Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]
Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]

Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]». Краткое содержание книги:

Pierwszy tom jednego z nasłynniejszych cykli fantasy/science fiction.
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
1 ... 59 60 61 62 63 64 65 66 67 ... 141
Перейти на страницу:

Kiedy żar się wzmógł, bitwa przeniosła się z drogi w głąb lasu, lecz tam powstało jeszcze większe zamieszanie, ponieważ w ciemnościach trudno było odróżnić swojego od wroga. Sprawę komplikowały ponadto ciągłe zmiany wyglądu Metamorfów, chociaż teraz, pogrążeni w szaleństwie walki, nie byli w stanie utrzymać dłużej przybranych kształtów Sleeta, Shanamira czy Zalzana Karola i szybko powracali do własnych postaci.

Valentine zatracił się w walce. Ociekał potem i krwią Zmiennokształtnych. Z sercem walącym jak młot, zdyszany, wcale nie szukał wytchnienia, lecz przedzierał się wciąż naprzód przez gąszcz walczących z zapałem, o jaki siebie nigdy nie podejrzewał. Dźgać i ciąć, ciąć i dźgać…

Metamorfowie byli uzbrojeni jedynie w prymitywną broń i choć zdawać się mogło, że ruszyli do walki całymi dziesiątkami, to ich szeregi dość szybko zaczęły topnieć. Straszliwych zniszczeń dokonywała wśród nich Lisamon Hultin, która wywijając trzymanym w obu rękach mieczem wibracyjnym ścinała, jak popadło — i konary drzew, i kończyny nieprzyjaciół. Pozostali przy życiu Skandarzy zasypywali okolicę ładunkami energii, od których zapalały się drzewa, ale też gęstym trupem padali napastnicy. Prawdziwą rzeź zgotował jednak Zmiennokształtnym Sleet, który powetował sobie w tę noc całe lata cierpień sprowadzonych na niego, jak mniemał, przez te stwory.

Tak jak niespodziewanie wpadli w zasadzkę, tak nagle było po wszystkim.

Płonący wóz dostarczał dość światła, by Valentine mógł przyjrzeć się leżącym wokół ciałom zabitych. Pomiędzy nimi byli niestety dwaj spośród braci Skandarów. Wszyscy pozostali przeżyli. Lisamon Hultin miała na udzie obficie krwawiącą, lecz na szczęście powierzchowną ranę; Sleet stracił połowę kurtki i zarobił kilka niewielkich cięć; przez policzek Shanamira biegły ślady pazurów; Valentine miał na ciele parę drobnych zadrapań, ale nie odniósł żadnych poważniejszych obrażeń. Deliamber — właśnie, co z Deliamberem? Nigdzie nie było widać starego Vroona.

— Czy czarodziej znajdował się w wozie, kiedy wybuchł pożar? — spytał Carabellę przerażony.

— Tak, ale chyba wybiegi razem z nami — odpowiedziała dziewczyna.

Valentine ściągnął brwi. W ciszy, która zapadła po walce, słychać było tylko trzask ognia i plusk deszczu.

— Deliamberze!… — zawołał. — Czarodzieju, gdzie jesteś?

— Tutaj — odpowiedział gdzieś z wysoka cienki głosik. Valentine zadarł głowę i zobaczył starego Vroona siedzącego na drzewie i kurczowo trzymającego się gałęzi.

— Walka zbrojna nie należy do moich umiejętności — wyjaśnił Autifon Deliamber, zsuwając się wprost w ramiona Lisamon Hultin.

— I co my teraz poczniemy? — spytała Carabella.

Valentine zdał sobie nagle sprawę, że to pytanie jest skierowane do niego. On tu dowodził. Zalzan Kavol, klęczący nad ciałami braci, wydawał się ogłuszony ich śmiercią, jak również stratą cennego wozu.

— Nie mamy wyboru — odpowiedział dziewczynie. — Musimy przedrzeć się przez las. Jeżeli pójdziemy drogą, spotkamy na niej następne zastępy Metamorfów. Shanamirze, co z wierzchowcami?

— Nie żyją — szlochał chłopiec. — Wszystkie nie żyją. Metamorfowie…

— No cóż, w takim razie pójdziemy pieszo, choć będzie to długa i uciążliwa wędrówka. Deliamberze, jak daleko jest według ciebie do rzeki Steiche?

— Podejrzewam, że kilka dni drogi. Nie mamy jednak pewności, gdzie jej szukać.

— Jeśli będziemy trzymać się kierunku, w którym teren się obniża i zmierzać wciąż na wschód, to prędzej czy później się na nią natkniemy.

— Chyba że góry staną nam na drodze — zauważył Deliamber. — Musimy znaleźć rzekę — rzeki stanowczo Valentine. — Steiche wpada do Zimru w Ni-moya, prawda, czarodzieju?

— Tak — potwierdził Deliamber — ale to niebezpieczna rzeka.

— Zdążymy się o tym przekonać. Myślę, że najmądrzej będzie zbudować tratwę. Ale nie pora na takie dalekie plany. Chodźmy stąd wreszcie, bo inaczej znów nas napadną.

Z pożaru nie ocalało nic. Ani ubranie, ani jedzenie, ani rzeczy osobiste, ani przybory do żonglowania. Valentine nie miał czego żałować, ale Skandarzy ponieśli szkody nie do powetowania. Wóz od dawna był ich prawdziwym i jedynym domem.

Trudno było namówić Zalzana Kavola do porzucenia ciał braci i zwęglonych resztek wozu. W końcu Valentine w sposób łagodny, acz zdecydowany postawił go na nogi. Powiedział mu, że jakiś Metamorf mógł umknąć w ferworze walki i teraz gotów jest sprowadzić posiłki. Niebezpiecznie byłoby tkwić tutaj zbyt długo. W pośpiechu wykopali w miękkim leśnym gruncie płytkie groby i złożyli w nich na wieczny odpoczynek Thelkara i Heitraga. Po spełnieniu smutnego obowiązku, nie zważając na noc i deszcz, ruszyli przed siebie w przekonaniu, że idą we właściwym kierunku. Na wschód.

Szli ponad godzinę, ale dalszy marsz w ciemnościach stał się niemożliwy. Zbici w mokrą gromadkę, przytuleni jedno do drugiego przetrwali pod drzewem całą noc, a o pierwszym brzasku dnia, rozcierając skostniałe, przemoczone ciała, podjęli dalszą wędrówkę. Na szczęście deszcz już nie padał, a niezbyt gęsty las nie nastręczał wielu trudności. Jedynym kłopotem było pokonywanie rwących potoków i choć zachowywali ostrożność, nie zawsze udawało się sforsować je bez przygód. Raz skąpała się Carabella, a uratowała ją Lisamon Hultin, za drugim razem niebieskoskóry Khun przyszedł z pomocą unoszonemu przez prąd Shanamirowi. W południe zrobili dwugodzinny odpoczynek, zjadając naprędce przygotowany posiłek, na który składały się surowe korzenie i jagody. I znów szli, tym razem aż do zmierzchu.

Tak upłynęły dwa dni.

Na trzeci dzień natknęli się na polanę z drzewami dwikka. Rosło tam osiem tych grubych, przysadzistych olbrzymów, ze zwisającymi z gałęzi nieprawdopodobnie wielkimi owocami.

— Jedzenie! -wrzasnął Zalzan Karol.

— Nie jedzenie, tylko święty pokarm leśnych braci. Lepiej uważaj — ostrzegła go Lisamon Hultin.

Nie bacząc na jej słowa, wygłodzony Skandar już zdejmował z ramienia miotacz energii, by z jego pomocą strącić aromatyczny owoc, kiedy Valentine rzucił ostro:

— Nie rób tego! Zabraniam ci!

Zalzan Kavol popatrzył na niego z niedowierzaniem. Zabraniać jemu, Skandarowi? Walczyły w nim przez chwilę stare przyzwyczajenia i był bliski rzucenia się na Valentine'a.

— Popatrz — powiedział Valentine.

Zza każdego drzewa zaczęli wychodzić uzbrojeni w dmuchawy leśni bracia. Nieludzko zmęczony Valentine, widząc, jak otaczają ich te małe, podobne do małp stworzenia, z ulgą pomyślał o śmierci. Jednak po chwili odzyskał ducha.

— Zapytaj — zwrócił się do Lisamon Hultin — czy możemy posilić się ich świętym pokarmem i czy nas zaprowadzą do rzeki Steiche. Jeśli zechcą zapłaty, możemy żonglować dla nich kamieniami albo kawałkami owocu, wszystko mi jedno.

Olbrzymka podeszła do leśnych braci i wdała się z nimi w dłuższą pogawędkę. Kiedy wróciła do żonglerów, na jej twarzy widać było szeroki uśmiech.

— Wiedzą już, że to my uwolniliśmy ich braci w Ilirivoyne! -A zatem jesteśmy ocaleni! — krzyknął Shanamir.

— Całkiem szybko rozchodzą się wieści w tutejszych lasach — zauważył Valentine.

— Jesteśmy ich gośćmi! Nakarmią nas! Poprowadzą dalej! — wykrzykiwała Lisamon Hultin.

Tego wieczora wycieńczeni wędrowcy objedli się do syta owocem dwikka i innymi leśnymi specjałami. Co ważniejsze, wreszcie zaczęli się śmiać, pierwszy raz od czasów zasadzki. Po uczcie gospodarze urządzili dla nich mały pokaz taneczny, a w rewanżu Sleet i Carabella zaimprowizowali żonglerkę, używając do niej wszystkiego, co tylko znaleźli w lesie i co mieściło się w dłoniach. Po skończonej zabawie Valentine zasnął spokojnym głębokim snem. Tym razem śniło mu się, że obdarzony zdolnością latania wznosi się na szczyt Góry Zamkowej.

1 ... 59 60 61 62 63 64 65 66 67 ... 141
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)