Tomek na tropach Yeti
- Автор: Шклярский Альфред
- Серия: Приключения Томека Вильмовского #4
- Год: 2011
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Muza S.A.
- ISBN: 978-83-7758-064-6
- Жанр: Детские и приключения
Электронная книга - «Tomek na tropach Yeti». Краткое содержание книги:
Przez przeszło dwa tygodnie gromadka przyjaciół przedzierała się przez pustynię. Wszyscy byli już porządnie zmęczeni. Zewsząd otaczało ich bezmierne morze piasków, urozmaiconych jedynie barchanami i wydmami, osiągającymi często wysokość kilkudziesięciu metrów. Wiatr wdmuchiwał piasek do ust, nosów, uszu, wciskał go pod ubrania i do juków. Toteż gdy Pandit Davasarman oznajmił pewnego popołudnia, iż znajdują się już w pobliżu Chotanu, wszyscy, z wyjątkiem bosmana przyjęli jego słowa z prawdziwym wybuchem radości. Jedynie marynarz z niepokojem wpatrywał się w zachodnio-północny pas nieba nad linią horyzontu.
— Bosmanie, czyżby pana martwiła wiadomość, że nareszcie dobijamy do portu? — zagadnął Tomek, starając się naśladować sposób mowy przyjaciela. — A może zagustował pan w monotonnym krajobrazie pustyni?
— Nie zwijaj przedwcześnie żagli, brachu — odparł bosman. — Czy pamiętasz, jak podczas polowania na strusie emu w Australii ogarnęła nas burza piaskowa?
— Oczywiście, pamiętam! Najadłem się wtedy niemało strachu. Dlaczego akurat teraz wspomina pan o tym?
— Zerknij na niebo na północnym zachodzie!
Tomek odwrócił się w siodle. Osłonił ręką oczy.
— Hop, hop! Przystańcie na chwilę! — zawołał do towarzyszy. — Spójrzcie na północny skłon nieba!
Karawana zatrzymała się; wszyscy odwrócili głowy we wskazanym przez Tomka kierunku.
W dali na linii horyzontu niebo przybierało szarożółtą barwę.
— Pan bosman właśnie zwrócił uwagę na to zjawisko — wyjaśnił Tomek. — Niebo tak samo wyglądało w Australii, gdy podczas polowania na emu wpadliśmy w burzę piaskową.
— Nie uciekniemy przed nią. Wiatr wieje z północnego zachodu — powiedział Pandit Davasarman.
— Cieszcie się dalej, panowie. Do Chotanu mamy niedaleko — ironizował bosman. — Oj, panie Davasarman, żeby taki stary wyga nie wyniuchał w porę niebezpieczeństwa! Cackasz się pan tylko z Kitajcami [162], a burzę piaskową prześlepiasz!
— Należy mi się nagana, sahibie, wkrótce rozpęta się tu prawdziwe piekło. Jedźmy jak najszybciej na wschód.
— Chcesz zboczyć z drogi do Chotanu? — zapytał Smuga.
— Tak, w tamtym właśnie kierunku natknąłem się kiedyś na dawne miasto zasypane przez piaski. Gdybym tylko zdołał je odnaleźć, mielibyśmy bezpieczne schronienie. Ono powinno być gdzieś niedaleko.
— Jedźmy, nie mamy wyboru. Nawet jeśli nie odnajdziemy ruin miasta, to i tak nie pogorszymy swej sytuacji — ponaglał Wilmowski.
Popędzili konie. Niebo coraz bardziej zasnuwało się ciemnymi chmurami. Powiał porywisty wiatr. Pod jego gwałtownym podmuchem ożyły barchany i wzgórza. Wierzchowce odwracały łby ku południowi, rżały i rwały cuglami. Naraz koń Wilmowskiego gwałtownie rzucił się w bok. Spod piasku wyłaniała się końska czaszka, z żółtymi zębami. Nieco dalej wiatr odsłaniał szkielety ludzi oraz porzucone juki.
Pandit Davasarman bez przerwy parł na wschód. Niespokojnie rozglądał się dokoła. Dotarli do znacznego, szerokiego zagłębienia, jakby traktu przecinającego pustynię z południa na północ. Konie zsuwały się w dół, powiększając niesioną wiatrem chmurę piachu. Znaleźli się w dawnym korycie wyschłej rzeki. Stąd Pandit Davasarman zawrócił na północ. Teraz jechali wprost w objęcia piaskowej burzy.
Zanim pustynia całkowicie pogrążyła się w mroku, wyczuli, że konie znów zsuwają się po piaszczystym stoku. Wiatr uderzył raz jeszcze ze zdwojoną siłą, sypnął tumanami piasku i przycichł. Wjechali do pustynnej kotliny. Wśród wydm sterczały kikuty pni obumarłych drzew. Nieco dalej majaczyły pochłonięte przez piaski pustyni ruiny tajemniczego miasta. Z szarych wydm i gór piaskowych wynurzały się fragmenty domów z topolowego drzewa oraz z trzciny, polepionej biało malowaną gliną. Wierzchowce strzygły uszami i stawały dęba, gdy mijali rozwiane przez wichury grobowce. Gdzieniegdzie z rozbitych drewnianych trumien sterczały owinięte łykiem szkielety ludzkie.
Zatrzymali się przed na pół zasypanym domem. Przed wejściem stał posąg Buddy. Z filozoficznym spokojem wschodniego mędrca spoglądał w dal szarymi, zamyślonymi oczami. Nieczuły na tragedie ani złudne, doczesne triumfy ludzi drwił sobie z zaborczych piasków groźnej pustyni, z buranów [163] i stuleci, które minęły od chwili, gdy ogłosił światu narodziny nowej religii.
Pandit Davasarman zeskoczył z konia. Zniknął we wnętrzu budowli. Błysnęły płomyki zapałek. Po chwili wynurzył się z ciemnego otworu i zawołał:
— Rozjuczajcie konie! Bagaże wnosić do dalszych izb, w pierwszej umieścimy wierzchowce! Najpierw odszukajcie latarki oraz świece!
Wichura wzmagała się coraz bardziej. Z przeraźliwym świstem wdzierała się do kotliny, porywała z ziemi pył, miotała nim w niebo zasnute ciemnożółtymi obłokami...
Wkrótce potem z sąsiedniej, najobszerniejszej izby, dochodziły postękiwania koni żujących obrok. Podróżnicy, nie mniej wyczerpani od swych wierzchowców, w milczeniu jedli gorącą strawę ugotowaną na maszynce. Posiliwszy się, zapalili fajki. Przy migotliwym świetle świecy spoglądali na ściany, na których pozostały jeszcze dotąd resztki malowideł.
Tomek z latarką w dłoni zbliżył się do ściany. Wśród częściowo zatartych obrazów można było odróżnić zwiewnie ubrane, klęczące smukłe kobiety, czarnobrodych mężczyzn, zwierzęta oraz okręty.
— Zapewne dziwisz się, sahibie, skąd dawni mieszkańcy pustyni Takla Mahan mogli znać statki — zagadnął Pandit Davasarman.
— Istotnie zastanawiam się nad tym — odparł Tomek, siadając obok towarzyszy.
— Podczas obecnej wyprawy, dawno przestałem dziwić się czemukolwiek. Co krok niespodzianki — wtrącił bosman. — Na przykład czym żywili się mieszkańcy tej dzikiej pustyni?
— Nawodnij tylko ziemię, a zobaczysz, sahibie, jakie wyda plony. Czy nie zwróciłeś uwagi, iż dwieście a może nawet i więcej lat temu, płynęła tutaj duża rzeka? Jeszcze do dzisiaj pozostały tu ślady dawnych ogrodów. Podczas poprzedniej bytności znalazłem w zasypanych domach szczątki kądzieli oraz kokony jedwabnika — wyjaśnił Pandit Davasarman.
— Ile tajemnic kryją w sobie te kraje! — westchnął Tomek.
— Mój drogi, Azja Środkowa uważana jest za kolebkę rodu ludzkiego na Ziemi. W każdym razie tutaj powstały najstarsze kultury — zauważył Wilmowski.
— Czy sam odnalazłeś to wymarłe miasto, Pandicie? — zapytał Smuga.
— Nie, usłyszałem o nim od Svena Hedina.
— Nic pan przedtem nie mówił, że zna pan tego wielkiego podróżnika — zawołał Tomek.
— Tomku, mowa jest srebrem, a milczenie złotem — rzekł Smuga. — Pan Pandit Davasarman okazał wielkie zaufanie, zdradzając nam swą znajomość, ze szwedzkim badaczem. O ile wiem, nie mówił tego nawet Brytyjczykom.
— Bardzo przepraszam za mimowolną niedyskrecję — tłumaczył się Tomek, a potem dodał porywczo: — Nigdy nie nadużylibyśmy pana zaufania. Jestem pewny, że pan został wywiadowcą nie z chęci służenia interesom Brytyjczyków.
Zaległo kłopotliwe milczenie. Tomek zaczerwienił się pod karcącym wzrokiem ojca. Smuga, również zmieszany, niespokojnie spoglądał na Hindusa. Natomiast prostoduszny bosman pośpieszył druhowi z pomocą.
— Nie obrażaj się pan na Tomka. To szczery i życzliwy każdemu przyzwoitemu człowiekowi chłopak. Jasne jak słońce, że gwiżdżesz pan na Anglików oraz ich machlojki, skoro ani jednym słowem nie skarciłeś nas za ten psikus z karabinami — powiedział. — Jesteś pan wśród swoich prawdziwych przyjaciół. Potrafimy trzymać buzie zamknięte na kłódkę.
162
W średniowieczu Chiny nazywano: Cathaj, Kathay, Kithai.
163
Buran — syberyjska zadymka śnieżna; silny wiatr wiejący w Rosji i Azji Środkowej z północ-wschodu, któremu towarzyszą chmury drobnego piasku.