Tomek na tropach Yeti
- Автор: Шклярский Альфред
- Серия: Приключения Томека Вильмовского #4
- Год: 2011
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Muza S.A.
- ISBN: 978-83-7758-064-6
- Жанр: Детские и приключения
Электронная книга - «Tomek na tropach Yeti». Краткое содержание книги:
— Po co i do kogo jedziecie do Chotanu?
— W Chotanie nie znamy nikogo. Wieziemy jedwab na sprzedaż — odpowiedział Pandit Davasarman, po czym wymownie obejrzał się na towarzyszy.
Na ten znak Smuga z bosmanem przybliżyli się do niego. Tomek oraz jego ojciec nieznacznie wsunęli prawe dłonie pod kożuchy.
— Otwórzcie juki, chcemy obejrzeć ten jedwab — rozkazał tłumacz.
— Dobrze, zaraz pokażemy wam zawartość naszych juków, ale najpierw przedstawię dowódcy pewien polecający dokument, który wieziemy do ambania [158] Chotanu — zgodnie powiedział Pandit Davasarman.
Gdy tłumacz powtarzał jego słowa, Pandit wolno wsunął prawą dłoń pod kożuch; lewą ściągnął uzdą łeb konia, by zmusić go do odwrócenia się bokiem do oficera. Żołnierze zatrzymali się w bezładnej gromadce za nachmurzonym dowódcą. Pandit Davasarman pochylił się ku Chińczykowi, jakby chciał podać mu dokument wydobywany spod kożucha. Nagle błyskawicznym ruchem wyszarpnął dłoń uzbrojoną w ciężki rewolwer. Zaskoczony dowódca nie zdążył się uchylić. Mocny cios rękojeścią rewolweru w głowę powalił go na ziemię. Niemal w tej samej chwili Smuga i bosman zeskoczyli z koni — wydobytymi z kieszeni rewolwerami zaszachowali zdumionych żołnierzy. Zrozumieli swą bezsilność, bo oto pięciu dalszych jeźdźców natarło na nich końmi grożąc rewolwerami i karabinami.
— Nie stawiajcie oporu, a nic wam się nie stanie — zawołał Pandit Davasarman. — Nie zabierzemy wam broni, oddajcie jedynie naboje!
Tłumacz przerażony niespodziewanym atakiem pospiesznie powtórzył żołnierzom, czego od nich żądano. Ci ostatni mimo zaskoczenia nie wykazywali przestrachu. Szeptem naradzali się między sobą.
— Bosmanie, poleciłem im oddać naboje, poproś ich, aby tak długo się nie namyślali — powiedział Pandit Davasarman płynną ruszczyzną.
Olbrzymi marynarz wsunął rewolwer za pas kożucha. Tomek i Udadżalaka zeskoczyli z koni.
— Odsuń się trochę, przyjacielu — po rosyjsku rzekł bosman do Smugi.
Sękatym łapskiem chwycił pierwszego z brzegu żołnierza za bluzę na piersiach. Jak piórko uniósł go do góry jedną ręką, a drugą wyrwał mu karabin i rzucił o ziemię. Chińczyk krzyknął coś wysokim głosem, lecz w tej chwili bosman cisnął nim w zdezorientowaną gromadkę. Jeden z żołnierzy zamachnął się na olbrzyma kolbą karabinu. Wtedy podskoczył Tomek, obydwoma rękami chwycił lufę karabinu i szarpnął do tyłu, przewracając żołnierza na ziemię. Udadżalaka kolbą uderzył w plecy najbliższego napastnika. Na tym bijatyka się skończyła.
Chińczycy po tym krótkim, bezkrwawym oporze rzucili karabiny na ziemię. Bosman, Tomek i Udadżalaka sprawnie zrewidowali żołnierzy. Ze zdziwieniem stwierdzili, że tylko jeden z nich posiada trzy, a drugi jeden nabój. Wszystkie karabiny były nie nabite.
Dowódca tymczasem odzyskał przytomność. Ciężko dźwigał się z ziemi.
— No, no, niezbyt tęgich obrońców ma chiński cesarz — odezwał się bosman. — Proszę, chcieli nas straszyć patykami!
Dowódca krzyknął coś po chińsku.
— Czego on chce? — zapytał Pandit Davasarman tłumacza.
— Nie gniewaj się na mnie, szlachetny panie, lecz on mówi, że nie przejdzie wam to na sucho. Obiecuje zaaresztować was w Karghaliku i dostarczyć Padszy-Szab-Bekowi [159].
— Bardzo dobrze, zaświadczymy, że wypełnił razem z żołnierzami swoją powinność. Teraz precz od nas, bo będziemy strzelali!
Ku zdziwieniu przestraszonych wieśniaków, karawana ruszyła z kopyta ku miasteczku. Pandit Davasarman nawet nie obejrzał się za siebie, lecz zaledwie osłonił ich pagórek, natychmiast zjechali z drogi na północ. Niebawem miasteczko oraz mury fortecy zniknęły w dali na horyzoncie. Pandit Davasarman zwolnił tempo jazdy.
— Tutaj jesteśmy bezpieczni — poinformował towarzyszy. — Nie będą nas ścigali po bezwodnych, piaszczystych wydmach.
— I my również zginiemy łatwo wśród lotnych piasków pustyni Takla Makan — wtrącił Tomek.
— Nie martw się, damy sobie radę — uspokoił go Pandit Davasarman. — W najbliższej oazie napełnimy wory wodą i zakupimy paszy dla koni. Trzykrotnie byłem już w tym kraju.
— Czegoś się pan tak przestraszył tych żołnierzy? — zagadnął bosman. — Nie dogoniliby nas pieszo.
— Czy nie zwróciło twej uwagi, szlachetny sahibie, że spośród tylu ludzi wędrujących w kierunku miasta ów oficer nas właśnie zatrzymał? Czy to nie wydało ci się podejrzane?
— Pandit Davasarman ma rację, mnie również zaskoczyła natarczywość, z jaką chciał sprawdzić zawartość juków — potwierdził Smuga. — Zachowywał się, jakby wiedział, kogo lub czego ma szukać.
— Ja także odniosłem podobne wrażenie — dodał Wilmowski. — Być może Rosjanie zawiadomili władze chińskie, iż podejrzani ludzie przekroczyli granicę Turkiestanu?
— Kto wie? Oddział Kozaków po rozgromieniu bandy Naib Nazara, na pewno rozglądał się za karawaną, która stawiła tak zacięty opór bandytom. Wiedzieli, że jesteśmy dobrze uzbrojeni — powiedział Pandit Davasarman.
— W takim razie Chińczycy nie wysłaliby na poszukiwanie patrolu bez nabojów do karabinów — powątpiewał bosman.
— Nie znasz tutejszych stosunków, sahibie — wyjaśnił Pandit Davasarman. — Chińscy dowódcy nie dbają o żołnierzy. Większość sum otrzymywanych na zaopatrzenie wojska zagarniają do własnych kieszeni. Tym niemniej musimy zachować ostrożność. Nie możemy stale siłą torować sobie drogi, a tym bardziej pokazywać się w miastach o licznej policji i załogach wojskowych.
— Jaką taktykę doradzasz zastosować, Pandicie? — zagadnął Wilmowski.
— Taką samą, jaką obrałem podczas mej drugiej bytności w Chińskim Turkiestanie. Wtedy również celem mojej podróży był Chotan.
— Na czym polegała owa taktyka?
— Z Karghaliku wiodą dwie drogi do Chotanu. Jedna z nich przez Guma ciągnie się wzdłuż południowego skraju pustyni Takla Makan. Druga oddala się bardziej na południe i podnóżem gór Kunlun prowadzi do Sandżu, skąd zbacza na północny wschód i w miejscowości Sanguja łączy się z pierwszą drogą. Wolę trzymać się drogi na Guma, z której w każdej chwili można zjechać w pustynię i zatrzeć za sobą ślady. Będziemy zataczali małe łuki w Takla Makan wzdłuż traktu. W ten sposób unikniemy niepożądanych spotkań. W mało uczęszczanych oazach możemy zaopatrywać się w wodę i paszę.
— Rada dobra, ani słowa! Nareszcie nie muszę wytrząsać się po górzyskach — chwalił bosman. — Pustynia przypomina mi morze. Spójrzcie tylko, piaszczyste barchany [160] z daleka wyglądają jak fale!
— W pobliżu tych okolic rosyjski podróżnik Przewalski odkrył dzikiego konia i wielbłąda [161] — wtrącił Tomek.
Kilka godzin brnęli przez szczerą pustynię. Jechali wzdłuż wysokich wydm, to znów przerzynali się przez półksiężycowate barchany utworzone przez lotne piaski. Po południu Pandit Davasarman zboczył nieco ku traktowi. Doprowadził karawanę do zagubionej w piaskach małej oazy. Kilka nędznych chatynek otaczało zajazd. Obok niego mieściła się cysterna z wodą. Podróżnicy napoili konie, napełnili wszystkie wory wodą, uzupełnili własne zapasy żywności oraz kupili paszy. Po krótkim wypoczynku znów zaszyli się w pustynię.
Podczas następnych kilku dni Pandit Davasarman z Udadżalaką urządzali zwiadowcze wypady do pobliskich oaz na drodze do Chotanu. Stwierdzili ponad wszelką wątpliwość, że stacjonujące w nich oddziałki wojskowe pilnie obserwowały wszystkie karawany. W takiej sytuacji ostrożność nakazywała omijanie osad. Wędrówka przez rozległe, piaszczyste wydmy Takla Makan stawała się coraz bardziej uciążliwa. Co jakiś czas rozbijali obóz w szczerej pustyni, jedynie Pandit Davasarman bądź Udadżalaka wypuszczali się wtedy do osiedli po prowiant, wodę i paszę.
158
Ambań — chiński rządca.
159
Nazwa naczelnika policji.
160
Piaski na pustyni często układają się tu i ówdzie w wydmy w kształcie półksiężyca, czyli tak zwane “barchany”, łagodnym, wypukłym zboczem zwrócone do wiatru.
161
Przewalski odkrył wspomniane przez Tomka zwierzęta na stepowo-pustynnych równinach Dżungarii, kotlinowym obniżeniu między Ałtajem a Tien-szan.