Meduza: Tygrys w opałach [Medusa: A Tiger by the Tail - pl]
- Автор: Чалкер Джек Лоуренс
- Год: 1996
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-86211-30-X
- Переводчик: Konrad Majchrzak
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Meduza: Tygrys w opałach [Medusa: A Tiger by the Tail - pl]». Краткое содержание книги:
Tarin Bul wylądował na Meduzie.
Na tej mroźnej planecie szybko dołączył do miejscowych konspiratorów, którzy zamierzali obalić znienawidzonego Lorda Talanta Ypsira; cel buntowników doskonale mu odpowiadał. Jednak połączenie, jakie stanowili obcy i tajna moc Ypsira, okazała się ponad jego siły.
Do akcji wkroczył Agent Bez Imienia, nadzorujący wszystkich czterech wysłaninników. Był zmuszony wykazać się swoimi nadzwyczajnymi umiejętnościami, gdyż wszystko sprzysięgło się przeciw niemu.
W czwartej ostatniej księdze ekscytującej tetralogii Jack Chalker doprowadza do dramatycznego zakończenia epicką konfrontację pomiędzy potężną Konfederacją a małymi — ale równie potężnymi — światami Rombu Wardena.
Promieniowanie wyłączono i otwarto drzwi. Miałem niejakie trudności z poruszaniem się, jak gdyby nagle przygnieciono mnie wielkim ciężarem. Nie byłem pewien, co też ze mną wyprawiają, zgadywałem jedynie, że to oni, a nie ja, przesyłają informację moim „wardenkom” i każą im generować u mnie te odczucia. Było to wielce skuteczne. Mogłem się poruszać i zachowywać w miarę normalnie, jednakże nie byłem zdolny do gwałtownej czy też długotrwałej akcji. Sam wpakowałem się w tę pułapkę i mieli mnie teraz w swoich łapach. Przeleciała mi przez głowę myśl, iż niezależnie od ryzyka powinienem był próbować ucieczki już w Gray Basin, ale teraz było za późno nawet na takie myśli.
W salce recepcyjnej czekała na mnie ubrana w rządową czerń Meduzyjka o surowych rysach twarzy w towarzystwie sierżanta uzbrojonego w jakąś niewielką broń krótką. Na pewno nie był to pistolet laserowy, raczej broń obezwładniająca, co w tej sytuacji było naturalnie najbardziej sensowne. Można bowiem z niej strzelać zarówno do zakładników, jak i do porywaczy bez obawy wyrządzenia im poważniejszej krzywdy, a i nie ma niebezpieczeństwa wypalenia przypadkowej dziury w powłoce statku kosmicznego.
— Jestem Sugah Fallon — oznajmiła kobieta. — Dyrektor tej stacji. A ty nazywasz się Tarin Bul, chociaż nie sądzę, by było to twoje prawdziwe nazwisko.
— Na razie musi nam ono wystarczyć — odpowiedziałem znużonym głosem. — Widzę, że wiecie o wiele więcej na temat organizmu Wardena niż się spodziewałem.
Uśmiechnęła się.
— Badania nad jego możliwościami pewnie nigdy nie będą mieć końca, Bul. Nie uwierzyłbyś, do czego jesteśmy już teraz zdolni. Chodź ze mną. Nie jadłeś na pewno od kilku dni i wpierw tym się zajmiemy.
Nie miałem żadnego wyboru, uwzględniwszy fizyczne ograniczenia nałożone na moje ruchy, powlokłem się więc za nią. A poza tym rzeczywiście umierałem z głodu.
Pożywienie było nie tylko smaczne, ale i zupełnie świeże.
— Sami to wszystko hodujemy — powiedziała Fallon nie bez pewnej dumy. — Wystarcza dla całego stałego personelu, liczącego ponad dwa tysiące osób, i dla tysiąca osób, które tu przyjeżdżają służbowo. Stąd również sterujemy całym systemem monitorowania. Tu znajdują się wszystkie zapisy i dane; tu są koordynowane i przesyłane następnie do każdego miasta tej planety. Nasi specjaliści rekrutują się ze wszystkich czterech planet Rombu i są najlepsi w swych dziedzinach.
Autentycznie mi zaimponowała.
— Chciałbym to wszystko kiedyś obejrzeć — powiedziałem obojętnym tonem.
— Może i kiedyś obejrzysz; dzisiaj jednak zobaczysz tylko kilka wydziałów. Myślę, że zafascynuje cię to, co tam robimy.
— Psychologia obcych?
— Przykro mi, ale to nie jest dostępne. — Roześmiała się.
— Rozumiesz chyba, że musimy postępować z tobą ostrożnie, skoro wiemy, że masz w głowie jakiś nadajnik. Dopóki się tego nie pozbędziemy, twoje ruchy tutaj będą nieco ograniczone.
— A skąd o tym wiecie? — spytałem, nie próbując nawet zaprzeczać. To nie był przecież z ich strony jedynie blef; wiedzieli cholernie dużo.
— Troszkę się dowiedzieliśmy od twoich ziomków. Być może zainteresuje cię fakt, że agentowi wysłanemu na Lilith udało się zabić Marka Kreegana — choć w sposób dość pośredni — i że Aeolia Matuze również nie żyje, częściowo przynajmniej dzięki waszemu człowiekowi. Na Cerberze natomiast wasz agent poniósł porażkę i w rezultacie tego dokonał bardzo ciekawego manewru: przeszedł na naszą stronę, nie próbując nawet zabić Laroo.
To były cenne nowiny; większość z nich na dodatek mile widziana. Dwóch z czterech to niezły wynik, jeśli wziąć wszystko pod uwagę. Jej uwagi wskazywały także na fakt, że żaden z nich nie zdradził, iż w rzeczywistości jesteśmy jedną i tą samą osobą. Zastanawiałem się wszakże nad tym renegatem z Cerbera: czy zmiana stron była autentyczna, czy też był to jedynie fortel z jego strony? Fakt, że żył i posiadał duże wpływy, oznaczał, iż należy go ciągle brać pod uwagę w ewentualnych planach.
— Przypuszczam, że dla mnie jest już jednak za późno — powiedziałem pół żartem, pół serio.
— Obawiam się, że tak. Na dezercji pod przymusem zupełnie nie można polegać. Zresztą fakt, że ci się nie udało, nie świadczy przeciwko tobie. Dokonałeś wielu rzeczy, o których sądziliśmy, że są zupełnie niemożliwe, i spowodowałeś, że przeanalizowaliśmy od nowa nasz cały system monitorowania. W rzeczywistości, gdybyście nie zaatakowali Altavaryjczyków w drodze powrotnej, ciągle znajdo — walilibyście się na wolności, stanowiąc dla nas ogromne zagrożenie. Później również mogłeś uciec. Jest w tobie jakiś słaby punkt, jakiś sentymentalizm, którego twoi ziomkowie wydają się nie posiadać. To właśnie cię zgubiło.
Wzruszyłem ramionami.
— Byłem im to winien. A poza tym, gdyby mi się to miało nie udać, to i tak byłbym zneutralizowany, bez nadziei na dokonanie czegokolwiek, i skazany na życie z dzikimi. Możecie to nazwać sprawdzaniem teorii, jeśli chcecie. I teoria okazała się błędna. Nie doceniłem systemu. Tak z ciekawości, czy mogłabyś powiedzieć, w jaki sposób wpadliście na mój trop?
— Wiedzieliśmy, że jesteś w Gray Basin, kiedy wysłaliśmy kogoś, by sprawdził, co się stało z zagubionym agentem, tam na tej stacji — odpowiedziała. — Nie mieliśmy jednakże pojęcia, kim jesteś, dopóki nie wprowadziłeś do komputera imienia Ching Lu Kor. Ponieważ agent, którego udawałeś, nie miał pojęcia o tej sprawie, twoje działanie wywołało alarm. W tym momencie naturalnie już cię mieliśmy. Byliśmy pewni, że to ty, ponieważ niewielu byłoby w stanie wykazać się taką kombinacją odwagi i precyzji i dojść tak daleko. — Przerwała, a potem dodała: — Powinieneś był zmieniać tożsamość co najmniej raz na godzinę.
— Mimo wszystko udałoby mi się uciec. — Skinąłem głową. Gdyby nie ta pomyłka dotycząca długości mojego snu na dachu. Przyznaję, że to był dziecinny błąd. Jeden drobny błąd w całym długim ciągu sukcesów; tak to już jest w tym interesie.
— Dlatego właśnie nasz system zawsze wygrywa. My możemy popełnić i sto błędów, a ciebie zdemaskował jeden.
— Powiedz to tym dwojgu, którzy nie żyją.
Mój atak nie zrobił na niej najmniejszego wrażenia.
— Ich systemy są różne od naszych. Technologia jest nieskuteczna na Lilith, a na Charonie może być neutralizowana silną psychiką. Muszą więc wypracować takie systemy, które byłyby bardziej odpowiednie w ich warunkach, tak jak my rozwinęliśmy nasz system.
— Zupełnie mi on nie imponuje — powiedziałem. — Wasz świat jest nudny i ogłupiający, zamieszkały przez owce, które sami stworzyliście, przez ludzi pozbawionych energii, ambicji i odwagi. A ta elita na samej górze, trzymająca niewolników jako oznakę statusu… to przypomina najbardziej mroczne wieki w historii ludzkości.
Nie obraziła się. W rzeczywistości jej odpowiedź była na tyle okrężna, że nie od razu zrozumiałem, do czego zmierza.
— Powiedz mi tylko jedną rzecz, której ciągle nie rozumiem, Tarinie Bulu, czy jak tam się nazywasz. Tylko jedną rzecz.
— Może i powiem. A co to takiego?
— Dlaczego?
— Co dlaczego?
— Czy jesteś tak ślepo naiwny, jak udajesz, czy też może istnieje jakiś rzeczywisty powód, dla którego tak uparcie kontynuowałeś swą misję, odkąd się tylko tu znalazłeś?
— Powiedziałem już, że wasz system napawa mnie wstrętem.
— Czyżby? A czymże innym są światy cywilizowane, jeśli nie ogromną hodowlą owiec, tak kierowanych, by być szczęśliwymi, przygotowywanymi do wykonywania konkretnych zawodów, bez skarg, ale i bez ambicji czy wyobraźni. Są piękniejsi, i to wszystko; nie muszą przecież żyć w srogim klimacie Meduzy. A to, co widzisz tu na dole, jest tylko lokalną adaptacją, odbiciem światów cywilizowanych. A wiesz, dlaczego tak jest? Bo większość ludzi to rzeczywiście owce, zadowolone, że ktoś je prowadzi, byle zapewnił im w miarę stabilne poczucie bezpieczeństwa, dach nad głową, pracę, ochronę i pełen brzuch. W całej historii ludzkości, kiedy tylko ludzie żądali demokracji i całkowitej niezależności i otrzymywali, co chcieli — bardzo chętnie i szybko zamieniali tę swoją bezcenną wolność na bezpieczny byt… Za każdym razem. Zawsze. Oddawali ją ludziom silnej woli, tym, którzy wiedzieli, co robić, i mieli odwagę tego dokonać. Ludziom, którzy cenią posiadanie władzy ponad wszystko.