Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]
- Автор: Силверберг Роберт
- Серия: Kroniki Majipooru #1
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 978-83-7590-017-0
- Переводчик: Helena Michalska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]». Краткое содержание книги:
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
Rozdział 15
Kiedy nadszedł świt, oczom podróżnych ukazały się wysokie, rozciągające się szeroko góry. Wóz zmierzał prosto ku przełęczy, gdzie zapewne leżało miasto Avendroyne. Zalzan Kavol, z szacunkiem, jakiego dotychczas nigdy i nikomu nie okazywał, podszedł do Valentine'a, aby omówić z nim dalszy plan działania. Miał dwie propozycje: albo ukryją się w lasach i dopiero nocą spróbują przemknąć się przez wrogie terytorium, albo w zuchwały sposób przejadą przez miasto już teraz.
Valentine, nie przyzwyczajony do dowodzenia, zastanawiał się chwilę, usiłując przywołać na twarz wyraz skupienia i rozwagi. W końcu rzekł:
— Jeśli pojedziemy w biały dzień, za bardzo będziemy rzucać się w oczy. Jeśli poczekamy do nocy, damy Metamorfom więcej czasu na podjęcie działań przeciwko nam.
— Dzisiaj wieczorem — wtrącił się Sleet — w Ilirivoyne nadal będą świętować. Tutaj prawdopodobnie też. Wtedy przemkniemy nie zauważeni. W świetle dnia nie mamy żadnych szans.
— Zgadzam się z tobą — przytaknęła Lisamon Hultin. Valentine powiódł wzrokiem po innych.
— Carabello?
— Czekając do nocy damy czas tamtym w Ilirivoyne na zorganizowanie pościgu. Jestem za tym, żeby jechać teraz.
Vroon skromnie złączył koniuszki macek.
— Naprzód. Objedźmy bokiem Avendroyne i zawróćmy do Verfu. Z pewnością trafimy na inną drogę prowadzącą z przełęczy do najbliższego miasteczka.
Valentine spojrzał na nachmurzonego Zalzana Karola.
— Myślę podobnie jak Deliamber i Carabella. A ty?
— Moim zdaniem czarodziej powinien zaczarować wóz tak, żebyśmy jeszcze dziś wieczorem znaleźli się w Ni-moya. Jeśli nie potrafi, to jedźmy dalej nie zwlekając.
— Niech więc tak będzie — powiedział Valentine takim głosem, jakby samodzielnie podejmował decyzję. — Kiedy zbliżymy się do Avendroyne, wyślemy zwiadowców, żeby znaleźli jakiś objazd.
Ruszyli zatem, a im jaśniej się robiło, tym jechali ostrożniej. Wszyscy zdążyli już się przyzwyczaić do siąpiącego deszczu, jaki towarzyszył im podczas prawie całej podróży przez kraj Metamorfów, ale ulewa, jaką teraz zesłało niebo, zalała drogę potokami wody. Valentine powitał ją z radością. Jeśli będą zmuszeni do przejazdu przez miasto, to prawdopodobnie nikt z jego mieszkańców nawet nosa nie wychyli z domu.
Rozrzucone tu i ówdzie chaty z wikliny świadczyły o tym, że miasto jest już blisko. Droga rozwidlała się wielokrotnie, lecz Deliamber za każdym razem wybierał właściwe odgałęzienie i już niedługo dla wszystkich stało się oczywiste, że znaleźli się u wrót Avendroyne. Wysłani na zwiady Lisamon Hultin i Sleet wrócili po godzinie z dobrymi wieściami. Otóż jedna z dróg rzeczywiście prowadziła prosto do Avendroyne, za to druga, omijająca miasto łagodnym łukiem, skręcała na północny wschód i znikała między łagodnymi pagórkami, które z daleka sprawiały wrażenie terenów uprawnych.
Wybrali tę drugą i przejechali przez region Avendroyne bez żadnych przeszkód.
Było już późne popołudnie. Zostawili za sobą góry i znaleźli się na rozległej, usianej lasami równinie, deszczowej i mrocznej, typowej dla wschodniego terytorium Metamorfów. Zalzan Kavol jechał jak szalony i zatrzymywał się tylko wtedy, kiedy Shanamir, powołując się na spoczywające na nim obowiązki chłopca stajennego, z całą bezwzględnością upominał się o prawa wierzchowców, bo choć może były niezmordowane i sztucznego pochodzenia, ale jak każde żywe stworzenia potrzebowały od czasu do czasu odpoczynku i strawy. Skandar, który wydawał się wprost opętany pragnieniem opuszczenia co rychlej Piurifayne, pokrzykiwał na nie nieustannie.
To, przed czym uciekali, spotkało ich o wczesnym zmierzchu, w ulewnym deszczu, pośród dzikich leśnych ostępów. Bez żadnej zapowiedzi.
Valentine jechał w środkowej kabinie z Deliamberem i Carabellą; większość kompanii już spała, a Heitrag i Gibor Haern powozili, kiedy na drodze przed nimi rozległ się huk, trzask i łomot, a wóz zatrząsł się i stanął w miejscu.
— Burza zwaliła drzewo! — zawołał z kozła Heitrag. — Leży w poprzek drogi!
Zalzan Kavol zaklął pod nosem i szarpnął śpiącą Lisamon Hultin. Valentine nie widział przed sobą niczego poza koroną olbrzymiego drzewa. Żeby usunąć zawalidrogę, stracą noc, a może i następny dzień. Skandarzy zarzucili na ramiona miotacze i wyszli z wozu, aby zbadać sytuację. Valentine ruszył za nimi. Przywitała ich ciemność, porywisty wiatr i strugi lodowatego deszczu.
— Bierzmy się do roboty — burknął strapiony Zalzan Karol kuląc się z zimna. — Thelkarze! Zaczynaj od dołu! Rovornie! Tnij te duże gałęzie! Erfonie…
— Może byłoby prędzej, gdybyśmy zawrócili i poszukali innej drogi — wtrącił nieśmiało Valentine.
Nie od razu Zalzan Karol pogodził się z faktem, że ktoś inny też może podejmować decyzje i wydawać rozkazy.
— Tak — wydusił z siebie wreszcie. — To nie jest głupia myśl. Jeśli teraz…
Za nimi runęło na drogę następne drzewo. Wóz znalazł się w pułapce.
Valentine pierwszy pojął, co się stało.
— Do wozu! Wszyscy! To zasadzka! — krzyknął pędząc w stronę otwartych drzwi.
Za późno. Z lasu, w absolutnym milczeniu, zaczęły wyłaniać się ciemne postaci i kilkunastu Metamorfów stanęło między nimi a wozem. Zalzan Kavol ryknął z wściekłości i wypalił z miotacza. Drogę, wóz i najbliższe drzewa zalało niesamowite fosforyzujące światło. Jak w biały dzień widać było padające na ziemię dwa zwęglone ciała Metamorfów, ale także — dwa przebite strzałami ciała Skandarów, Heitraga i Thelkara.
Wydarzenia potoczyły się błyskawicznie.
Tył wozu stanął w ogniu. Lisamon Hultin, torując sobie drogę mieczem wibracyjnym, osłaniała uciekających z płomieni. Valentine, zaatakowany przez Metamorfa noszącego jego twarz, kopnął stwora, wykręcił się na pięcie, przejechał nożem — jedyną bronią, jaką posiadał — po ciele następnego napastnika i ze zdziwieniem przyjrzał się wypływającej z rany brązowawej cieczy. To niesamowite, zdążył tylko pomyśleć, tak ranić, a może nawet zabijać.
Metamorf z jego obliczem, nie bawiąc się w sentymenty, znów go zaatakował. Valentine uskoczył w bok i ponownie pchnął nożem. Ostrze weszło głęboko, a Metamorf zatoczył się, przyciskając dłonie do piersi. Valentine zadrżał, lecz musiał odpowiedzieć na atak następnego przeciwnika.
Walka i zabijanie były dla niego zupełnie nowym doświadczeniem. Poczuł ból w duszy, ale zdawał sobie sprawę, że uleganie w tej sytuacji uczuciom oznaczałoby zgodę na własną śmierć. Nie miał wyjścia. Dźgał i ciął, ciął i dźgał. Za plecami usłyszał wołanie Carabelli:
— Jak sobie radzisz?
— Robię… co… mogę — odpowiedział między kolejnymi cięciami.
Zalzan Kavol, widząc swój wspaniały wóz w ogniu, zawył, schwycił wpół najbliższego Metamorfa i cisnął go w ogień. Już pędziły ku niemu dwa następne stwory, ale schwycił je inny Skandar i przełamał dwiema parami rąk niczym kruche patyki. Pośród zamętu bitwy Valentine zobaczył kątem oka, jak Carabella szamoce się z Metamorfem i jak po chwili przygniata go do ziemi. No i był jeszcze Sleet, który z dziką pasją walił wokół pięściami i buciorami. Las był jednak wciąż pełen Metamorfów, noc mijała, deszcz lał strumieniami, a wóz płonął.