Tomek na tropach Yeti
- Автор: Шклярский Альфред
- Серия: Приключения Томека Вильмовского #4
- Год: 2011
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Muza S.A.
- ISBN: 978-83-7758-064-6
- Жанр: Детские и приключения
Электронная книга - «Tomek na tropach Yeti». Краткое содержание книги:
Międzyrzecze, nawiedzane często przez powodzie, porastały łęgowe lasy topolowe podszyte gąszczem wysokich trzcinowych oczeretów. Wilmowski, zamiłowany botanik, zwrócił uwagę na te nie spotykane gdzie indziej w Azji Środkowej drzewa. Smukłe z rozłożystymi koronami topole, zwane “tugrak”, rosły na piaszczystych barchanach. Ich suche liście szeleściły i rozsypywały się w proch za lada podmuchem wiatru. Podróżnicy wolno torowali sobie drogę przez gęstwinę. Trzymali w pogotowiu broń, tutaj bowiem łatwo było natknąć się na duże stada dzików i tygrysów. Pandit Davasarman podczas poprzedniej bytności w Chińskim Turkiestanie widział w tych okolicach również dzikie konie i wielbłądy.
Tonąc w wysokich trzcinach wraz z końmi, orientowali się tylko według położenia słońca. Konsekwentnie zdążali na wschód ku brzegowi Jurang-kasch-darii. Po przeprawie przez tę rzekę, Pandit Davasarman, bosman i Tomek odłączyli się od karawany. Aby w Chotanie nie budzić podejrzeń straży miejskiej, nie zabrali karabinów ani juków. W trójkę skierowali się na południe wzdłuż brzegu Jurang-kasch-darii, podczas gdy cała karawana udała się w kierunku południowo-wschodnim, by ominąć miasto i w umówionym miejscu u podnóża gór rozbić obóz.
Bliżej Chotanu trzej jeźdźcy znaleźli się wśród uprawnych pól, poprzecinanych sztucznymi kanałami. Jeszcze przed zmierzchem dotarli do drogi wiodącej ze wschodu do miasta. Teraz skręcili na zachód wprost ku Chotanowi. Jeśli patrole chińskie nadal kontrolowały karawany dążące z zachodu, to dzięki sprytnemu manewrowi Pandita Davasarmana nie powinny były zwrócić uwagi na trzech jeźdźców, przybywających do Chotanu z odwrotnego kierunku. Pokrzepieni tą nadzieją spokojnie jechali drogą wysadzoną drzewami morwowymi oraz topolami. Znużeni monotonnym krajobrazem piaszczystej pustyni, ciekawie rozglądali się po rozległej oazie i podziwiali przydrożne wioski tonące w zieleni sadów i pól.
Raźno zbliżali się do Chotanu. W rzeczywistości miasto tworzyły trzy miasteczka: Ilcza, Jurung-kosz i Kara-kosz, aczkolwiek krajowcy tylko pierwsze z nich, największe, zwykli zwać Chotanem. Miasto nie było okolone murem, mimo to wjechać do niego można było jedynie przez jedną z pięciu bram, a po ich zamknięciu przez furtkę kontrolowaną przez wojskową wartę.
Znajomy Pandita Davasarmana mieszkał w Ilczy-Chotanie. Ponieważ podróżnicy nadjechali ze wschodu, musieli minąć miasteczka Jurung-kosz i Kara-kosz, aby dotrzeć do jego domu. Dzięki ożywionemu ruchowi bez trudności przemknęli się wśród tłumu ludzi oraz jucznych zwierząt przez bramę do miasta. Mijali wąskie uliczki pozbawione jakiejkolwiek zieleni. Szare, ponure domy przeważnie nie posiadały okien. W ten sposób przezorni wyznawcy Allacha chronili swe kobiety przed pokusą pokazywania się z nie osłoniętymi twarzami obcym mężczyznom. Górne piętra niektórych domów wysuwały się ponad ulice, a nawet łączyły się z domami po przeciwnej stronie, toteż miejscami podróżnicy jechali niczym przez długie mroczne tunele.
Pandit Davasarman zatrzymał wierzchowca w pobliżu głównego rynku, całkowicie ocienionego dachem. Zsiedli z koni. Znajdowali się przed piętrowym, wąskim domem. Nad masywnymi drzwiami, obecnie jeszcze szeroko otwartymi, wisiał szyld pokryty chińskim pismem.
— Jesteśmy na miejscu — oświadczył Pandit Davasarman.
— Czy ten pana znajomy jest Kitajcem? — zapytał bosman, zerkając na pokryty hieroglifami szyld.
— Tak, jest Chińczykiem, lecz ożenił się z Kirgizką — wyjaśnił Pandit Davasarman. — Będziecie mogli z nim rozmawiać po rosyjsku.
Przywiązali konie do żelaznych kółek wmurowanych w ścianę, po czym weszli do sklepu. Sun Li, właściciel, musiał być bardzo zamożnym człowiekiem. Świadczyły o tym stosy kaszgarskich dywanów, dorównujących znanym na całym świecie perskim artystycznym kobiercom, oraz umieszczone na półkach setki kumganów, czyli imbryków do herbaty, ozdobne tace i inne naczynia z doskonale cyzelowanej miedzi.
Zaledwie znaleźli się w sklepie, zza kotary z różnokolorowych koralików wynurzył się stary Chińczyk w krymce na głowie. Potrząsnął wyciągniętymi przed siebie, złożonymi razem dłońmi i jednocześnie pochylił głowę.
— Czy zastaliśmy dostojnego Sun Li? — po rosyjsku zapytał Pandit Davasarman.
— Mój pan oddalił się do swego mieszkania, lecz chociaż jestem wobec niego tylko nędznym prochem, postaram się spełnić wszystkie życzenia czcigodnych gości. Zaraz podadzą herbatę, a potem porozmawiamy o interesach — odparł Chińczyk.
— Chętnie napijemy się herbaty, lecz najpierw powiadom dostojnego Sun Li, iż przybył z daleka wędrowiec, aby obejrzeć drogocenny kumgan, z wyrytymi na nim figurami wszystkich narodów Azji.
— Natychmiast wykonam twe polecenie, czcigodny panie — szepnął Chińczyk, po czym schylony w niskim ukłonie skrył się za zasłoną.
Słowa Pandita Davasarmana musiały zawierać umówione hasło, gdyż po krótkiej chwili znów zaszeleściła koralowa zasłona. Przed podróżnikami stanął mężczyzna odziany w długą, jedwabną kurtkę oraz luźne spodnie. Spod obcisłej, okrągłej krymki na głowie opadał mu na plecy długi warkocz. Ze złożonymi na brzuchu rękoma i dłoniami wsuniętymi w szerokie rękawy kurtki, spoglądał przenikliwym wzrokiem na przybyłych.
— Nie poznałeś mnie, dostojny Sun Li! Zaraz przypomnisz sobie tego, którego kiedyś nazwałeś wielkodusznym przyjacielem — zagadnął Pandit Davasarman. Uchylił futrzanej czapy.
Jedynie błysk oczu Sun Li mógł zdradzić, iż poznał gościa. Zaraz jednak opuścił powieki. Pochylił się nisko, mówiąc:
— Witaj, czcigodny Pandicie, w moich skromnych progach. Dawno cię nie widziałem. Zapewne jesteś z przyjaciółmi?
— Zgadłeś, dostojny Sun Li. Nasze wierzchowce zostawiliśmy przed domem.
Sun Li klasnął w dłonie. Zza zasłony bezszelestnie wysunęło się czterech krępych chińskich służących. Stanęli wyczekująco obok swego chlebodawcy. Wsunięte pod kaftany dłonie zapewne zaciskały się na rękojeściach sztyletów. Sun Li rzucił po chińsku krótki rozkaz, a następnie skłonił się przed gośćmi i rzekł po rosyjsku:
— Chodźcie, czcigodni przyjaciele, na górę do mego mieszkania. Służba zaopiekuje się końmi i zaraz zamknie sklep. Nikt nam nie będzie przeszkadzał.
Za zasłoną pięły się w górę kręte schody. Po nich weszli na pierwsze piętro. Sun Li wprowadził ich do obszernej izby oświetlonej kolorowymi lampionami. Wzdłuż jednej ściany stał kan, to jest rodzaj szerokiej ławy z cegły otynkowanej gliną, w której wnętrzu były zbudowane kanały, jak u nas w kaflowych piecach. W istocie rzeczy owa ława zastępowała piec i ciągnęła się wzdłuż jednej ściany przez wszystkie pokoje. Przy wejściu do mieszkania znajdował się otwór tego oryginalnego pieca i palenisko, podczas gdy ujście do komina mieściło się na drugim końcu kanu. Dobrze nagrzany kan utrzymywał ciepło przez całą dobę, toteż w zimne dni Chińczycy używali go jako ławy, a w nocy rozściełali na nim maty do spania.
Podłogę izby pokrywały wzorzyste dywany. Niski, okrągły stół, taborety, oszklone gabloty z porcelanowymi figurynkami i ozdobne skrzynie z podobiznami straszliwych smoków stanowiły umeblowanie. Sun Li poprosił podróżników, aby czuli się jak we własnym domu. Trójka przyjaciół zdjęła grube kożuchy i zasiadła na niskich taboretach. Służba zaraz wniosła kumgan z zielonawą, gorzkawo-cierpką oryginalną chińską herbatą. Gospodarz osobiście napełnił nią porcelanowe filiżaneczki.