Arivald z Wybrzeża
- Автор: Пекара Яцек
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Arivald z Wybrzeża». Краткое содержание книги:
W kopalniach, jak to w kopalniach, było ciemno i nikły blask górniczej lampki oraz zaklęcia Irlina tylko trochę rozpraszały mrok. W powietrzu unosił się niepokojący zapach Arivald nie potrafił go zidentyfikować. Miał nadzieję, że nie jest to żaden gaz, który w połączeniu z ogniem górniczej lampki mógłby zmienić ich obu w element kolorowych i głośnych fajerwerków.
– Złoto – rzekł nagle Hremarg.
Głos mu się zmienił, kiedy wymawiał to słowo. Rzeczywiście, przez jedną z kamiennych ścian biegła smuga lśniącego metalu. Samorodki złota.
Arivald rzucił tylko okiem, mając nadzieję, że krasnoludowi nie przyjdzie do głowy pójście śladem żyły. Zwłaszcza iż Parharas nagle zmienił kierunek marszu i wszedł w niziuteńki, wąski korytarz. Widzieli nie tylko ślady jego stóp na ziemi, ale i srebrny, magiczny nalot na sklepieniu, tam gdzie dotknęła głowa Razelmonta.
– Tego korytarza też nie ma na mapie – powiedział Ostrogłów. – Czy będziemy potrafili wrócić?
Arivald sam od dłuższej chwili zastanawiał się nad tym problemem. Na razie nie był to specjalny kłopot. Szli zaledwie jakieś pół godziny i czarodziej potrafiłby poprowadzić ich prosto do wyjścia bez najmniejszego trudu. Ale kopalnie Ghorlargu były tak ogromne, że można tu było błądzić całymi tygodniami. I bardzo niebezpiecznie było używać teleportujących czarów Gaussa. Nie chodziło tylko o fakt, iż jest to Ghorlarg – złe miejsce, aby używać magii. Po prostu czary Gaussa potrafiły szaleć, jeżeli stosowało się je w jaskiniach czy podziemiach. Mistrz Harbularer tłumaczył to ekranowaniem Aury. Oczywiście istniały zaklęcia pozwalające biegłym czarodziejom na podróż przez skały lub kamienie. Najsłynniejszy był Tunel Pantarasa, czarodzieja żyjącego przed kilkuset laty, który pierwszy magicznie zdefiniował strukturę skał i udowodnił możliwość poruszania się poprzez nie. Ale było to zaklęcie zaliczane do najtrudniejszych i najbardziej niebezpiecznych. Sam Pantaras (a raczej jego zwłoki) do dzisiaj tkwił uwięziony gdzieś w bazaltowej skale, której gęstość źle obliczył. Miał pecha. Arivald nawet nie chciał myśleć, iż mógłby użyć Tunelu w kopalniach Ghorlargu.
– Jakoś sobie poradzimy – odpowiedział na pytanie Hremarga. – Na razie w każdej chwili możemy się cofnąć – dodał.
Robiło się coraz duszniej, korytarz zaczął dość ostro schodzić w dół. Arivald i Hremarg musieli uważać, aby nie osunąć się po wilgotnych kamieniach. Zarówno srebrna nić, jak i ślady stóp Razelmonta były coraz bledsze, tak jakby czarodziej odstępca szedł dużo szybciej od nich i wciąż powiększał dystans. Nagle Arivald poślizgnął się na wystającym kamieniu, machinalnie złapał krasnoluda za nogawkę spodni i obaj przewrócili się, po czym zaczęli zjeżdżać w dół. Czarodziej próbował jeszcze wyhamować ich upadek, ale ponieważ korytarz bardzo się tu obniżał, nic to nie dało. Pomknęli w dół jak wyrzuceni z armaty i Arivald dostrzegł tylko po lewej stronie mały korytarzyk, gdzie prowadziła srebrna nić. Minęli go z dużą szybkością, po czym nagle ich korytarz raptownie się urwał i polecieli w przepaść jak kamienie.
To już koniec, pomyślał tylko Arivald.
Zdołał jednak złapać krasnoluda za kubrak i wypowiedzieć Łabędzi Puch Passhovera. Zaklęcie spłynęło z jego ust automatycznie. Był to odruch, efekt działania instynktu samozachowawczego, a nie przemyślane działanie. I w tym momencie zaklęcie podziałało. Jak sama nazwa wskazywała, powodowało, iż obiekty mu poddane robiły się tak lekkie, że mogły się swobodnie unosić w powietrzu niczym puch. Dość długo trwało, zanim wylądowali na ziemi. Oczywiście w absolutnej ciemności, bo górnicze lampki szlag trafił jeszcze w czasie nieszczęśliwego upadku.
– Zjechaliśmy – stwierdził Hremarg i pomacał się, aby sprawdzić, czy naprawdę jeszcze żyje.
Arivald puścił poły jego kubraka i wypowiedział Boską Jasność, zaklęcie, które otaczało czarodzieja poświatą błękitnego światła. Stosowanie go w celu rozświetlania ciemności było pewnym nadużyciem, gdyż zostało stworzone specjalnie dla misjonarzy podróżujących do niebezpiecznych krain. Arivald zaczął przyzwyczajać się do stosowania magii w Ghorlargu i powoli robiło to na nim coraz mniejsze wrażenie. Wiedział jednak, że w końcu jedna kropelka może przelać tę czarę i któreś z następnych zaklęć spowoduje niespodziewane skutki uboczne. A mogło to być dosłownie wszystko: począwszy od nieszkodliwych efektów dźwiękowych czy wizualnych, aż po przemianę najbliższej okolicy w jezioro wrzącej lawy czy pojawienie się jakiegoś wyjątkowo nieprzyjemnego demona.
Hremarg rozejrzał się wokół.
– Co teraz? – zapytał.
– A co proponujesz? – odpowiedział pytaniem Arivald.
– Rozumiem, że nie możemy wrócić?
Czarodziej spojrzał w górę. Musieli spaść z wysokości co najmniej kilkudziesięciu metrów. Może zdołaliby się wdrapać na taką wysokość, gdyby mieli długie liny i haki. Albo gdyby Arivald mógł nieskrępowanie korzystać z magii.
– Raczej nie – odparł.
– Trudno. W każdym razie dziękuję za uratowanie życia. Jestem twoim dłużnikiem.
– Mam nadzieję, że będzie okazja, abyś ten dług spłacił – powiedział czarodziej uśmiechając się (mimo iż wcale nie było mu do śmiechu) – ale tam. Na powierzchni.
Hremarg pokiwał głową.
– I ja mam taką nadzieję.
– Korytarze idą na północ i na zachód. Który wybieramy? – zapytał Arivald.
Ostrogłów rozejrzał się bacznie. Czarodziej wiedział, że krasnolud lepiej od niego widzi w ciemnościach, a poza tym ma instynktowną umiejętność „czucia” kopalni.
– Chodźmy na północ – rzekł – ten korytarz chyba został wykuty kiedyś przez krasnoludy.
Arivald nie pytał nawet, jak Hremarg mógł to stwierdzić. Dla niego obie odnogi wyglądały identycznie. Ale skoro sam krasnolud nie był pewien, czy rzeczywiście była to robota jego pobratymców, widać korytarz został wykuty bardzo dawno temu.
Szli wolno, ostrożnie stawiając stopy. Kopalnie Ghorlargu mogły być pełne zarówno magicznych, jak i zwykłych pułapek. Oczywiście nikt, nawet najbardziej zawzięty kobold nie był na tyle szalony, aby budować pułapki na chybił trafił. Zwykle broniły one dostępu do komnat lub korytarzy o szczególnym znaczeniu. Pech tylko chciał, że ani Arivald, ani Hremarg nie byli w stanie stwierdzić, czy właśnie do takiego miejsca nie zmierzają. Faktem też było, że coś – czy ktoś – zatrzymało górników w kopalniach (i prawdopodobnie dawno już nie żyli). Istniało więc prawdopodobieństwo, że mogą się na to coś – czy na tego kogoś – tu natknąć.
Arivald bardzo wątpił, aby to były jakieś potwory (bo niby czym miałyby się żywić w opustoszałym i martwym Ghorlargu?), prędzej podejrzewał, że któryś z górników nieświadomie uaktywnił magiczne pułapki. Chociaż, rzecz jasna, nie należało lekceważyć faktu, iż na świecie naprawdę pojawiały się demoniczne istoty, żyjące gdzieś pomiędzy wymiarami, pół na pół w świecie ludzkim i swoim własnym. Czasem, a raczej najczęściej, były to istoty złe, przywołane przed wiekami czarną magią. A wiele mówiono o nadnaturalnych umiejętnościach starodawnych koboldzich czarowników. Zresztą o Ghorlargu można było powiedzieć dosłownie wszystko i nic. Arivald żartem zaproponował kiedyś wydanie książki pod tytułem „Wszystko, co wiemy o Ghorlargu”, a która składałaby się wyłącznie z pustych stron. Miał jednak wrażenie, że ktoś w podobnej sytuacji taki pomysł kiedyś już zrealizował.