Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]
Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]

Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]». Краткое содержание книги:

Pierwszy tom jednego z nasłynniejszych cykli fantasy/science fiction.
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
1 ... 51 52 53 54 55 56 57 58 59 ... 141
Перейти на страницу:

Valentine trzymał dłoń na ramieniu Sleeta aż do chwili, kiedy poczuł, że ciało małego żonglera rozluźnia się. Siląc się na lekki ton, powiedział:

— Całkiem niezłe sztuczki. Sam chciałbym umieć to robić. Żonglujesz, i nagle wyrastają ci dodatkowe ramiona. A ty byś nie chciał, Sleecie?

— Ja chciałbym znaleźć się teraz w Narabalu albo w Piliploku. Albo gdziekolwiek, byleby jak najdalej stąd.

— A ja w Falkynkip, gdzie chętnie bym karmił wierzchowce ojca — dodał blady i wstrząśnięty Shanamir.

— Nie obawiajcie się, oni nas nie skrzywdzą — uspokoił ich Valentine. — A dla nas będzie to przeżycie, jakiego się nie zapomina.

Zaśmiał się głośno, ale nikt z całej trupy mu nie zawtórował. Milczeli wszyscy, nawet Carabella, która zwykle tryskała radością i pogodą ducha, a Zalzan Kavol wyglądał nieswojo jak nigdy. Może zastanawiał się, czy dobrze zrobił zapędzając się z miłości do rojali na terytorium Metamorfów. Valentine pojął, że jego optymizm nic tu nie wskóra. Spojrzał z nadzieją na Deliambera.

— Jak daleko jeszcze do Ilirivoyne? — zapytał.

— Leży gdzieś przed nami — odpowiedział czarodziej. — I nie mam pojęcia, jak daleko. Dowiemy się, kiedy będziemy na miejscu.

Nie takiej odpowiedzi oczekiwał Valentine.

Rozdział 12

Jak twierdził Deliamber, ruiny kamiennych miast zachowane w różnych częściach planety, a zwłaszcza na Alhanroelu, niektórzy historycy datowali na wczesną epokę piurivariańską, jeszcze sprzed przybycia na Majipoor pierwszych statków gwiezdnych; inni jednak hołdowali teorii, że są one ruinami ludzkich osiedli wzniesionych i zniszczonych w burzliwych czasach sprzed ustanowienia Pontyfikatu, przed dwunastu czy trzynastu tysiącami lat. W każdym razie Metamorfowie, jeśli nawet kiedykolwiek osiągnęli wyższy poziom rozwoju, teraz wybrali egzystencję w nie tkniętych przez cywilizację lasach, które porastały olbrzymie połacie ich pierwotnego kraju.

Burze pędzone wiatrami z północy wpadały jak do komina w tę naturalną nieckę między Uskokiem Velathys a łańcuchem Gongharów. Gonghary parowały nieustannie i sprowadzały na ziemię łagodne deszcze, którymi nasiąkała lekka, gąbczasta gleba. Codzienne ulewy oczyszczały powietrze. Roślinność krzewiła się obficie i wdzierała w każdą szczelinę. Drzewa wyrastały wysoko, ich wysmukłe pnie dźwigały gęste sklepienie splątanych pnączami i lianami koron. Liście, ociekające wilgocią, lśniły jak wypolerowane. Jeśli zdarzały się gdzieś większe odstępy między drzewami, Valentine mógł dostrzec widniejące w oddali rozpłaszczone, zielone cielska gór. Droga, wąska i wyboista, chyba nie prowadziła przez ostoję zwierzyny albo też zwierzęta nie pokazywały się podróżnym. Po gałęzi prześliznął się jeden żółto-czerwony wąż, poderwał się do lotu nieznany zielono-purpurowy ptak, zatrzepotał nad głowami brunatny, płetwoskrzydły stwór przypominający nietoperza, jakiś spłoszony dwurożniak otarł się futrem o ścianę wozu i zniknął w popłochu między drzewami, migając krótkim ogonkiem i zostawiając na ziemi tropy ostrych raciczek. Tu i ówdzie ziemię przygniatały swym ciężarem drzewa dwikka, a więc można się było spodziewać w pobliżu ich czcicieli. Ściółka leśna aż roiła się od myszkujących owadów i gryzoni niebywałych rozmiarów i przedziwnych kształtów, strumienie obfitowały w ryby i gady. Valentine nieoczekiwanie dla samego siebie odkrywał w pamięci wiedzę o tym, że każde z mijanych ciemnych jeziorek kryje w sobie ohydne bezpostaciowce, które nigdy nie wynurzają się na powierzchnię, a tylko nocą wystawiają paciorkowate ślepia, zęby i szyje, by kręcąc nimi na wszystkie strony pożerać to, co wpadnie im do pyska. Oczywiście, żaden z tych dziwolągów nie raczył pokazać się oczom podróżnych.

Wczesnym popołudniem wóz zatrzymał się na rozdrożu. Nie docierały tu już odgłosy Fontanny Piurifayne, a las rzedniał i ustępował miejsca odkrytej przestrzeni. W spojrzeniu, jakim Zalzan Kavol obrzucił Deliambera, tkwiło wyraźne pytanie — co dalej? Czarodziej popatrzył na Lisamon Hultin.

— Klnę się na własne kiszki, że nie potrafię wskazać właściwej drogi — zadudnił głos olbrzymki. — Wybierzmy jedną na chybił-trafił. Pięćdziesiąt procent szans, że trafimy na Ilirivoyne.

Jednak Deliamber chyba nie chciał wypaść ze swej roli i postanowił odprawić czary na środku drogi, w błocie. Opadł na kolana, wyjął z tobołka trochę czarodziejskiego kadzidła i podpalił je, troskliwie osłaniając przed deszczem. Następnie wymachując wszystkimi mackami zaczął wdychać jasnobrązowy dym.

Lisamon Hultin parsknęła pogardliwie.

— To czyste szalbierstwo. Pomacha taki rękami i nogami i będzie udawał, że rozwiązał zagadkę. Przecież mówię, że trafimy tam albo nie.

— Lewe odgałęzienie — obwieścił Deliamber puszczając mimo uszu jej gadanie.

Albo to były prawdziwe czary, albo czarodziej miał szczęście, ponieważ już wkrótce dla wszystkich stało się oczywiste, że dojeżdżają do większego skupiska Metamorfów. Chaty, dotychczas pojedyncze, rzadko rozsiane, stały teraz grupami po kilka, a nawet kilkanaście, najpierw w większych odstępach, a potem coraz bliżej i coraz gęściej. Na drodze pojawili się piesi, wśród których przeważały dzieci, a prawie każde z nich dźwigało na głowie jakiś niewielki ciężar. Dzieci, widząc przejeżdżający wóz, przystawały, przyglądały mu się i wymieniały między sobą jakieś uwagi, podzwaniając szybko zębami.

W końcu zbliżyli się do dużej osady. Ulica, którą jechali, była tu zatłoczona przez dzieci i przez dorosłych Metamorfów, a ciągnące się wzdłuż niej domy zostały ponumerowane. Zgraja dzieci okazała się przeszkodą nie do pokonania. Idąc zmieniały nieustannie swoje kształty, tak jakby ćwiczyły wrodzone skłonności do metamorfizmu. Jedno miało nogi jak szczudła, drugie mackowate ramiona Vroona, dyndające aż do ziemi, trzecie nadęło cale ciało i wyglądało jak olbrzymi balon podtrzymywany na cieniutkich podpórkach nóg.

— Czy to my jesteśmy cyrkowcami, czy też one? — spytał Sleet. — Ich widok przyprawia mnie o mdłości.

— Uspokój się — powiedział Valentine łagodnie.

— Coś mi się zdaje, że niektóre z tutejszych pokazów nie są zbyt wesołe. Popatrzcie tylko!

Na wprost nich, na poboczu drogi stało kilkanaście wiklinowych klatek. Tragarze, którzy najwidoczniej dopiero przed chwilą postawili je na ziemi, odpoczywali w pobliżu. Przez pręty klatek przeciskały się drobne, długopalczaste dłonie i zawinicie ogony. Tak, to byli leśni bracia. Stłoczono ich po troje, po czworo i niesiono zapewne do Ilirivoyne. Ale w jakim celu? Czy czekała ich tam śmierć, a potem pożarcie? Czy swoją udręką mieli uświetnić festyn? Po ciele Valentine'a przebiegł lodowaty dreszcz zgrozy.

— Zaczekajcie! — krzyknął Shanamir, gdy mijali ostatnią klatkę. — Co jest tam w środku?

Ostatnia klatka była większa od innych, a siedzący w niej więzień nie wyglądał na leśnego brata, lecz na osobnika obdarzonego inteligencją. Wpatrywał się w przejeżdżających żonglerów intensywnym spojrzeniem purpurowych, rozgorączkowanych i zrozpaczonych oczu, rozświetlonych dziwnym wewnętrznym blaskiem. Wzywał zapewne pomocy, choć wykrzykiwane słowa brzmiały obco. Był wysoki, miał ciemnoniebieską skórę, wąską kreskę ust; tyle przynajmniej podróżni zdążyli zauważyć. Kiedyś nosił ubranie uszyte z doskonałej zielonej tkaniny, z której teraz zostały brudne, a może nawet zakrwawione łachmany.

Wóz pojechał dalej.

Valentine otrząsnął się i powiedział do Deliambera:

1 ... 51 52 53 54 55 56 57 58 59 ... 141
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)