Demony Leningradu [calibre 3.42.0]
- Автор: Przechrzta Adam
- Год: 2011
- Язык: польский
- Год: Fabryka Słów
- ISBN: 978-83-7574-617-4
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Demony Leningradu [calibre 3.42.0]». Краткое содержание книги:
– Zbierają się do wyjścia – zameldował po chwili Drozd. – Wreszcie.
Ochlapałem twarz zimną wodą, wykonałem kilka forsownych oddechów. Jeśli coś miało się zdarzyć, to właśnie teraz. Dochodziła dwudziesta trzecia. Niedługo zamkną restaurację, a goście rozejdą się po pokojach. Większość z nich pójdzie spać, jutro czeka ich ciężki dzień – obchody dwudziestodwulecia Mosfilmu. Reżyserzy, scenarzyści, aktorzy. No i nasza ślicznotka, Nina Krawczenko.
Odgłosy kroków w korytarzu zapowiedziały nadejście aktorki i Kotuszewa. Zgrzytnął klucz, zza ściany doszedł nas damski chichot. Tima nie tracił czasu... Cóż, wojna. To nie jest moment na subtelne uwodzenie, kwiaty i recytowanie wierszy. Każdy dzień mógł być ostatnim, każda godzina liczyła się za miesiąc. Lepiej umierać ze wspomnieniem kobiecych ust na wargach, niż żałować, że czegoś się nie zrobiło. Na refleksję przyjdzie pora później. O ile będzie jakieś „później”...
Rozmyślania przerwał mi brzęk tłukącego się szkła. Poszła szyba w oknie albo na balkonie. Balkon! Siedzieliśmy na ostatnim piętrze, jeśli ktoś się przyczaił na dachu... Tylko że dach sprawdzono dwa dni temu i założono kłódkę na strych.
Obaj z Drozdem rzuciliśmy się do drzwi, gdzieś z dołu rozległy się stłumione strzały. Czyżby napastników było więcej? Palba dochodziła z pewnego oddalenia – piętro albo dwa niżej.
Wpadliśmy do apartamentu Krawczenko, dobrze, że szczęśliwa para nie zamknęła go od wewnątrz. Kotuszew – nagi jak go Pan Bóg stworzył – walczył z ubranym na czarno napastnikiem, aktorka leżała na dywanie, miałem nadzieję, że jest jedynie nieprzytomna.
Widząc nas, nieznajomy odrzucił Timę z taką łatwością, jakby krzepko zbudowany chłopak ważył nie więcej niż piórko. Jedynie solidny, a w chwilę później zdruzgotany stół, który znalazł się na drodze Kotuszewa, świadczył, że prawo grawitacji nie przestało jednak działać. Zaatakowałem podstępnym kopnięciem, które powinno zmiażdżyć mordercy rzepkę kolanową. Niestety, nic z tego, poczułem ból, jakbym trafił w drewniany słup, a mój przeciwnik odpowiedział zamaszystym, niefachowym ciosem. Tyle że zadanym z nieprawdopodobną, oślepiającą wprost szybkością. Zwaliłem się na podłogę, nie zdążywszy w żaden sposób zareagować.
Słyszałem dziki, zwierzęcy warkot, przez mgnienie ujrzałem wykrzywioną w śmiertelnej koncentracji twarz Drozda. Próbowałem podnieść się na kolana, ale ręce nie chciały mnie słuchać, leżałem skulony w dziwacznej, niemalże embrionalnej pozycji. Zbliżające się głosy świadczyły, że pomoc jest już blisko. Żeby tylko Drozd wytrzymał! Żeby wytrzymał... Ktoś mnie potrącił, ktoś inny nadepnął na rękę. No i chuj! Grunt, że teraz damy sobie radę z napastnikiem. Nad moją głową przeleciało czyjeś ciało, oberwałem odłamkiem deski – znaczy znowu poszedł jakiś mebel. Nie wyglądało na to, żeby wojennaja razwiedka wygrywała... Podniosłem się na kolana, potrząsnąłem głową jak pies wychodzący z wody, odzyskałem ostrość widzenia. Na nogach trzymał się tylko nieznajomy i trzech naszych: dwóch trzymało mordercę za ręce, a trzeci – Mitia Fiszer – masakrował jego twarz potężnymi, metodycznie wymierzonymi ciosami. Ubrany na czarno mężczyzna przyjmował je z przerażającą, nieludzką odpornością, szarpiąc się i kopiąc, jakby bito nie w niego, lecz w ceglaną ścianę. Wreszcie udało mi się stanąć, złapałem grubą stołową nogę. Jak się okazało, doszedłem do siebie w ostatniej chwili: morderca trafił Mitię w biodro, wyraźnie słyszalny chrzęst pękających kości świadczył, że jest już o jednego gracza mniej... Nie czekałem na ciąg dalszy, uderzyłem nieznajomego w kark. Nie zdziwiłem się, że nie upadł, chyba po trosze tego oczekiwałem. Kiedy zaczął się odwracać, zadałem kilka kolejnych ciosów. Każdy z nich powinien nie to, że powalić, ale zabić. Zadziałał dopiero ostatni.
– Kajdanki! – wycharczałem. – Podwójne!
– Nogi też mu lepiej skujcie – powiedział Kotuszew, gramoląc się z podłogi. – Pierdolonemu zwierzakowi...
– Wezwijcie lekarza! – rozkazałem, obrzucając szybkim spojrzeniem pobojowisko.
Pomoc medyczna była niezbędna, oby skończyło się tylko na szpitalu, pomyślałem posępnie. Drozd i Krawczenko nadal nie dawali znaków życia.
Staliśmy z Kotuszewem na baczność, czekając, aż Generalny Komisarz raczy zwrócić na nas uwagę. Ten jednak albo był zajęty – nerwowo przekładał jakieś papiery, albo uważał, że omówienie przebiegu akcji nie jest w tym momencie priorytetem. Tyle że blady na twarzy Tima ledwo trzymał się na nogach – wstrząs mózgu. Szczerze mówiąc, i ja nie czułem się najlepiej, w końcu zaliczyłem klasyczny nokaut. I tak wyszliśmy z tej awantury lepiej niż Drozd – Pietka leżał jeszcze w szpitalu na obserwacji. A Mitia Fiszer będzie musiał zmienić zawód lub przynajmniej przesiąść się za biurko. Trudno walczyć, kuśtykając o lasce.
– Towarzyszu Generalny Komisarzu...
– Tak? – burknął Beria.
Nie podniósł wzroku znad dokumentów, może rzeczywiście miał coś ważnego do roboty?
– Podporucznik Kotuszew... – zacząłem niepewnie.
Dopiero teraz przyjrzał nam się uważniej, dostrzegł bandaż na głowie chłopaka.
– Och, siadajcie! – rzucił niecierpliwie.
Usiedliśmy. Jeszcze przez kilka minut czekaliśmy w ciszy przerywanej jedynie szelestem papierów i skrzypieniem wiecznego pióra. Wreszcie Genkom poskładał luźne kartki w schludny stosik i nieartykułowanym mruknięciem zachęcił mnie do złożenia meldunku. Wysłuchał relacji, nie przerywając, ale spojrzenie, jakim mnie mierzył, trudno byłoby nazwać przyjaznym.
– Jak wytłumaczycie tę wpadkę? – spytał. – Pięć osób w szpitalu, morderca ledwie żyje, a i Krawczenko skarży się właśnie towarzyszowi Stalinowi.
– Z całym szacunkiem – wycedziłem przez zaciśnięte zęby – operacja zakończyła się sukcesem: napastnicy zostali pojmani, kilku naszych rzeczywiście jest poszkodowanych, ale żaden nie zginął, a co do Krawczenko, to tylko babska histeria. No i mściwość – dodałem z westchnieniem.
– Mściwość? – Genkom uniósł brwi wyraźnie zainteresowany.
Przez moment wyglądało, jakby Kotuszew chciał się wtrącić do rozmowy, zrezygnował jednak po krótkim namyśle. Na swoje szczęście. Nie sądziłem, żeby towarzysz Beria był zainteresowany jego wyjaśnieniami.
– Ten matoł – wskazałem ruchem głowy Kotuszewa – spoufalił się nieco z naszą gwiazdą. Kiedy okazało się, że towarzyszył jej służbowo, a nie z powodów... osobistych, panna Krawczenko trochę się zdenerwowała.
– Towarzyszył?
– W momencie ataku oboje byli w jej apartamencie – poinformowałem, wzruszając ramionami.
– Nie sądzicie, majorze, że wasi ludzie pozwalają sobie na zbyt wiele? – wysyczał wyraźnie wściekły Beria.
Przysiągłbym, że dojrzałem w oczach Genkoma błysk zazdrości. No ładnie...
– Porucznik Kotuszew wykonywał moje rozkazy – oznajmiłem dobitnie. – I gdyby nie on, Krawczenko byłaby martwa. Nikt nie mógł przypuszczać, że ten... ten wybryk natury pół godziny będzie wisiał na piorunochronie, a kiedy zakończy się przeszukanie dachu, spędzi na nim kolejne dwa dni. Bez jedzenia i picia!
– Ekipa, która przeszukiwała dach, powinna go zauważyć!
Zgrzytnąłem zębami – co prawda, to prawda...
– Macie rację, towarzyszu Generalny Komisarzu, powinna. Dowodzący przeszukaniem został dzisiaj zdegradowany. Nie zabezpieczył w odpowiedni sposób terenu.
Genkom prychnął pogardliwie, jednak informacja o karze, jaką poniósł ktoś z wojennoj razwiedki, wyraźnie go uspokoiła.
– Dlaczego nazywacie go wybrykiem natury? I co to za historia: ośmiu ludzi nie potrafi dać sobie rady z jednym dupkiem? Moi eksperci twierdzą, że to niesłychane!