pana A, a ten oczywiście ponownie zwracał się do doktora B. Alianse i wzajemne rywalizacje, pułapki i intrygi trwających trzy dekady rządów partii — wszystko to kryło się między metalowymi półkami regałów; dziesięć tysięcy utkanych między włóknami papieru i zawieszonych w chłodnym powietrzu pajęczych sieci.
Rudi wrócił po dziesięciu minutach.