Tomek na tropach Yeti
- Автор: Шклярский Альфред
- Серия: Приключения Томека Вильмовского #4
- Год: 2011
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Muza S.A.
- ISBN: 978-83-7758-064-6
- Жанр: Детские и приключения
Электронная книга - «Tomek na tropach Yeti». Краткое содержание книги:
Minęły trzy długie godziny.
— Wykończymy całkowicie juczne konie — krzyknął Wilmowski, przytrzymując za uzdę krótko przy pysku pokryte pianą i potykające się zwierzę.
— Obejrzyj się, sahibie — odparł Pandit Davasarman. — Jeśli Naib Nazar dopadnie nas na równinie, zginiemy!
Wilmowski odwrócił się, długo spoglądał za siebie. W dali na stepie poruszały się czarne punkciki.
Znów pognali konie. Łańcuch gór Sarykolskich, oddzielający Rosyjski Pamir od Chińskiego Turkiestanu, był już bardzo blisko.
Tomek powstrzymał swego wierzchowca. Lunetą wodził po szeregu dżygitów. Pochyleni na końskie karki, zawzięcie smagali batami wierzchowce. Następnie Tomek z niepokojem spojrzał ku łańcuchowi gór.
“Dogonią nas” — pomyślał z determinacją. Szarpnął cuglami wierzchowca i pognał za towarzyszami.
— Ilu ich może być, Tomku? — zawołał Smuga, gdy młodzieniec zrównał się z nim.
— Kilkudziesięciu, dogonią nas...! Dlaczego zbaczamy ku północy zamiast wprost dążyć do gór?!
— Davasarman prowadzi, on wie, co robi!
Hindus jechał na przedzie. Bystrym wzrokiem wodził po łańcuchu górskim. W końcu wypatrzył gardziel znanego mu wąwozu. Widocznie powziął już jakiś plan, ponieważ wstrzymał konia. Gdy Udadżalaka przybliżył się do niego, szybko powiedział:
— Widzisz ten wąwóz? Wiesz, gdzie się znajdujemy. Sam poprowadzisz juczne konie. Gdy w wąwozie miniesz pierwsze skały, jedź wolno. Oszczędzaj konie.
— Niech kto inny poprowadzi juczne konie — zaoponował Udadżalaka, nie chcąc w krytycznej chwili opuścić swego dowódcy.
— Tylko ty znasz dobrze drogę, więc ty pojedziesz! Strata juków równa się kompletnej klęsce. Teraz spiesz się!
W luźnym szyku pięli się po łagodnym stoku pagórka, już wprost wiodącego do gardzieli wąskiego wąwozu. Jadąc wolno pod górę stali się doskonale widoczni dla pogoni. Zwycięski okrzyk kilkudziesięciu dżygitów, dochodzący z daleka, zmącił ciszę zalegającą nad równiną.
Podróżnicy zrozumieli, iż nie unikną walki na śmierć i życie, której wynik zdawał się być z góry przesądzony na korzyść Naib Nazara. Smuga pierwszy wydobył karabin z pochwy, wsuniętej z boku pod siodło. W tej chwili Pandit Davasarman uderzył swego wierzchowca piętami i podjechał do Smugi.
— Jeśli jeden celny strzał nie osadzi pogoni na miejscu, wszyscy zginiemy — rzekł repetując broń. — Spójrz, szikarze, na złomy skalne zalegające po obydwóch stronach wylotu wąwozu. Tam nieznacznie obydwaj się zaczaimy, podczas gdy reszta szikarów, razem z moimi żołnierzami, pojedzie dalej i zajmie pozycje wśród głazów, znajdujących się nieco głębiej w wąwozie. Gdy Naib Nazar wpadnie ze swoją bandą do wąwozu, nasi towarzysze muszą przywitać go ostrą salwą z karabinów i rewolwerów. To powinno wprowadzić na chwilę zamieszanie w szykach bandy. Wtedy jeden z nas dwóch zabije Naib Nazara.
— Czy jesteś pewny, że to powstrzyma pogoń?
— Bandyci dzielnie walczą pod dowództwem nieustraszonego wodza, lecz gdy on ginie, zazwyczaj prędko idą w rozsypkę. Poza tym to jedyna nasza szansa... Powiedz natychmiast towarzyszom, co mają czynić. Spiesz się, inaczej pogoń spostrzeże nasz manewr!
Smuga niezwłocznie porozumiał się z Wilmowskim, przekazując mu jednocześnie dowództwo nad grupą, która otwarcie miała stawić czoło napastnikom. Udadżalaka puszczony do przodu, wjeżdżał właśnie w gardziel wąwozu. Podróżnicy nie popędzali już swych zdrożonych wierzchowców. Pogoń szybko ich doganiała. Plan Pandita Davasarmana był desperacki, lecz wszyscy rozumieli, że jedynie słuszny.
Smuga z Panditem Davasarmanem wysforowali się na czoło umykającej grupki. Zaledwie wpadli za skały osłaniające wylot wąwozu, bosman i Tomek uchwycili cugle ich wierzchowców. Smuga z karabinem w dłoni zsunął się z siodła, Pandit Davasarman uczynił to samo. Obydwaj zaczęli wspinać się na blok skalny. Ostre kamienie raniły im dłonie, osuwały się spod stóp, lecz dwaj, zdecydowani na wszystko mężczyźni, nie zwracali na to uwagi. Zadyszani wpełzli na dogodnie nachyloną skałę, legli między głazami.
Ostrożnie wychylili głowy. Udadżalaka znikał z jucznymi końmi za załomem wąwozu. O jakieś czterdzieści metrów dalej od nich Wilmowski z grupką towarzyszy zsiadł z koni, zajmując obronne stanowiska za złomami kamiennymi. Triumfalne wycie rozgrzanych pogonią dżygitów już rozbrzmiewało w wąwozie szerokim echem.
Wkrótce pierwsi jeźdźcy pojawili się na spienionych rumakach. Gruchnęła salwa karabinowa. Kwik trafionych koni zmieszał się z okrzykiem wściekłości dżygitów. Celne strzały słane z ukrycia powstrzymały nieco pierwszy impet ataku, lecz coraz więcej dżygitów wpadało do wąwozu. Kryjąc się za końskimi szyjami, gromadą ruszyli na nieliczną garstkę podróżników. Znów zabrzmiały charakterystyczne salwy karabinów oraz strzały rewolwerowe. Kilku dżygitów zachwiało się w siodłach, kilku innych zwaliło się na ziemię. Bandyci nie zsiadając z koni odpowiedzieli ogniem karabinowym.
Główne siły pogoni teraz dopiero docierały do gardzieli wąwozu. Smuga i Pandit Davasarman, przyczajeni za skalną iglicą, nie zwracali uwagi na chaotyczną strzelaninę. Całą swą uwagę skupili na nadjeżdżającej gromadzie dżygitów, wśród których powinien znajdować się Naib Nazar. Zbliżała się decydująca walka.
Wataha dżygitów zatrzymała się u wejścia do gardzieli. Część z nich zeskoczyła z rumaków, by pieszo rozpocząć szturm w wąwozie. Chroniąc się za występami skalnymi mogli łatwiej zbliżyć się do strzelców ukrytych za głazami. Cichaczem wpełzli do wąwozu.
Teraz palba karabinowa znacznie przybrała na sile.
— Pandicie, wśród konnych u wylotu wąwozu musi znajdować się dowódca — szepnął Smuga. — Patrz, druga grupa dżygitów zsiada z koni.
— Jest, jest! Pochyla się na koniu i wskazuje ręką na stok góry! To Naib Nazar — szeptem odparł Pandit Davasarman. — W tej chwili na pewno poleca dżygitom wspiąć się na stok góry i od tyłu zajść naszych.
— Tak, masz rację! Na pewno chcą ich wziąć w dwa ognie, aby prędzej zakończyć walkę!
— Czas na nas, szikarze. Niedługo strzał stanie się bardzo niepewny, słońce chyli się już ku zachodowi... Żeby Naib Nazar odwrócił się do nas przodem...
— Trudno, nie możemy zwlekać. Ja strzelę pierwszy, lecz ty, Pandicie, równocześnie bierz go na muszkę karabinu. Jeśli chybię, strzelaj natychmiast po mnie. Tylko mierz spokojnie, trochę powyżej pasa...
Smuga rozpiął kożuch. Jeszcze bardziej wychylił się zza głazu. Przyłożył kolbę karabinu do ramienia. Powoli unosił lufę, trzymając palec na spuście. Starannie mierzył w głowę, troszeczkę poniżej futrzanej czapy. Spokojnie nacisnął spust.
Huk pojedynczego strzału utonął w grzmocie palby rozbrzmiewającej w wąwozie. Nagle Naib Nazar szarpnął cuglami rumaka, a potem z rozkrzyżowanymi szeroko ramionami runął z siodła wprost na ręce dżygitów.
Zaledwie ujrzeli krew spływającą po skroni wodza okrzyk wściekłości i gniewu przygłuszył huk strzałów. Zaraz też całą gromadą zaczęli przygotowywać się do szarży na garstkę przeciwników. Nawet ci, co uprzednio na rozkaz Naib Nazara zsiedli z koni, teraz wskakiwali na siodła. Widząc to Smuga i Pandit Davasarman zaczęli strzelać w bezładną gromadę. Seria strzałów zdradziła dżygitom, skąd wystrzelono celną kulę, która powaliła ich wodza. Kilku śmiałków znów zeskoczyło z koni, by zaatakować ukrytych wrogów.
Smuga spojrzał na towarzysza. Porozumieli się wzrokiem. Plan zawiódł, postanowili jednak drogo sprzedać swe życie. Pandit Davasarman spokojnie przygotowywał się do walki wręcz. Spod kożucha wydobył zza pasa sztylet. Ujął jego rękojeść w zęby, po czym sprawnie ładował rewolwer. Smuga nie był tak spokojny jak on. Nie chodziło mu wszakże o własne życie. Teraz myślał jedynie o wiernych towarzyszach walczących w głębi wąwozu. Słychać było już chrapliwe oddechy dżygitów pnących się na skałę.