Meduza: Tygrys w opałach [Medusa: A Tiger by the Tail - pl]
- Автор: Чалкер Джек Лоуренс
- Год: 1996
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-86211-30-X
- Переводчик: Konrad Majchrzak
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Meduza: Tygrys w opałach [Medusa: A Tiger by the Tail - pl]». Краткое содержание книги:
Tarin Bul wylądował na Meduzie.
Na tej mroźnej planecie szybko dołączył do miejscowych konspiratorów, którzy zamierzali obalić znienawidzonego Lorda Talanta Ypsira; cel buntowników doskonale mu odpowiadał. Jednak połączenie, jakie stanowili obcy i tajna moc Ypsira, okazała się ponad jego siły.
Do akcji wkroczył Agent Bez Imienia, nadzorujący wszystkich czterech wysłaninników. Był zmuszony wykazać się swoimi nadzwyczajnymi umiejętnościami, gdyż wszystko sprzysięgło się przeciw niemu.
W czwartej ostatniej księdze ekscytującej tetralogii Jack Chalker doprowadza do dramatycznego zakończenia epicką konfrontację pomiędzy potężną Konfederacją a małymi — ale równie potężnymi — światami Rombu Wardena.
Wahadłowiec był już na miejscu, a ja dojechałem tam jakieś dwadzieścia minut przed godziną jego odlotu. Od przybycia na Meduzę nie byłem tu ani razu, ale miejsce to niewiele się zmieniło. Było małe, ciasne i zupełnie zwyczajne, tym bardziej że pasażerów było tak niewielu. Zobaczyłem tylko jakąś siedzącą parę; oboje mieli wygląd osób urzędowych. Żadnego śladu Ching czy Hono, nie wspominając już o funkcjonariuszach. Po raz pierwszy zacząłem się bać, że spaprałem całą tę sprawę.
Moje zmieszanie musiało uwidocznić się na mej twarzy, jeden bowiem z urzędników rządowych czekających na prom Siwowłosy mężczyzna w średnim wieku, wstał i podszedł do mnie.
— Czy coś się stało, panienko?
Zaskoczył mnie z lekka, tym bardziej że zapomniałem, iż gram teraz kobietę. Była to zresztą moja pierwsza rozmowa z kimkolwiek od momentu przyjęcia tej tożsamości i omal nie zapomniałem o zamianie płci.
— Owszem, proszę pana. Mam tu dostarczyć papiery dotyczące dwójki więźniów, którzy mają być przewiezieni do Centrum, a nigdzie ich nie widzę. — Głos brzmiał nieco dziwnie, ale był raczej kobiecy, co na tym świecie było zupełnie wystarczające.
— Proszę mi je pokazać. — Zmarszczył brwi.
Byłem na to przygotoway. Na podobną ewentualność zrobiłem sobie kilka kopii różnych dokumentów dotyczących sprawy Ching i Hono. Nie byłyby one w stanie zmylić wprawnego agenta, ale miałem nadzieję, że mogą ujść w przypadku jakiegoś biurokraty.
Przejrzał papiery i zwrócił mi je z uśmiechem.
— Łatwo zauważyć, w czym problem. Więźniowie ci odlecieli osiemnastego… a to było wczoraj.
Stałem jak rażony piorunem i na moment zupełnie straciłem samokontrolę. Nie spałem kilka godzin; przespałem całe półtora dnia na tamtych dachu!
Musiałem wyglądać na wstrząśniętego, urzędnik rządowy powiedział bowiem:
— Możesz mieć kłopoty, prawda?
Skinąłem głową, a myśli przebiegały przez moją głowę jak błyskawice.
— Tak, proszę pana. Jestem tu od bardzo niedawna i szef kazał mi przywieźć tu te papiery, a kiedy wrócę i zobaczą niewłaściwą datę, to przecież nie będą za to winić mojego sierżanta. Dyscyplinę mamy tu dość ostrą.
Robił wrażenie autentycznie współczującego.
— Daj mi swoją kartę.
— Słucham?
— Powiedziałem, żebyś mi dała swoją kartę. Zobaczymy, co się da zrobić.
Obawiałem się, że zechce wyjaśnić sprawę mojej nie istniejącej przecież misji z jakimś nie znanym mi przełożonym, ale nie miałem wyjścia. Niemniej cały czas miałem oko na drzwi prowadzące na zewnątrz. Byliśmy poza miastem i niewątpliwie potrzebna mi była jakaś szersza przestrzeń w przypadku podjęcia próby ucieczki. Na nieszczęście znajdowałem się w jednym z najściślej monitorowanych budynków na Meduzie, i to obsadzonym przez żywych strażników wyposażonych w broń automatyczną. Jeśli rzucę się do tych drzwi, podniosą natychmiast alarm; jeśli tu zostanę, to znajdę się w pułapce. Jedyne, co mi pozostało, to pozwolić, żeby rozpoczęta przed chwilą scena rozegrała się do końca, a ruszyć do panicznej ucieczki, kiedy przyjdzie odpowiedni moment.
Mężczyzna wrócił po kilku minutach z małego biura i uśmiechając się wręczył mi moją kartę.
— Sądzę, że uda nam się załatwić wszystko tak, żebyś mogła jednak wykonać swą misję. Porozmawiam osobiście z twoim przełożonym, tym bardziej że nie musisz się pojawić na służbie wcześniej niż jutro o ósmej. — Puścił do mnie oko. — Nikt się nigdy nie dowie, co zaszło, hm? Kompletnie osłupiałem.
— To znaczy, że pan zabierze te papiery do Centrum i dopilnuje, żeby je doręczono komu trzeba?
— Ależ skąd. Niestety, nie lecę do Centrum. Ale na promie jest dość miejsca i zarezerwowałem ci na nim miejsce jako mojemu gościowi na odcinku do Centrum, włącznie z jutrzejszym lotem powrotnym. Ta podróż będzie cię trochę kosztować, a Centrum też nie jest tanie, ale polecisz tam i z powrotem i będziesz mogła osobiście przekazać te papiery, i nikt się w twoim biurze o tym nie dowie, bo dopilnowałem tego osobiście.
Nie wierzyłem własnym uszom.
— To znaczy, że mam lecieć z panem? Skinął głową.
— I musisz się pośpieszyć. Za chwilę będziemy wsiadać. No i jak? Co ty na to?
Rozważyłem jego propozycję. Tam na zewnątrz była wolność. Prom oznaczał nowe zagrożenia, a ja i tak już pewnie byłem zbyt spóźniony, by wiele zdziałać, o ile je w ogóle odnajdę. Z drugiej strony, skoro już doszedłem tak daleko, w istniejących okolicznościach to właśnie wydawało się najrozsądniejszym wyjściem… Skinąłem głową.
— Polecę, proszę pana… i bardzo dziękuję.
Naturalnie odpowiedź na pytanie, które sobie stawiałem, była dość oczywista. Nikt — dosłownie nikt — nie może mieć aż takiego fartu. Kiedy zbyt wiele rzeczy jednocześnie idzie tak dobrze, to wiadomo, że wpadłeś. Nie wiem, czyje ciała znaleziono, ani w którym momencie popełniłem błąd, ale ktoś pewnie musiał mieć sporo uciechy, obserwując moje zachowanie i wiedząc, że spóźniłem się o jeden dzień i jestem tego całkowicie nieświadom.
Ucieczka naturalnie nie wchodziła w rachubę. Nigdy nie dopuściliby mnie do tych drzwi i podróż stałaby się dla mnie wielce niesympatyczna. Jednakże może to, że dam się nieść wydarzeniom, przybliży mnie przynajmniej do Ching i Hono — choć metodą wielce niebezpieczną — i zupełnie nie pozbawi mnie wszelkich możliwości.
Wahadłowiec okazał się tym samym statkiem powietrznym, który tak dobrze pamiętałem, tyle że tym razem jedynymi pasażerami była para rządowych biurokratów i ja sam. Start odbył się gładko i bez problemów, choć nie był pozbawiony przeciążenia wbijającego w miękki fotel i niemiłego, ale podniecającego uczucia związanego z wyłączeniem napędu.
— Najbliższe lądowanie w Dunecal za pięć minut — oznajmił rześki głos. Proszę pozostać na miejscach i nie odpinać pasów.
To mnie zaskoczyło, bo założyłem, że lecimy bezpośrednio do Centrum, gdzie czeka na mnie komitet powitalny. Jednak rzeczywiście wylądowaliśmy gładko w Dunecal, głównym mieście kontynentu centralnego i punkcie docelowym mojego dobroczyńcy. Życzył mi powodzenia i wysiadł, zachowując się przez cały czas tak, jakby nie miał najmniejszego pojęcia, kim jestem… Możliwe, że rzeczywiście tego nie wie, pomyślałem sobie.
— Przyjmujemy teraz pasażerów — oznajmił ten sam głos. — Następne lądowanie w Centrum.
Rozważałem ucieczkę w tym momencie, ale wydawało się to pozbawione sensu. Byłem przecież na haczyku i jakiś sportowiec — wędkarz na drugim końcu kija wciągał już powoli linkę.
Wsiadła trójka pasażerów: mężczyzna i kobieta w rządowej czerni, i jeszcze jedna młoda kobieta, której wygląd był tak odmienny, że z trudem powstrzymywałem się, żeby się na nią nie gapić.
Kobiety na Meduzie nie są pięknościami. Naturalnie można się do ich wyglądu szybko przyzwyczaić, ale wszystkie one są dość krępe i mają w sobie coś z męskiej muskulatury. Zawsze istnieje też możliwość, że ktoś przeskoczył z jednej płci do drugiej i w sumie przeciętna osoba ma coś z obydwu. Szczerze mówiąc, zapomniałem już o różnicy pomiędzy normalną kobietą i Meduzyjką i dopiero wejście tej kobiety mi o niej przypomniało.
Była bez wątpienia Meduzyjką, jej lekki strój nie stanowiłby wystarczającej ochrony dla kogoś pochodzącego nie stąd. Jej oliwkowa skóra wyglądała jednak o wiele delikatniej niż ta twarda i szorstka powłoka, którą traktowaliśmy jako normalną. Figurę miała jak niewiele kobiet, które znałem, i poruszała się bardzo ponętnie. Uśmiechała się również słodko i powabnie, a jej ładna twarz obramowana była ciemnoblond włosami; pierwszy raz widziałem ten kolor na Meduzie, a i poza nią nie był on zbyt częsty.