Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]
- Автор: Силверберг Роберт
- Серия: Kroniki Majipooru #1
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 978-83-7590-017-0
- Переводчик: Helena Michalska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]». Краткое содержание книги:
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
Nawet w oczach Zalzana Karola pojawiła się niepewność, lecz mimo to Skandar odezwał się zwykłym szorstkim głosem:
— Żonglujmy dalej. Jesteśmy tu po to, żeby ich zabawiać.
— Sądzę, że ich zabawiamy, ale niekoniecznie jako artyści — odparł Valentine.
— Dopóki jednak nimi jesteśmy, grajmy swoje role.
Dał krótki sygnał braciom i w powietrzu zaczęły krążyć w niepojętej wprost ilości różne ostre i niebezpieczne przedmioty. Sleet, po krótkim wahaniu, zgarnął pełne naręcze maczug i, wzorem Skandarów, puścił je w ruch, Carabella zrobiła to samo, ale ręce Valentine'a były chłodne i odmawiały mu posłuszeństwa.
Dziewięciu Metamorfów poszło w ślady żonglerów; jednak ich żonglowanie, pozbawione jakichkolwiek umiejętności czy odrobiny artyzmu, było czystym urągowiskiem. Zamierzonym urągowiskiem, pomyślał Valentine. Poruszając się jak we śnie Metamorfowie przerzucali z ręki do ręki jakieś nie zidentyfikowane przedmioty, kawałki drewna, twardoskóre czarne owoce. Chybiali celu, schylali się, podnosili to, co upadło, zaczynali od nowa. Obojętnie, powoli, jak we śnie. Ale o dziwo, ich występ rozruszał wreszcie publiczność. Metamorfowie na widowni buczeli — czy był to tutejszy sposób wyrażania pochwały? — podskakiwali rytmicznie, uderzali w dłonie i kolana, aż wreszcie niektórzy z nich też zaczęli się zmieniać. Valentine dostrzegł wśród Metamorfów obcych, nie znanych mu ludzi, przypadkowych Hjortów czy Su-Suherów, ale zobaczył również kilka Carabell i Deliamberów. W pewnej chwili w najbliższym mu rzędzie siedziało sześciu czy siedmiu Valentine'ów.
Kontynuowanie przedstawienia w tak szalonych okolicznościach zdawało się bezsensowne, ale żonglerzy, wierni swej sztuce, nie ustępowali, mimo że ich gra stawała się coraz bardziej chaotyczna, że przepuszczali kolejki rzutów, gubili maczugi i sztylety i łamali podstawowe zasady żonglerki.
— Och, spójrz tylko! — krzyknęła Carabella.
Dziewczyna patrzyła na grupę dziewięciu fałszywych artystów i wskazywała tego, który uosabiał Valentine'a.
Valentine zamarł.
To, co wyprawiał Metamorf, przechodziło wszelkie pojęcie, napawało zarówno grozą, jak i oburzeniem. Oscylował między dwoma kształtami. Jeden z nich przedstawiał obecnego tu Valentine'a, wysokiego, barczystego młodego mężczyznę o złocistych włosach i dużych dłoniach.
Ale ten drugi kształt — to była postać Lorda Valentine'a, Koronala.
Metamorfozy następowały jedna po drugiej, nieprzerwanie, niczym błyski światła. W jednej sekundzie Valentine widział siebie podwójnie, a już w następnej na jego miejsce zjawiał się czarnobrody Koronal, o płonących oczach, uosobienie potęgi i godności, po czym i on znikał, a powracał zwykły żongler. Pomruk tłumu stawał się głośniejszy z chwili na chwilę. Tłum chwalił widowisko: Valentine… Lord Valentine… Valentine… Lord Valentine…
Pod Valentinem ugięły się nogi. Poczuł ból w skroniach i spływające wzdłuż kręgosłupa krople zimnego potu. Nie można było się mylić co do znaczenia tej pantomimy. Jeśli spodziewał się potwierdzenia tego, czego doświadczał od pobytu w Pidruid, to właśnie je otrzymał. Ale dlaczego tutaj? Dlaczego w tym mieście zagubionym w lasach? Dlaczego pośród tego pradawnego ludu?
Popatrzył na własną, skarykaturowaną twarz.
Popatrzył na twarz Koronala.
Pozostałych ośmiu lunatycznych żonglerów podskakiwało i podrygiwało w jakimś koszmarnym tańcu. Ich nogi to podnosiły się wysoko, to tupały o ziemię. Fałszywe ramiona Skandarów wirowały dokoła i grzmociły o własne ciała, fałszywe włosy Carabelli i fałszywe włosy Sleeta powiewały na nocnym wietrze.
Dziewiąty fałszywy Valentine nieustannie zmieniał twarz z ciemnowłosej na jasnowłosą, z jasnowłosej na ciemnowłosą.
Nastąpił koniec przedstawienia. Dziewięciu Metamorfów znieruchomiało pośrodku scenicznego kręgu, wyciągając ręce ku publiczności, a publiczność odpowiedziała im powstając z miejsc i poddając się rytmowi jakiegoś szalonego tańca.
Tańcząc, potoki Metamorfów wypłynęły w noc ku straganom i następnym rozrywkom, jakie zgotował im festyn.
Valentine, oszołomiony, odwrócił się powoli i zobaczył zastygłe ze zdziwienia twarze współtowarzyszy. Zalzan Kavol stał z obwisłą szczęką i bezwładnie opuszczonymi ramionami, tuż za nim cisnęli się zbici w gromadkę jego bracia, z wyrazem przerażenia w oczach. Sleet był niebezpiecznie blady. Carabella, wprost przeciwnie, płonęła jak w gorączce. Valentine wyciągnął ku nim rękę. Zalzan Karol, potykając się, przestępując z nogi na nogę, ruszył do przodu i przystanął kilka kroków przed Valentinem. Zamrugał oczami, przejechał językiem po suchych wargach. Zdawało się, że głos odmawia mu posłuszeństwa.
— Panie mój… — odezwał się w końcu piszczącym, dziwacznym jak na Skandara głosem.
Najpierw on, a tuż po nim pięciu jego braci z wahaniem i niezdarnie osunęło się na kolana. Trzęsącymi się palcami Zalzan Karol zrobił znak gwiazdy: bracia poszli w jego ślady. Sleet, Carabella, Vinorkis, Deliamber uklękli jednocześnie. Chłopiec Shanamir, wystraszony, z trudem pojmując doniosłość chwili, wpatrywał się w Valentine'a z otwartymi ustami. Długo nie był w stanie zrobić żadnego ruchu, lecz w końcu i on pochylił się aż do ziemi.
— Czyście wszyscy powariowali? — rozległ się okrzyk Lisamon Hultin. — Na kolana! Oddaj hołd! — rzucił zdławionym głosem Sleet. -
Widzisz przecież, kobieto! On jest Koronalem! Złóż mu hołd!
— On jest Koronalem? — powtórzyła zmieszana.
Valentine rozłożył nad nimi ramiona w geście, który mógł oznaczać i błogosławieństwo, i dodanie otuchy. Wszyscy byli jednakowo wystraszeni. Bali się i jego, i tego, co się stało. On zresztą też się bał, ale jego lęk szybko minął, a powróciła świadomość własnej potęgi. Samo niebo zdawało się krzyczeć: Ty jesteś Lordem Valentinem, tym, który był Koronalem na Górze Zamkowej, i to ty pewnego dnia odzyskasz Zamek, jednak pod warunkiem, że będziesz o to walczył! Poczuł, że wracają mu siły, jakimi został kiedyś obdarzony. Nawet tu, w tym ociekającym deszczem, zagubionym zakątku planety, w tej lichej tubylczej mieścinie, mokry od potu po występie, w szorstkim, pospolitym ubraniu, Valentine wiedział, że jest tym, kim był kiedyś, i choć nie rozumiał, w jaki sposób dokonała się ta przemiana, już dłużej nie wątpił w autentyczność przesłań, które nawiedzały go w snach. I dlatego nie czuł ani winy, ani zawstydzenia, ani obłudy, odbierając hołd od wprawionych w osłupienie kompanów.
— Wstańcie — rzekł łagodnie. — Wszyscy. Musimy wydostać się z tego miejsca. Shanamirze, zakrzątnij się przy wierzchowcach. Zalzanie Kavolu, przygotuj wóz. — Zwrócił się także do Sleeta. — Każdy musi być uzbrojony. Miotacze energii dla tych, którzy potrafią się nimi posługiwać. Noże do żonglowania dla reszty. Dopilnuj tego.
— Panie mój — odezwał się Zalzan Kavol głosem, w którym drżał niepokój. — To wszystko wydaje mi się snem. Pomyśleć tylko, że przez całe tygodnie podróżowałem z… Pomyśleć, że odzywałem się szorstko… że kłóciłem się…
— Przestań — przerwał mu Valentine. — Nie mamy teraz czasu na rozmowę o takich rzeczach.
Zwrócił się do Lisamon Hultin, która stojąc samotnie poruszała ustami, gestykulowała, potrząsała głową na tak i na nie. Przerwał ten jej wewnętrzny dialog spokojnym, lecz stanowczym głosem: