Tomek na tropach Yeti
- Автор: Шклярский Альфред
- Серия: Приключения Томека Вильмовского #4
- Год: 2011
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Muza S.A.
- ISBN: 978-83-7758-064-6
- Жанр: Детские и приключения
Электронная книга - «Tomek na tropach Yeti». Краткое содержание книги:
Naraz na równinie rozległa się salwa karabinowa. Podniosła się olbrzymia wrzawa. Okrzyki dżygitów tym jednak razem, zamiast triumfu, wyrażały przestrach. Huk nowej salwy i jeszcze bardziej rozpaczliwe krzyki bandytów natchnęły nową nadzieją serca dwóch śmiałków szykujących się do ostatecznej rozprawy.
Smuga znów wychylił się zza głazu. Dżygici stłoczeni w bezładną gromadkę spoglądali na równinę, gdzie oddział rosyjskich kozaków w szyku bojowym odcinał im odwrót.
Teraz dopiero można było ocenić zuchwałość bandy Naib Nazara. Dżygici szybko opanowali przerażenie, jakie ogarnęło ich po niespodziewanym ataku Kozaków. Kilku konnych pospieszyło do wąwozu, by ostrzec walczącą tam czołówkę, podczas gdy inni grupowali się w małe oddziałki. W przeciągu paru minut cała banda była z powrotem na koniach. Kryjąc się za ich szyjami, dżygici rozpoczęli palbę do oddziału Rosjan. Lecz trafiła tu kosa na kamień. Niezrównani jeźdźcy, jakimi są Kozacy, zniknęli z siodeł, jakby za pociągnięciem różdżki czarodziejskiej. Spod głów koni wysunęły się lufy karabinów. Celna salwa zmusiła dżygitów Naib Nazara do rozsypki. Porwali martwe ciało swego wodza, po czym małymi grupkami usiłowali wymknąć się z potrzasku.
Smuga odetchnął głęboko, słysząc rosyjskie słowa komendy.
Kozacy tymczasem utworzyli dwa oddziały. Z gołymi szablami rozpoczęli pościg za umykającą bandą.
— Nie spodziewałem się takiej pomocy — odezwał się Smuga. — Skąd się tu wzięli Kozacy?
— Oficerowie rosyjscy byli w aule Naib Nazara, gdy ten wymknął się w pościg za nami. Musieli zaobserwować zniknięcie pana młodego wraz z gromadą dżygitów. Zapewne przypuszczali, iż planuje jakiś napad, więc wysłali za nim własny oddział wojska — odparł Pandit Davasarman. — Nie traćmy teraz czasu. Zamiast Naib Nazara wkrótce możemy mieć Rosjan na karku. Nic tu po nas!
Jak na skrzydłach zsunęli się ze skały. Zaledwie znaleźli się na dnie wąwozu, od razu ujrzeli swoich towarzyszy niespokojnie wyzierających spoza głazów. Pobiegli do nich.
— Co się tam dzieje? Chyba jakaś walka toczy się na równinie — zawołał Wilmowski.
— Oddział Kozaków gromi dżygitów Naib Nazara. Wsiadajmy na konie i umykajmy póki czas.
— Tylko bosman został lekko raniony w ramię, ale to nic groźnego, już go opatrzyliśmy — informował Wilmowski.
— Skąd się tu wzięli Kozacy? — dziwił się Tomek.
— Później czas na rozważania. Teraz na koń i w górę wąwozu za Udadżalaką. Znajdujemy się w pasie granicznym — krótko rzekł Smuga wskakując na wierzchowca.
— W drogę! — ponaglił Pandit Davasarman.
Miasto pochłonięte przez pustynię
Podczas całonocnej ucieczki przez góry podróżnicy zatrzymali się tylko jeden raz na dwugodzinny wypoczynek. O świcie dotarli do zacisznej dolinki zamieszkałej przez górskie plemię Toglików. Wioszczyna składała się z kilku brudnych, wojłokowych jurt oraz z zimnych domków zbudowanych z cegieł z wysuszonej w słońcu gliny.
Pasterze, odziani w baranie kożuchy, narzucone na bawełniane koszule i spodnie, w długie pończochy oraz skórzane łapcie, gościnnie przyjęli utrudzonych wędrowców. Pozwolili im wypocząć w jednym z pustych o tej porze roku murowanych domków. Mężczyzn tutejszych cechowała niezwykła ciekawość. Szczególnie interesowały ich różne przedmioty posiadane przez podróżników. Pandit Davasarman, jedyny znający narzecze jarkendskie, stale znajdował się pod “obstrzałem” pytań. Kobiety Toglików, w przeciwieństwie do innych mahometanek, nie kryły się przed przybyszami, tylko nie zwracały na nich uwagi. Przygotowywały pożywienie, które stanowiła przeważnie mączna zupa kraszona mlekiem, owczy twaróg oraz chleb. Na przyjęcie gości podały także środkowoazjatycki przysmak, tak zwany “pilaw”. Były to drobno pokrajane kawałki baraniny, ugotowane razem z ryżem, rodzynkami i przyprawą ostrych korzeni.
Pandit Davasarman z prawdziwie wschodnim spokojem uprzejmie odpowiadał na pytania i rozdawał drobne upominki. W ten sposób wkrótce zjednał sobie przychylność Toglików; wtedy rozpoczął pertraktacje w sprawie wymiany zmęczonych koni na nowe. Niestety biedni górale nie posiadali tylu wierzchowców. Po długich namowach udało mu się wymienić zaledwie pięć jucznych koni oraz najbardziej zmęczonego wierzchowca bosmana. Oczywiście niemałą rolę w pomyślnym zakończeniu transakcji odegrały trzy bryłki złota, które Smuga wydobył z woreczka odziedziczonego po bracie.
Cena koni była dość wysoka. Mimo to Smuga nie żałował pieniędzy, ponieważ chciał zdobyć wierzchowce zdatne do długich, męczący pochodów. Aby nadmierną hojnością nie budzić podejrzeń pasterzy, Pandit Davasarman targował się długo, w wyniku czego dodali im, wyrabiane przez siebie, piękne, wzorzyste dery na konie oraz kilka skórzanych worów na wodę.
Po dwudziestoczterogodzinnym wypoczynku opuścili gościnną wioskę. W dwa dni później osiągnęli już kotlinę rzeki Tarym, zwaną także Turkiestanem Wschodnim. Olbrzymią, owalną kotlinę z trzech stron otaczały potężne łańcuchy gór: Tien-szan, Pamirów i Kunlun. Z wnętrzem wypełnionym piaskami tworzyła groźną pustynię Takla Makan, trzecią co do wielkości pustynię Azji [153]. Na północy obramowywała ją rzeka Tarym [154], której dopływy brały początek w niebotycznych węzłach górskich. Mieszkańcy, w większości Turcy, Kirgizi, i Chińczycy, przeważnie skupiali się w oazach u stóp gór, gdzie było więcej wody i żyźniejszej ziemi.
Podróżnicy jechali obecnie wzdłuż gór Kunlun. Po uciążliwej, kamienistej drodze zbliżali się do Karghaliku [155], położonego na starym trakcie karawanowym. Bliżej miasta coraz częściej napotykali gromady górali zdążających na jarmark. Wolno torowali sobie przejazd wśród ludzi i objuczonych koszami osłów. Pandit Davasarman odpowiadał na uprzejme pozdrowienia. Inni nie znali miejscowego narzecza, więc jechali w milczeniu, by nie wzbudzać obcą mową zbytniego zaciekawienia krajowców. W dali rysowały się zabudowania miasteczka.
Pandit Davasarman pierwszy wypatrzył na drodze mały oddziałek chińskich żołnierzy. Nieznacznie polecił towarzyszom, by więcej skryli twarze w kożuchach. Bosman i Tomek wymienili wesołe spojrzenia na widok umundurowanych wojaków, bardziej bowiem przypominali oni piratów niż żołnierzy. Spod barwnych chustek, zawiązanych na tyle głowy, opadały im na plecy czarne włosy splecione w warkocz. Z tyłu i z przodu na kurtce mieli naszyte białe kwadraty z wpisanym na nich własnym nazwiskiem oraz nazwiskiem dowódcy oddziału. Całość munduru uzupełniały luźne szarawary, związane u dołu ponad kostką oraz czarne buty. Żołnierze, uzbrojeni w stare karabiny, szli gęsiego skrajem drogi. Na przedzie kroczył dowódca. Obok niego dreptał tłumacz [156] ubrany w długi chałat.
Dowódca niedbale przypatrywał się mijanym ludziom. Naraz dostrzegł jeźdźców zakutanych w kożuchy i ich juczne konie. Rzucił po chińsku jakiś rozkaz. Natychmiast tłumacz zawołał po tiursku:
— Skąd i dokąd jedziecie?
— Jesteśmy kupcami rosyjskimi. Jedziemy z Margielanu [157] do Chotanu — odparł Pandit Davasarman, zatrzymując wierzchowca przed oficerem.
Chińczyk wysłuchał tłumacza, po czym znów zadał pytanie:
153
Powierzchnia pustyni Takla Makan wynosi 320000 km2. Jest ona po pustyni Gobi (Mongolia, Chiny) oraz pustyni Rub el-Chali (Półwysep Arabski) trzecią co do wielkości pustynią Azji.
154
Rzeka Tarym ma 2190 km długości. Ujście jej rozlewa się w błotach i jeziorze Łob-nor. Wraz z dopływami: Chotan-daria, Jarkend-daria, Kaszgar-daria i innymi, tworzy najważniejszy dział wodny kotliny Tarymu.
155
Karghalik (po chińsku: Yeh'cheng) — miasteczko o dziesięciu tysiącach mieszkańców, leżące na południe od Jarkendu, obecnie w południowo-zachodnim Sinkiangu we Wschodnich Chinach.
156
Chińczycy pogardzali miejscowym językiem tiurskim i porozumiewali się z krajowcami za pośrednictwem tłumaczy.
157
Margielan — stare miasto leżące w Kotlinie Fergańskiej (obecnie w południowo-wschodniej Uzbeckiej SRR), znane między innymi z handlu bawełną i jedwabiem.