Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]
Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]

Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]». Краткое содержание книги:

Pierwszy tom jednego z nasłynniejszych cykli fantasy/science fiction.
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
1 ... 57 58 59 60 61 62 63 64 65 ... 141
Перейти на страницу:

Obcy wzruszył ramionami.

— Podziwiam was i zazdroszczę, że potraficie być szczęśliwi. Uważam, że samo istnienie łączy się z bólem, a życie jest pozbawione sensu. Chyba jednak myślę zbyt czarno jak na kogoś, kto się wyrwał śmierci. Dziękuję wam za pomoc. Ale kim wy jesteście i jakiż to brak rozwagi sprowadził was do Piurifayne? Dokąd teraz zmierzacie?

— Jesteśmy żonglerami — pośpieszył z odpowiedzią Valentine, obrzucając całą resztę ostrym spojrzeniem. — Przyjechaliśmy do tej prowincji licząc na znalezienie pracy. Jeśli nam się poszczęści i wyjdziemy stąd cało, to udamy się do Ni-moya, a potem rzeką do Piliploku.

— A stamtąd?

— Niektórzy z nas zamierzają odbyć pielgrzymkę na Wyspę Snu. Chyba wiesz, gdzie to jest. A inni? Nie potrafię odpowiedzieć — odparł wymijająco Valentine.

— Ja muszę dostać się na Alhanroel — powiedział Khun. — Jedyne, co mi zostało, to powrót do domu, a z tego kontynentu jest to niemożliwe. W Piliploku spróbuję wypłynąć w morze. Czy mógłbym podróżować razem z wami?

— Oczywiście.

— Nie mam już pieniędzy.

— To widać — rzekł Valentine. — Ale nie szkodzi.

Wóz w szybkim tempie pokonywał drogę. W okna zacinał drobny deszcz. Wszyscy byli świadomi tego, że gdzieś w mroku nocy może czaić się niebezpieczeństwo, lecz nikt o tym nie mówił i nikt nie wyglądał na zewnątrz, a ten i ów od czasu do czasu zapadał w krótką drzemkę.

Nie minęła jeszcze godzina podróży, kiedy Valentine podnosząc wzrok zobaczył stojącego przed sobą Vinorkisa, trzęsącego się i łapiącego ustami powietrze niczym wyjęta z wody ryba.

— Mój panie — szepnął nieśmiało Hjort. Valentine skinął mu głową.

— Ty drżysz — powiedział. — Co ci jest, Vinorkisie?

— Mój panie… nie wiem, jak mam to powiedzieć… muszę się przyznać do czegoś strasznego…

Drzemiący Sleet uniósł powieki i rzucił Hjortowi piorunujące spojrzenie. Valentine gestem dłoni nakazał mu spokój.

— Mój panie — powtórzył Vinorkis, ale głos mu się załamał. Po chwili zaczął jeszcze raz: — W Pidruid podszedł do mnie jakiś mężczyzna i powiedział: “W pewnej gospodzie mieszka taki jeden, wysoki, jasnowłosy. Podejrzewamy, że popełnił potworną zbrodnię”. Ten mężczyzna ofiarował mi sakiewkę pełną koron w zamian za to, że będę się trzymał tego przybysza i nie odstępował go ani na krok, dokądkolwiek się uda, i co kilka dni będę przekazywał agentom dokładne raporty.

— Szpieg! — W głosie Sleeta kipiała wściekłość. Ręką sięgnął do tkwiącego za pasem sztyletu.

— Kim był ten mężczyzna, który cię wynajął? — Valentine spytał spokojnie.

— Nie przedstawił mi się, ale sądząc po ubraniu, był to ktoś ze służby Koronala.

— A ty składałeś te raporty?

— Tak, mój panie — wymamrotał Vinorkis ze wzrokiem wbitym w podłogę. — W każdym mieście. Po jakimś czasie zacząłem wątpić, czy ty, taki miły i łagodny, możesz być przestępcą, ale przecież brałem od nich pieniądze, i to z każdym raportem coraz większe…

— Pozwól mi go zabić. Teraz — wychrypiał Sleet.

— Nie będzie żadnego zabijania — rzeki Valentine. — Ani teraz, ani potem.

— Panie mój, on jest niebezpieczny! — Już nie!

— Nigdy mu nie ufałem — nie ustępował Sleet. — Tak samo zresztą jak Carabella i Deliamber. I to nie dlatego, że jest Hjortem, nie. W nim zawsze było coś fałszywego, przymilnego, śliskiego. Te ciągłe pytania, wyciąganie informacji…

— Proszę o laskę. Nie miałem pojęcia, kogo zdradzam, mój panie. — I ty mu wierzysz?! — krzyknął Sleet.

— Tak — odpowiedział Valentine. — Wierzę mu. Nie wiedział, kim jestem. Ja sam nie wiedziałem. Powiedziano mu, żeby śledził jasnowłosego przybysza, a zdobyte informacje dostarczał władzom. Czy to taka straszna rzecz? Służył swojemu Koronalowi, a przynajmniej tak myślał. Za lojalność nie musisz mu odpłacać sztyletem.

— Mój panie, czasami bywasz zbyt prostoduszny — odparł Sleet.

— Masz rację, czasami. Ale nie tym razem. Wybaczając mu możemy wiele zyskać, jego śmierć natomiast nic nam nie da. — Zwrócił się do Hjorta: — Wybaczam ci, Vinorkisie. Proszę tylko, żebyś pozostał równie lojalny w stosunku do prawdziwego Koronala, jak byłeś wobec fałszywego.

— Przysięgam ci to, mój panie.

— W porządku. Prześpij się teraz trochę. No i przestań się wreszcie bać.

Vinorkis złożył ręce w geście gwiazdy i powrócił na miejsce miedzy dwoma Skandarami.

Sleet nadal obstawał przy swoim.

— To nie było mądre — powiedział. — A jeśli nadal będzie nas szpiegował?

— W dżungli? Komu miałby przesyłać wiadomości?

— A kiedy opuścimy dżunglę?

— Zdaję sobie sprawę, że jego przyznanie się mogło być podwójną grą. Nie jestem taki naiwny, jak sądzisz. Na wszelki wypadek zobowiązuję cię, byś miał go na oku od chwili, gdy wrócimy do cywilizacji. Myślę jednak, że okazał prawdziwą skruchę i że można mu zaufać. Mam zamiar wykorzystać go do pewnych celów.

— Do jakich, mój panie?

— Szpieg może nas doprowadzić do innych szpiegów, a bądź pewny, że będą inni. Vinorkis powinien pozostać w dobrych stosunkach z królewskimi agentami. Mam nadzieję, że się rozumiemy.

Sleet mrugnął okiem.

— Tak, mój panie. Valentine uśmiechnął się. Umilkli obaj.

Tak, powiedział sam do siebie, zarówno przerażenie, jak i skrucha Vinorkisa były szczere. Niemniej on, Valentine, powinien wiedzieć jedno: jeżeli Koronal tak chętnie płacił duże sumy za śledzenie od Pidruid aż po Ilirivoyne nic nie znaczącego włóczęgi, to jaką wartość tenże włóczęga ma dla niego teraz? Poczuł na skórze dziwne ukłucia. Spowiedź Vinorkisa była najlepszym potwierdzeniem wszystkiego, co wiedział o sobie. Oczywiście, jeśli technika, jakiej użyto w celu oddzielenia go od własnego ciała, była nowa i jeszcze nie sprawdzona, to spiskowcy nie wiedzieli, na jak długo można wymazać czyjąś pamięć, i dlatego nie mogli pozwolić, by obalony Koronal włóczył się po kraju poza wszelką kontrolą. Szpieg, a może szpiedzy gwarantowali możliwość szybkiej interwencji, na wypadek, gdyby ten włóczęga zaczął odzyskiwać pamięć. Ciekawe, pomyślał, jak skrupulatnie śledzi go królewska policja i w jakim momencie zdecyduje się przerwać jego podróż na Alhanroel.

Wóz mknął nadal przez mroki nocy. Deliamber i Lisamon Hultin wiedli z Zalzanem Kavolem nie kończące się dyskusje na temat dalszej trasy. Inne duże osiedle Metamorfów, Avendroyne, leżało gdzieś na południowy wschód od Ilirivoyne, na górskiej przełęczy, i wszystko wskazywało na to, że posuwają się właśnie w tym kierunku. Oczywiście, jazdę do innego miasta tych potworów trudno byłoby uznać za mądre przedsięwzięcie; wszak Metamorfowie musieli już pchnąć tam kogoś z wiadomością o uwolnieniu więźnia i ucieczce żonglerów. Cóż jednak pozostawało innego? Powrót do Fontanny Piurifayne?

Valentine, wybity ze snu, po raz setny odtwarzał w myślach pantomimę Zmiennokształtnych. Niewątpliwie była jawą. Pseudożonglerzy stali tak blisko, że mógł dotknąć ręką swojego sobowtóra, ucieleśnionego przez jednego z nich. Na własne oczy widział zmieniającą się twarz, raz ciemną, raz jasną, i znów ciemną, i znów jasną. Zmiennokształtni znali prawdę, w którą on wzbraniał się uwierzyć. Czy czytali w jego umyśle tak, jak to czasami robił Deliamber? I co odczuwali, wiedząc, że mają pośród siebie obalonego Koronala? Z całą pewnością nie współczucie. Nie szanowali Koronatów, którzy przypominali im o tamtej, poniesionej przed tysiącami lat klęsce. Prawdopodobnie on, sukcesor Lorda Stiamota, dostarczył im niezłej rozrywki, popisując się rzucaniem maczug i innymi głupimi sztuczkami. Oto Koronal, daleki od splendoru władcy Góry Zamkowej, tańczy w błocie ich zagubionej wśród lasów osady. Dziwne, pomyślał. Niczym sen.

1 ... 57 58 59 60 61 62 63 64 65 ... 141
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)