Vaterland [Fatherland - pl]
- Автор: Харрис Роберт
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Ksi
- ISBN: 978-83-245-7646-3
- Переводчик: Adnrzej Szulc
- Жанр: Альтернативная история
Электронная книга - «Vaterland [Fatherland - pl]». Краткое содержание книги:
— Robi wrażenie, nie? — W pracy Halder przemawiał jak zawodowy historyk: tonem, w którym mieszała się duma i sarkazm. — Nazywamy ten styl parodią teutońszczyzny. Nie zdziwisz się pewnie, jeśli ci powiem, że to największy budynek archiwalny na świecie. Wyżej mieszczą się dwa piętra administracji. Na tym piętrze biura archiwistów i czytelnie. Pod nami: sześć pięter dokumentów. Stąpasz, przyjacielu, po ojczystej historii. A ja jestem tutaj strażnikiem lampy Klio.
Gabinet Rudiego przypominał celę zakonnika; mała, pozbawiona okien, wyłożona granitowymi płytami klitka. Stół zawalony był wysokimi na pół metra stosami papierów, podłoga zasłana kartkami. Wszędzie leżały książki — było ich kilka setek, z każdej wystawał gąszcz zakładek: kolorowe paski papieru, bilety tramwajowe, skrawki kartonów od papierosów, zużyte tekturowe zapałki.
— Zadanie historyka: uporządkować chaos tak, żeby powstał z niego chaos wyższego rzędu. — Halder podniósł z jedynego, stojącego w pomieszczeniu krzesła stos starych armijnych depesz, starł z niego kurz i wskazał Xavierowi, żeby usiadł.
— Znowu potrzebuję twojej pomocy, Rudi. Halder oparł się o skraj biurka.
— Nie dajesz znaku życia od kilku miesięcy, a potem nagle pojawiasz się dwa razy w ciągu tygodnia. Przypuszczam, że to również ma coś wspólnego ze śmiercią Buhlera. Widziałem jego nekrolog.
March kiwnął głową.
— Powinienem cię uprzedzić, że rozmawiasz z pariasem. Pomagając mi narażasz się na niebezpieczeństwo.
— Coraz bardziej mnie zaciekawiasz. — Rudi splótł dłonie i wyłamał głośno palce. — Wal śmiało.
— To dla ciebie prawdziwe wyzwanie. — Xavier przerwał i wziął głęboki oddech. — Trzej ludzie: Josef Buhler, Wilhelm Stuckart i Martin Luther. Pierwsi dwaj nie żyją, trzeci gdzieś się ukrywa. Wszyscy trzej byli, jak wiesz, wyższymi urzędnikami. Latem tysiąc dziewięćset czterdziestego drugiego założyli skrytkę w zuryskim banku. Z początku uważałem, że przechowywali tam furę pieniędzy albo dzieła sztuki… tak jak podejrzewałeś, Buhler był doszczętnie skorumpowany… ale teraz bardziej prawdopodobne wydaje mi się, że to były jakieś dokumenty.
— Jakiego rodzaju?
— Dokładnie nie wiem.
— Ważne?
— Z całą pewnością.
— Postawiłeś przynajmniej jasno problem. Mówisz o trzech różnych instytucjach: Ministerstwie Spraw Zagranicznych, Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i rządzie Generalnej Guberni, który w gruncie rzeczy nie był prawdziwym rządem. To oznacza tony dokumentów. Nie nabieram cię, Zavi: dosłownie tony.
— Czy masz tutaj ich rejestr?
— Spraw zagranicznych i wewnętrznych. Dokumenty Generalnej Guberni są w Krakowie.
— Masz do nich dostęp?
— Oficjalnie nie. Nieoficjalnie… — Pokiwał kościstą dłonią. — Być może, przy odrobinie szczęścia. Ale mówię ci, Zavi, nie starczy nam życia, żeby się przez nie przekopać. Co proponujesz?
— Musi tam być jakiś ślad. Być może czegoś w nich brakuje.
— Ale tego się nie da stwierdzić.
— Mówiłem ci, że to wyzwanie.
— I kiedy mamy odkryć ten twój „ślad”?
— Muszę go mieć dziś w nocy.
Halder wydał z siebie głośne parsknięcie: zabrzmiała w nim mieszanina niedowierzania, złości i politowania.
— Za trzy dni. Rudi — powiedział cicho March — SS chce mnie postawić przed sądem wojennym. Wiesz, co to oznacza. Muszę to teraz odnaleźć.
Halder przyglądał mu się przez chwilę, jakby nie wierzył własnym uszom, a potem odwrócił wzrok.
— Niech pomyślę — mruknął.
— Mogę zapalić? — zapytał Xavier.
— Na korytarzu. Nie tutaj. Te rzeczy są nie do odtworzenia.
Paląc papierosa March słyszał spacerującego po swojej klitce Rudiego. Spojrzał na zegarek. Szósta. Długi korytarz był kompletnie pusty. Większość pracowników musiała już pójść do domu; zaczął się świąteczny weekend. Nacisnął klamki kilku kolejnych drzwi; dwoje pierwszych było zamkniętych, trzecie ustąpiły. Wszedł do środka i podniósł słuchawkę telefonu. Przez chwilę przysłuchiwał się tonowi, a potem wykręcił dziewiątkę. Ton zmienił się: najwyraźniej wyszedł na miasto. Wykręcił numer Charlie. Odebrała od razu.
— To ja. U ciebie wszystko w porządku? — zapytał.
— W porządku. Coś odkryłam… pewien drobiazg.
— Nie mów nic przez telefon. Porozmawiam z tobą później. — Zaczął się zastanawiać, o co jeszcze ją zapytać, ale odłożyła słuchawkę.
Teraz telefonował Halder, jego pogodny głos niósł się echem po wyłożonym granitowymi płytami korytarzu.
— Eberhard? Dobry wieczór… To prawda, niektórzy z nas nie wiedzą, co to wypoczynek. Szybkie pytanie, jeśli można. Rejestry Ministerstwa Spraw Wewnętrznych? Zostały skatalogowane? Dobrze. Na zasadzie kompetencji? Rozumiem. Doskonale. W całości?
Xavier zamknął oczy i oparł się o ścianę, próbując nie myśleć o rozpościerającym się pod jego stopami oceanie papieru. Szybciej, Rudi, szybciej.
Usłyszał pojedynczy cichy odgłos dzwonka: Halder odłożył słuchawkę. Kilka sekund później Rudi pojawił się na korytarzu, naciągając marynarkę. Z kieszonki na piersi wystawała mu bateria długopisów.
— Mieliśmy odrobinę szczęścia. Z tego, co mówi mój kolega, dokumenty Ministerstwa Spraw Wewnętrznych zostały przynajmniej skatalogowane.
Ruszył szybkim krokiem w stronę windy. March stąpał obok niego.
— Co to oznacza?
— To oznacza, że istnieje centralny indeks, na podstawie którego można się dowiedzieć, jakie papiery i kiedy przeszły przez biurko Stuckarta. — Postukał bez rezultatu w przyciski obok windy. — Wygląda na to, że wyłączyli ją na noc. Będziemy musieli zejść po schodach — stwierdził. — Zdajesz sobie sprawę, że to jest niezgodne z wszelkimi przepisami?! — zawołał, kiedy stukając obcasami zbiegali w dół spiralnymi schodami. — Jestem uprawniony do przebywania w dziale spraw wojskowych, w sekcji dotyczącej frontu wschodniego, a nie w dziale spraw wewnętrznych, sekcji administracji. Jeżeli nas nakryją, będziesz musiał wcisnąć facetowi z ochrony jakiś kit o policyjnym dochodzeniu… coś, czego sprawdzenie zajęłoby im co najmniej kilka godzin. Co do mnie, jestem po prostu anonimowym, wyświadczającym ci grzeczność archiwistą, jasne?
— Za co jestem ci bardzo wdzięczny. Daleko jeszcze?
— Na sam dół. Sąd wojenny… — powtórzył, kiwając z niedowierzaniem głową, Halder. — Wielki Boże, Zavi, w coś ty się wpakował?
Tłoczone na głębokość sześćdziesięciu metrów powietrze było suche i chłodne; lampy nie paliły się zbyt jasno ze względu na zbiory.
— Mówią, że to miejsce powinno wytrzymać bezpośrednie trafienie amerykańskiej rakiety — oświadczył Rudi.
— Co tam jest? — zapytał March, wskazując na stalowe drzwi, na których widniały ostrzegawcze tabliczki: UWAGA! OSOBOM NIEUPOWAŻNIONYM WSTĘP WZBRONIONY! WEJŚCIE TYLKO ZA OKAZANIEM PRZEPUSTKI!
— „Właściwa historia warta jest stu dywizji”, pamiętasz? Tutaj właśnie ukryta jest ta niewłaściwa. Rany boskie! Popatrz!
Halder pociągnął Xaviera za sobą, w głąb korytarza. W ich stronę szedł strażnik. Pochylony niczym górnik w podziemnym chodniku pchał przed sobą metalowy wózek. March był przekonany, że ich zobaczy, ale on przeszedł obok, stękając z wysiłku. Zatrzymał się przy metalowych drzwiach i otworzył je. Zanim zatrzasnęły się z powrotem, przez chwilę zobaczyli huczące głośno płomienie paleniska.