Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]
Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]

Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]». Краткое содержание книги:

Pierwszy tom jednego z nasłynniejszych cykli fantasy/science fiction.
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
1 ... 53 54 55 56 57 58 59 60 61 ... 141
Перейти на страницу:

Udali się teraz na tyły placu, gdzie wydzielono im miejsce na postój, a za nimi ruszyły gromady skupionych, milczących dzieci. Późnym popołudniem cała trupa rozpoczęła trening. Lisamon Hultin, do której należało zapewnienie spokoju ćwiczącym, mimo że dwoiła się i troiła, nie była w stanie powstrzymać naporu wszędobylskich małych Metamorfów. Przeganiane z zaimprowizowanej sceny, przemykały krzakami, prześlizgiwały za jej plecami, byleby tylko móc obserwować żonglerów. A żonglerzy nie najlepiej znosili tę milczącą i chyba niechętną publiczność, która pozbawiała ich energii, nie dając w zamian żadnej podniety. Valentine był wytrącony z równowagi, Sleet nie potrafił się skoncentrować, a Zalzan Kavol, ten mistrz nad mistrze, po raz pierwszy, od kiedy Valentine przystąpił do trupy, upuścił maczugę. Jednak gorsze od milczenia dzieci były ich nieustanne sztuczki ze zmianą kształtów, przechodzenie z jednej postaci w drugą, co robiły niemal bezwiednie, jakby poza świadomością. Oczywiście, naśladowały żonglerów, przypominając w tym pielgrzymów spod Fontanny Piurifayne. Osoby, w które się wcielały, miały niewyraźne kontury i bardzo krótki żywot, ale Valentine zdołał dostrzec, jak pewnemu dziecku wyrastają jego złote włosy, innemu biała czupryna Sleeta, a jeszcze innemu czarne włosy Carabelli — albo jak dzieci robią z siebie niedźwiedziowatych, wieloręcznych Skandarów, a nawet jak usiłują naśladować rysy twarzy i mimikę żonglerów, wszystko to zaś w sposób nader niepochlebny dla odtwarzanych postaci.

Tę noc, z braku jakiejkolwiek gospody, podróżni spędzili w wozie. Ułożyli się, gdzie kto mógł, obok siebie. Valentine prawie do rana wsłuchiwał się w monotonne bębnienie deszczu, w chrapanie Lisamon Hultin i w pełną gamę groteskowych dźwięków wydobywających się z ust śpiących Skandarów. Dopiero o brzasku zapadł w niespokojny sen, pełen męczących, mglistych majaków, z których powoli zaczął się wyłaniać obraz maszerujących drogą leśnych braci z niebieskoskórym na czele, prowadzonych przez Metamorfów ku wznoszącej się niczym olbrzymia góra Fontannie Piurifayne. Nie zdążył jednak wyśnić, co się stało z więźniami, gdyż musiał otworzyć oczy, szarpany przez stojącego nad nim Sleeta.

— Co się stało? — spytał siadając.

— Wyjdźmy na zewnątrz. Muszę z tobą pomówić.

— Jeszcze ciemno, dopiero dzień wstaje — nieśmiało zaprotestował Valentine.

— To nic, chodź!

Valentine ziewnął, przeciągnął się i stanął na nogi. Torując sobie drogę między Carabellą a Shanamirem i ostrożnie obchodząc Zalzana Kavola, wyszli na zewnątrz. Deszcz już nie padał, ale ranek był pochmurny i chłodny, a z ziemi podnosiła się wilgotna mgła.

— Miałem przesłanie — powiedział Sleet. — Od Pani Wyspy. To znaczy, myślę, że od niej.

— O czym śniłeś?

— O tym niebieskoskórym, którego tragarz nazwał przestępcą. Przyszedł do mnie i powiedział, że to nieprawda, że jest zwykłym podróżnym, a jego wina polega jedynie na tym, że zawędrował na terytorium Zmiennokształtnych. Schwytano go, ponieważ zgodnie z miejscowym zwyczajem w czasie festynu składa się przy Fontannie Piurifayne ofiarę z obcego. Widziałem nawet, jak to się robi. Otóż pozostawia się takiego obcego ze związanymi rękami i nogami w miejscu, z którego wytryska woda, a kiedy następuje eksplozja, zostaje on wyrzucony wysoko w górę.

Valentine poczuł na plecach zimny dreszcz.

— Miałem podobny sen — powiedział.

— Ale to jeszcze nie koniec — mówił dalej Sleet. — W moim śnie my też znaleźliśmy się w niebezpieczeństwie. Mogliśmy z niego wyjść ratując niebieskoskórego, natomiast nasza zgoda na jego śmierć równała się temu, że nie opuścimy kraju Piurivarów. Nie kryję przed tobą, Valentine, że boję się Zmiennokształtnych, ale ten sen to coś zupełnie innego. Przemówił do mnie z całą jasnością przesłania. Nie powinien być zlekceważony, tak jak większość lęków głupiego Sleeta.

— Co zamierzasz zrobić?

— Ocalić obcego.

— A jeśli on naprawdę jest przestępcą? Jakie mamy prawo do wtrącania się w system sprawiedliwości w kraju Piurivarów?

— Prawo przesłania — odpowiedział Sleet. — Czy myślisz, że uwięzieni leśni bracia są przestępcami? A przecież widziałem, jak ich też wrzucono do Fontanny. Znajdujemy się wśród barbarzyńców, Valentine.

— Nie nazywałbym ich tak. Znajdujemy się wśród dziwnego ludu, który idzie własną drogą, odmienną od wszystkich dróg Majipooru.

— A jednak jestem zdecydowany uwolnić niebieskoskórego. Jeśli mi nie pomożesz, zrobię to sam.

— Teraz?

— A kiedy? — spytał Sleet. — Jest jeszcze ciemno i wszyscy śpią. Otworzę klatkę, on wyśliźnie się z niej i zapadnie w lasy.

— Czy myślisz, że klatki nie są strzeżone? Nie, Sleecie. Zastanów się, nim podejmiesz bezsensowne działania. W ten sposób możesz nas wszystkich wystawić na niebezpieczeństwo. Spróbuję dowiedzieć się czegoś więcej o tym więźniu; dlaczego jest schwytany i co Metamorfowie zamierzają z nim uczynić. Jeśli naprawdę chcą go złożyć w ofierze, zrobią to w kulminacyjnym punkcie festynu. Zostało nam jeszcze trochę czasu.

— Spoczywa na mnie ciężar przesłania — upierał się Sleet.

— Mówiłem ci już, że i ja miałem podobny sen.

— Ale twój nie był przesłaniem.

— Tak, masz rację, nie był, ale dzięki niemu uwierzyłem w to, co mi powiedziałeś. Pomogę ci, Sleecie, możesz być tego pewny, ale jeszcze nie teraz. Zaczekajmy na właściwy moment.

Sleet nie wyglądał na przekonanego. Wprost przeciwnie, sprawiał wrażenie, że gotów jest pójść do klatki natychmiast i że tylko Valentine mu w tym przeszkadza.

— Sleecie?

— Czego jeszcze chcesz?

— Posłuchaj mnie. To naprawdę nie jest odpowiednia chwila. I naprawdę mamy dużo czasu.

Popatrzył na Sleeta twardym wzrokiem. Sleet wytrzymał to spojrzenie przez chwilę, po czym spuścił oczy; jego opór załamał się.

— Tak, mój panie — powiedział cicho.

W ciągu dnia Valentine usiłował zebrać informacje dotyczące więźnia, ale bez większego powodzenia. Więzienne klatki stały teraz w centralnym punkcie placu, przed urzędem. Ustawiono je w czterech kondygnacjach, a klatka z niebieskoskórym znalazła się na samej górze, wysoko nad ziemią. Rzekomych przestępców pilnowali uzbrojeni w sztylety Metamorfowie.

Valentine ruszył w ich stronę, ale nim zdążył dojść do połowy placu, został zatrzymany.

— Nie masz prawa wstępu na plac — powiedział mu jeden ze strażników.

Na widok Valentine'a leśni bracia zaczęli rozpaczliwie łomotać w pręty klatek. Niebieskoskóry wykrzykiwał w jego stronę dziwne słowa. Czy Valentine dobrze je rozumiał? Czy nie był to tylko wytwór rozgorączkowanej wyobraźni? Czy te słowa naprawdę brzmiały: “Uciekajcie, głupcy, zanim i was zabiją!” Niestety, nie mógł tego sprawdzić z bliska. Szczelny kordon strażników uniemożliwiał rozmowę z więźniem. Valentine musiał zawrócić. Po drodze zaczepił kilkoro dzieci, prosząc, by wyjaśniły mu sprawę klatek, ale one milczały swoim zwyczajem, mierzyły go pustym, obojętnym wzrokiem, wymieniały między sobą jakieś podzwaniające o zęby słowa i częściowo przekształcone, ze złotymi włosami na głowach, zaszywały się w krzaki. Valentine zaczął się zastanawiać, czy nie ma do czynienia z małymi demonami.

Przez cały dłużący się żonglerom ranek do Ilirivoyne napływały coraz to nowe grupy Metamorfów, mieszkańców odległych osiedli leśnych. Przynoszono przeróżne świąteczne ozdoby: wianki, chorągiewki, kawałki tkanin, oklejone lusterkami pale i wysokie słupy pokryte misternie rzeźbionymi znakami runicznymi. Każda grupa znała swoje miejsce, wiedziała, co ma robić, a wszyscy razem zdawali się niezmiernie zajęci. Od wschodu słońca nie spadła ani jedna kropla deszczu. Czy to za pomocą czarów Zmiennokształtni zadbali o rzadki tutaj pogodny dzień w swoje największe święto, zastanawiał się Valentine, czy też zrządził tak los?

1 ... 53 54 55 56 57 58 59 60 61 ... 141
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)