Arivald z Wybrzeża
- Автор: Пекара Яцек
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Arivald z Wybrzeża». Краткое содержание книги:
Tak czy inaczej Arivald zdawał sobie sprawę, że obaj z Hremargiem mają nielichy kłopot. Przebywali w nieznanym miejscu, mieli mapę, z której spokojnie można zrobić podpałkę na ognisko (gdyby w Ghorlargu można było w ogóle ognisko rozpalić), mieli zapasy jedzenia i wody najwyżej na cztery, pięć dni oraz kiepskie szansę na znalezienie jakiegokolwiek rozsądnego wyjścia z tej sytuacji.
– Wszystko będzie dobrze – szepnął Arivald – nie z takich opresji wychodziłem już cało.
Po spędzeniu pierwszej nocy w Ghorlargu nadal łudzili się, że istnieje szansa znalezienia powrotnej drogi. Druga noc nieco te nadzieje osłabiła, zwłaszcza że znaleźli się w tym samym miejscu co dzień wcześniej (przy nieprawdopodobnej orientacji w podziemiach, jaką miał Hremarg, było to naprawdę zastanawiające). Po trzeciej nocy nastroju krasnoluda i czarodzieja nie można było nazwać inaczej jak posępnym, po czwartej i piątej byli nie tylko posępni, ale również głodni. Na szczęście znaleźli miejsce, gdzie woda spływała ze ściany, tworząc spore jeziorko, i napełnili tam bukłaki. Zostawiała w ustach wyraźny posmak żelaza, ale w końcu darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby.
– Hremargu – rzekł Arivald – myślę, że czas podjąć decyzję. Moje wnioski są proste: bez magii nie wydostaniemy się stąd. A używanie skomplikowanej magii w Ghorlargu jest proszeniem się o śmierć.
– Więc?
– Znam czary teleportujące, przenoszące z miejsca na miejsce – dodał widząc, że krasnolud nie zrozumiał – ale działają na małą odległość i wypada znać dokładne współrzędne wejścia i wyjścia. Znam czar pozwalający na podróż poprzez skały, ale istnieje prawdopodobieństwo, że zostalibyśmy uwięzieni wewnątrz ścian. Możemy wrócić do punktu, w którym spadliśmy… Możemy?
Hremarg ponuro skinął głową.
– Ale czar, który pozwoliłby nam wznieść się na te kilkadziesiąt metrów, jest czarem niezwykle trudnym i wymagającym ogromnego czerpania z Aury. W Ghorlargu skończyłoby się to prawdopodobnie nieszczęściem. Możemy zaryzykować i ryzyko to może nam się opłacić. Ale możemy też zakończyć życie, zanim nawet zdążymy się zorientować, że coś poszło nie po naszej myśli.
– Czy mamy inne wyjście?
– W zasadzie tak – czarodziej westchnął. – Każde miejsce, lasy, morza, góry, ma swoje demony. Tak je nazywamy my, czarodzieje, choć z reguły są to istoty nieszkodliwe. Problem tkwi w tym, że w miejscach nasyconych starożytną magią, takich jak Zgniły Las, moczary Bardagalaru czy właśnie Ghorlarg, może się zjawić nie to, co przywoływałeś.
– I co wtedy?
– Wtedy masz szczęście, jeżeli umrzesz od razu. Hremarg podrapał się po ciemieniu.
– A jeżeli zjawiłby się taki demon, jak chciałeś?
– Być może, potrafiłbym go zmusić do wskazania nam drogi powrotnej.
– Być może? To niewiele – zauważył krasnolud.
– Szkoda, że w ogóle wleźliśmy tutaj – rzekł gorzko Arivald. – Co też mi strzeliło do głowy?
– Wczorajszego dnia nie wskrzesisz, po nocy poślubnej nie znajdziesz w łożu dziewicy – wzruszył ramionami Hremarg, cytując przysłowie, które chyba nie do końca było krasnoludzkie. Ale za to bardzo prawdziwe. – Zrób to, co uważasz za najbardziej skuteczne i jednocześnie najbardziej bezpieczne.
– Przyszykuję się więc do wywołania demona – sapnął Arivald. – Jeżeli zachowam się bardzo rozważnie, może wyjdziemy z tego wszystkiego w jednym kawałku.
Wywołanie demona nigdy nie jest sprawą banalnie prostą (choć znudzone małe demony pierwszych kręgów przybywają dość chętnie na wezwanie czarodziei), a w miejscach przesiąkniętych magią, w miejscach, w których Aura szaleje, należy zachować szczególną ostrożność. O ile w ogóle jest się na tyle głupim, by wywoływać tam demony. Arivald od dawna podszkolił już tak swoje zdolności magiczne, że nie musiał przy przyzywaniu demona korzystać z Księgi Czarów czy kryształowej kuli. Nawet różdżka nie była konieczna, choć mile widziana. Różdżkę zresztą czarodziej zawsze nosił w zdobionej pochewce u pasa i dbał on nią pilnie od czasu spotkania z czarodziejkami Chaosu, gdzie brak różdżki spowodował pewne, nazwijmy to łagodnie, komplikacje.
Czarodziej próbujący wywoływać demony zwykle pragnie dostępu do określonej informacji. Im demon potężniejszy, tym większa szansa, że informacja będzie przydatna. Jednocześnie tym większa szansa, że demon zamiast patrzyć na wzywającego go maga z bojaźnią i respektem, zechce skonsumować go na śniadanie. A przynajmniej podrażnić się z nim i podroczyć, co w wypadku demonów często oznaczało duże kłopoty, a czasem po prostu śmierć. Ostatni wypadek zabicia czarodzieja przez demona zdarzył się co prawda w zamierzchłej przeszłości, ale wynikało to z faktu, iż w magicznym szkoleniu adeptów w Silmanionie przykładano bardzo dużą wagę do umiejętności samoobrony. Arivald do tej pory tylko kilka razy przyzywał demony. I były to zawsze nieszkodliwe stworzenia o wybujałych ambicjach i dużo skromniejszych niż ambicje możliwościach. Teraz jednak mogło być inaczej.
Czarodziej nakreślił magiczny krąg ochronny, którym otoczył siebie i krasnoluda. Ponieważ w Ghorlargu wszystko mogło się przydarzyć, na nakreślenie odpowiedniego kręgu poświęcił kilka godzin wytężonej pracy. Jeśli pojawiłby się zwykły, słaby demon, to takie przygotowania najpewniej wziąłby za objaw szaleństwa czarodzieja (poza tym niesłychanie wbiłoby to go w dumę). Ale przecież mogło się pojawić coś innego, dużo groźniejszego. Chociaż Arivald miał nadzieję, że nie dojdzie do takiej ostateczności.
– Pamiętaj – rzekł do Hremarga – cokolwiek by się działo, nic nie gadaj i niech Bóg cię broni przed przekroczeniem kręgu. Jeżeli to zrobisz, nie będę mógł ci w niczym pomóc.
Krasnolud pokiwał ponuro głową. Przekroczenie kręgu mogło skłonić demona do rzucenia na przykład uroku powodującego wysypkę, ale równie dobrze mogło go skłonić do działań o wiele bardziej radykalnych. Nigdy nie wiadomo, co demonowi strzeli do łba i co w danej chwili uzna za rozkoszny żarcik. Nie mówiąc już o tym, że łażenie w te i we w te po magicznym kręgu po prostu osłabiało jego moc.
Po nakreśleniu kręgu należało przejść do samej procedury przywołania demona. W jaskiniach Ghorlargu Arivald mógł przyzwać demony skał, ale także demony powietrza lub wody. Te ostatnie dwa gatunki jednak były tu zapewne bardzo nieszczęśliwe (jeżeli w ogóle były), zdezorientowane i kto wie, czy nie złe z powodu warunków, w jakich wypadło im żyć. Czarodziej postanowił więc skorzystać z pomocy jakiegoś podrzędnego demona skał. Ot, małej istotki lubującej się w podróżach poprzez granity czy bazalty, której największą ambicją może być łudzenie górników mirażami fałszywych żył złota. A jak już uda jej się zwabić kogoś w przepaść, ma o czym opowiadać przez następne sto lat.
– No to zaczynamy – czarodziej odetchnął głęboko. – Aliis karhari penstavanga – zaintonował i poczuł, jak Aura gęstnieje.
Nie był to dobry znak, ale wycofać się w pół drogi również nie byłoby bezpiecznie.
– Baellan haz kori mandurag isidd – kontynuował, czując już wyraźnie, że nie wszystko poszło, jak powinno – esslun hozzwit – dokończył, wykonując określony i ściśle zaplanowany ruch lewą dłonią, w której trzymał różdżkę.
Wywoływanie małych demonów nie było specjalnie skomplikowane. Coś wyraźnie już pojawiało się poza wytyczonym przez Arivalda kręgiem. Powietrze gęstniało i przebiegały przez nie iskierki, jak ogniki świętego Elma. Czuć też było zapach, jak po wiosennej burzy z piorunami. Arivald był pewien, iż nie pojawi się wcale mały, nieszkodliwy skalny demon. I tak też się stało. Poza kręgiem zmaterializowała się wielka paszcza składająca się prawie wyłącznie z ostrych zębów przypominających igły pumeksowych skał. Wyglądało to co najmniej na demona szóstego lub siódmego poziomu. O tego typu demonach Arivald tylko słyszał i czytał. Nigdy nawet do głowy mu nie przyszło, aby próbować wzywać jednego z nich. O wiele pewniej by się czuł, gdyby obok niego zamiast Hremarga stał teraz uczony Velvelvanel, błyskotliwy Galladrin, czy nawet zrzędliwy Borrondrin.